Adolf Dymsza. Jego życiem była publiczność…

Mirela Tomczyk

Ja już taką mam naturę
od szczeniackich swoich lat,
że ja śmieję się z wszystkiego
i że gwiżdżę wciąż na świat.
Jeśli czasem jest mi ciężko
lub mi figla spłata los,
ja nie płaczę, ja nie wzdycham,
ale śmieję się na głos.

(tekst: Emanuel Schlechter, z filmu Antek policmajster)

 

Uwielbiany, szanowany, kochany, podziwiany, wielki ADOLF DYMSZA… Jego życie to zbiór anegdot i żartów, które uwielbiał robić koleżankom i kolegom. Praktycznie każda wzmianka o nim jest podparta anegdotą. Śmiał się zawsze, ze wszystkich i ze wszystkiego. Nawet w najbardziej ponurych sytuacjach zdobywał się na żart.

 

Do Adolfa Dymszy podchodzi w studio filmowym jeden z kolegów i mówi:
– Słuchaj, Dodek, pożyczyłeś ode mnie w zeszłym roku sto złotych i dotąd mi nie oddałeś! Czyś ty zapomniał o tym?
– Ależ nie! To jest jedno z najpiękniejszych wspomnień!

 

„Stare Kino” styczeń 2017, nr 1

Urodził się 7 kwietnia 1900 roku w Warszawie jako Adolf Bagiński. Uczył się w II gimnazjum, a potem w Szkole Handlowej Wawelberga i Rotwanda w Warszawie. W 1915 roku wstąpił do Straży Obywatelskiej i został przydzielony do „sądu II na Podwalu”. Po jej rozwiązaniu pracował przy łupaniu węgla na Kamionku.

Od wczesnych lat grał w kółkach teatralnych, a od 1918 roku zaczął występować w teatrach warszawskich. Debiutował w Teatrze im. Staszica i grał tam niewielkie rólki.  Potem szukał szczęścia w teatrzykach w Mińsku Litewskim i Grodnie. W 1919 roku został zaangażowany do teatrzyku rewiowego Miraż. Z czasem zyskał opinię świetnego parodysty i coraz częściej dostawał własne skecze. W czasach swoich największych sukcesów grał m.in. w Qui Pro Quo, Bandzie, Feminie, Reksie, Cyganerii, Cyruliku Warszawskim i Teatrze Letnim.

Młody Bagiński wymyślił sobie pseudonim artystyczny „Scipio del Scampio”. Zapisał go na kartce, ale gdy zadzwonił niespodziewanie ktoś z teatru z prośbą o podanie pseudonimu potrzebnego na afisz przedstawienia, kartka gdzieś mu się zapodziała, a stojąca obok siostra podpowiedziała na poczekaniu „Dymsza”. Dużo wcześniej, gdy Adolf Bagiński z entuzjazmem oznajmił swojemu ojcu, kolejny plan na życie, którym tym razem była scena, ten miał odpowiedzieć: „Adolf, to będzie tak jak dotychczas z każdym twoim pomysłem: dym… i szaaa…”.

Dodek kochał grać. Grał na scenie, w filmie i w życiu prywatnym. To był sens jego egzystencji. Możemy się zastanawiać czy postąpił dobrze, czy źle, grając w jawnych teatrzykach podczas okupacji. Ale musimy zrozumieć, że Dodek nie rozróżniał życia prywatnego i sceny… To scena była jego życiem, a życie jedynie snem, czasami koszmarnym…

Był bardzo aktywny fizycznie. „Światowid” z 1925 roku donosi o meczu w parku Sobieskiego w Warszawie między bywalcami popularnych stołecznych cukierni: Lourse’a i Ziemiańskiej. Na zdjęciu w pierwszym rzędzie siedzi Dodek z piłką na kolanach. W tygodniku „Radio” z 1929 roku widzimy jak popularny artysta Adolf Dymsza wraz z T. Grabowskim ćwiczą przed zawodami saneczkowymi. Zdjęcie jest raczej satyryczne niż poważne.

 

Pewnego dnia, gdy Dymsza zauważył Juliana Tuwima zbliżającego się do jego stolika w kawiarni u Simona i Steckiego przy Krakowskim Przedmieściu, udał, że go nie poznaje i zaczął krzyczeć: ,,Młody człowiek powinien uczciwie zarabiać na życie, a nie żebrać, przysiadając się do stolików!” Tuwim uciekł zawstydzony.

 

W 1931 roku odbyła się niezwykła impreza sportowa we Lwowie. Rajd samochodowy połączono z jednokilometrowym wyścigiem, którego uczestnikami byli wyłącznie aktorzy teatrzyku Qui Pro Quo. Patronat na tym rajdem objął Małopolski Klub Automobilowy. Start i meta znajdowały się na pl. Fredry, a wyścig odbył się szosą stryjską. W rajdzie wzięli udział w charakterze kierowców, w większości we własnych samochodach: Zofia Dymszyna, Stefania Górska, Zula Pogorzelska, Tamara (z zespołu tanecznego), Tacjana Wysocka, Adolf Dymsza, Fryderyk Járosy, Konrad Tom, Edmund Minowicz.

Po zakończonym rajdzie zaprezentowano krótkie przedstawienie pod gołym niebem zainicjowane przez artystów QPQ. A samo rozdanie nagród odbyło się w Teatrze Wielkim podczas jednego ze spektakli.

Ale najgłośniejszym echem odbił się mecz z września 1937 roku między Związkiem Dziennikarzy i Publicystów Filmowych a aktorami filmowymi, który został zorganizowany w Warszawie. Mecz zorganizował miesięcznik „Film” i walka rozegrała się o puchar tego czasopisma. Był transmitowany przez Polskie Radio, a jako spiker wystąpił Konrad Tom. Drużyna aktorska składała się m.in. z Dymszy, Znicza, Contiego, Hnydzińskiego, Kempy, Pichelskiego, Żabczyńskiego, Wojnara, Łozińskiego i Wolińskiego. Kapitanem drużyny aktorskiej był Adolf Dymsza, a sztandar aktorów przedstawiał na błękitnym tle maskę przeplecioną taśmą filmową. Jak donosi „Światowid”: „Aktorzy gromko krzyknęli we dwie strony świata powitanie: hip, hip, hurra! Hip, hip, hurra!”, a obie drużyny walczyły jak lwy, pomimo że dwóch artystów „wysuwało na pierwszy plan… brzuszki”. Podwójny szpaler policji otaczał boisko, a sędzia był tak zdenerwowany, że zapomniał gwizdka. Zwrócił się do publiczności z pytaniem, czy ktoś mógłby mu go pożyczyć. Na co wyciągnęły się tysiące rąk: „My zawsze chodzimy na lokalne imprezy filmowe z gwizdkami – wołała publiczność” („IKC”, 1937).

Dziennikarze przegrali 7:0. Trzy bramki, w tym ostatnią, strzelił Dymsza, który grał w ataku. „Złośliwi mówią, że była to jedyna okazja, żeby odegrać się za… ujemne recenzje! Odegrali się zdrowo” („Światowid”, 1937).

„Kino” R. 8, 3.10.1937 nr 40

Bramkarzem dziennikarzy był Adam Grzymała-Siedlecki, który w pewnym momencie przeszedł do ataku, co dało prasie pewną nadzieję. Ktoś ułożył slogan: „Jeszcze kilka takich Grzymał, a Dymsza by nie wytrzymał” („Światowid”, 1937).

Zwycięska drużyna została obfotografowana, a fundatorowi ledwie udało się przecisnąć i wręczyć nagrodę drużynie aktorskiej. Dodek udzielił wywiadu i pełen dumy stwierdził: „Parę tygodni treningu, nie powiem – dużo, ale dwa razy na tydzień, a będziemy wcale niezłą drużyną… C-klasową!” („Światowid”, 1937).

 

 

Dymsza twierdzi, że między Lawińskim [Ludwik Lawiński – M.T.] a komornikiem jest mała różnica, bo gdy Lawiński przychodzi do niego w odwiedziny, to zawsze ze względu na swoją tuszę zajmuje dwa krzesła, a komornik chce zająć mu wszystkie.

 

W 1938 roku odbył się kolejny mecz grupy artystów z przedstawicielami prasy na stadionie Polonii w Warszawie, udział w nim wzięli m.in.: Adolf Dymsza, Witold Conti, Józef Kempa, Jerzy Pichelski, Włodzimierz Łoziński i Jerzy Kobusz.

Widownię stanowiły w przeważającej większości kobiety, które przyszły podziwiać swoich ulubieńców w kusych spodenkach. Ale „królem meczu był jednak Dymsza, który jako lewy łącznik zbierał oklaski nie mniejsze niż na scenie” („Kino”, 1938).

Tym razem dziennikarze pokonali zespół artystów filmowych 2:1. A smutny Dymsza oświadczył: „Ech, ty życie, cierniu głogowy. Pierwszy raz przegrałem. Trudno: odkuję się na prasie w inny sposób” („Kino”, 1938).  

W 1939 roku wraz z żoną wziął udział w konkursie piękności samochodów zorganizowanym przez Automobilklub Polski w parku im. Ignacego Paderewskiego w Warszawie.

 

Bodek i Dymsza mają dziwny zwyczaj. Gdy spotykają się w kawiarni, to całują się wzajemnie w… rękę. Następnie Bodek wdzięcznie spluwa w kapelusz i przylepia go do ściany, budząc zrozumiałą sensację wśród publiczności.

 

„Aktualności” 1939, nr 5-6

Tak jak większość aktorów, Dymsza chętnie udzielał się w reklamie. W 1929 roku pojawił się na reklamie zakładu krawieckiego M. Sznajdera z ul. Marszałkowskiej w Warszawie. W 1933 roku reklamował sklep sportowy Komispol-Sport z Warszawy. W 1939 roku zachwalał puder Sudoryn i płyn Sudor Ap. Kowalskiego, które „usuwają pot i niemiłą woń ciała. Oto środek, który zapewni Wam świeżość, rześkość i powodzenie” („Nasz Przegląd”, 1939).

Choć w filmie Sportowiec mimo woli jest fryzjerem Czwartkiem, który ze sportem nie miał nigdy do czynienia, to w prywatnym życiu Dymsza świetnie jeździł na nartach i łyżwach. Przez pewien czas utrzymywał się z dawania lekcji tańca.

 

– Jakie są pana przekonania polityczne? – spytał ktoś Adolfa Dymszę.
– Jestem zwolennikiem status Qui Pro Quo! – odparł popularny Dodek.

 

Dymsza z zamiłowania był fotografikiem. W „Wiadomościach Literackich” z 1933 roku pojawiła się fotografia sznaucera miniaturowego Jonny’ego (Dżońcia), który należał do Juliana i Stefanii Tuwimów. A czasopismo „Teatr i Życie Wytworne” z 1932 roku opublikowało zdjęcie Konrada Toma świetnie ucharakteryzowanego na Gandhiego z jednego ze spektakli w Qui Pro Quo.  Fotografował również przyjaciół z teatru. W „Ilustracji Polskiej” z 1937 roku artykuł Czego życzą sobie „gwiazdy” na Gwiazdkę? zawierał zdjęcie Miry Zimińskiej, którego autorem był właśnie Dymsza. On sam życzył sobie „nowy zapas optymizmu”, „abyśmy w roku 1938 produkowali filmy dla Ameryki i otrzymali amerykańskie gaże”.

W marcu 1931 roku zmarła, urodzona zaledwie kilka dni wcześniej, córeczka Adolfa Dymszy. Ze względu na to, że w programie QPQ kreował aż cztery role i stanowił filar rewii, zmuszony był wystąpić także tego wieczoru przed warszawską publicznością w komediowym repertuarze.

 

Dymsza opowiada następująca historyjkę ze swojego życia domowego.
Ranek, Dymsza się goli. Mała córeczka asystuje przy tej czynności. Dzwoni telefon. Pani Dymszyna wchodzi do pokoju i woła:
– Dodek, telefonuje do ciebie X!
X to wielki nudziarz, a może nawet zgoła wierzyciel. Dymsza mówi więc:
– Nie ma mnie w domu, nie wiadomo kiedy wrócę.
Mała córeczka otwiera ze zdumienia usta i aż zająkując się z wrażenia pyta:
– Aaaa… to kto się tu goli?

 

Brał również udział w zbieraniu pieniędzy na budowę Domu Aktora w Skolimowie w 1925 roku. Artyści urządzili „Cyrk artystyczny”, poprzebierali się za klaunów i cyrkowców, występując ze zwierzętami.

W 1938 roku, jako przedstawiciel Związku Artystów Scen Polskich wraz z Osterwą, Olszą i Woskowskim, przekazał 1 Pułkowi Szwoleżerów cztery ręczne karabiny maszynowe Browning wz. 28.

 

Do pewnej kawiarni wchodzi kompozytor Wars.
– Halo, Wars! – krzyczy tubalnym głosem Dymsza – słyszałem twój najnowszy utwór nadawany przez radio z Berlina.
– Z Berlina? Wykluczone! – odpowiedział Wars.
– To nie był twój utwór? No, to będzie twój za tydzień, albo za dwa – konkluduje złośliwy, ale zawsze dobroduszny Dodek.

 

Pierwszą rolą Dymszy była postać Wojtusia Grzędy w filmie Miłość przez ogień i krew. Aktor miał rozbawić na poligonie dwustu żołnierzy, ale nic nie przynosiło efektu, więc – wykorzystując to, że film był niemy – Dymsza zaczął przeklinać bez umiaru, co poskutkowało natychmiast. Żołnierze wybuchnęli śmiechem, a  scenę uwieczniono. Prasa donosiła: „Bez szumnych reklam i zapowiedzi nowy film polski przez ogień i krew wkradł się wprost do serc widzów i wzruszył do głębi” („Sztuka i Film”, 1924). Niestety, traf chciał, że na premierę filmu przyszła grupa uczniów ze szkoły głuchoniemych… Dymsza po latach tak to wspominał: „I oto nagle wszyscy głuchoniemi zaczęli ryczeć ze śmiechu. Okazało się, że z ruchu ust odczytali moje «przemówienie». Ich wychowawca po projekcji filmu z wielkim oburzeniem powiedział – «Nie do wiary, w ustach pana Dymszy takie słowa!»”.

Adolf Dymsza, Eugeniusz Bodo i Helena Grossówna w filmie Paweł i Gaweł z 1938 roku

Nie odnosił się do swoich ról filmowych i filmów, w których grał, z sympatią. W wywiadzie przeprowadzonym przez Irenę Tomską przyznał: „Stosunek do filmu mam taki, że najchętniej nie nakręciłbym nic. Dziwię się ludziom, którzy chodzą na moje filmy. (…) Bzdury, nie filmy. Jakieś pomieszanie elementów i tematów mające zadowolić wszelkie rodzaje widzów, a nie zadowalające w rezultacie nikogo”. W tym samym wywiadzie mówił o swoich planach: „Zabrałem się do opracowania swoich pamiętników z dziesięcioletniego okresu pracy w rewii” („Srebrny Ekran”, 1938). Po wojnie Adolf Dymsza w 1957 roku podpisał umowę z Państwowym Wydawnictwem Iskry na wydanie swoich pamiętników. Niestety, nie złożył maszynopisu, oddał zaliczkę i umowa została rozwiązana.

Ale w 1934 roku jeszcze z optymizmem podchodził do swoich projektów filmowych. Miał zamiar stanąć za kamerą i zekranizować któryś ze scenariuszy Mariana Hemara lub Konrada Toma. Nigdy nie zrealizował tego pomysłu.

 

Dymsza z ciekawością przysłuchiwał się rozmowie „wysoko urodzonych” panów, którzy dyskutowali na temat korzeni swoich rodów.
– Mój ród wywodzi się z książąt z XII wieku – powiedział jeden.
– Mój praszczur był adiutantem króla Łokietka i ukrywał się z nim w Ojcowie – powiedział następny.
– To wszystko jeszcze nic! – wtrącił się do rozmowy Dymsza. – Ja do dziś płacę odsetki od pożyczki, którą zaciągnął mój praprapradziad, gdy z trzema królami wybrał się do Betlejem…

 

W październiku 1930 roku Adolf Dymsza spowodował niegroźny wypadek samochodowy, ale jego zachowanie pozostawia wiele do życzenia…  „Głos Poranny” informował, że wydawca czasopisma „Teatr i Życie Wytworne” urządził u siebie w mieszkaniu, na Saskiej Kępie, przyjęcie dla kilkunastu osób ze świata artystycznego. Około godziny 5 rano Jerzy Bukowski postanowił wrócić do domu, a z nim zabrali się Adolf i Zofia Dymszowie. Gospodarz zaoferował swój samochód z szoferem, ale Dymsza postanowił sam poprowadzić auto i przesadził szofera na miejsce pasażera. Jechał z dużą szybkością i w odległości około pół kilometra od mostu Poniatowskiego, na wiadukcie od strony praskiej, uderzył z impetem w barierkę. Samochód uległ zniszczeniu.  Bukowski odniósł lekkie obrażenia głowy. Niemniej, uczestnicy wypadku wpadli w panikę, szofer uciekł, a Dymszowie, zostawiając zalanego krwią kolegę, zatrzymali przypadkową taksówkę i odjechali. Po chwili, wracając z tej samej imprezy, nadjechali Aleksander ŻabczyńskiZula Pogorzelska, którzy udzielili pomocy rannemu Bukowskiemu. Obmyli go i otrzeźwili posiadaną wódką, a następnie odwieźli go na Pogotowie Ratunkowe.

 

– Psiakrew! – krzyknęła Zula Pogorzelska, gdy Lawiński, usiadłszy na jej torebce, zgniótł lusterko podczas zdjęć do Stu metrów miłości. – To zły znak! Ach, ty fajo!
Zrobiła się cisza. Wiadomo, artyści są przesądni.
Sytuację uratował Dymsza, który zawołał:
– Dobra nasza! Będziemy mieli tylko 7 lat nieszczęść!
Wszyscy spojrzeli na niego z wdzięcznością.

 

Siedem lat później od powyższej anegdoty wybuchła II wojna światowa… Adolf Dymsza brał udział w kopaniu rowów przeciwlotniczych, co zostało uwiecznione na zdjęciu. A w pierwszych dniach wojny Dymsza, zwany Karabinem Maszynowym, wraz z kolegami aktorami obsługiwał stoliki w Kawiarni Artystów Filmowych przy ulicy Złotej 7. Jak zwykle tryskał humorem i opowiadał anegdoty. Niedługo potem zaczął grać w teatrzykach jawnych.

Ciekawej analizy teatrzyków jawnych dokonał Tomasz Mościcki w książce Teatry Warszawy 1944–1945. Kronika, która jest dostępna w całości dzięki Fundacji Historia i Kultura. Zachęcam do przeczytania choćby tego jednego rozdziału, w którym autor próbuje wykazać, że teatrzyki jawne, kontrolowane przez Niemców, repertuarem wcale nie odbiegały od przedwojennych teatrzyków kabaretowych, a publiczność dopisywała praktycznie w komplecie co wieczór. Społeczność Warszawy była spragniona normalności i chwil wytchnienia. Niektóre teatry były przykrywką dla działalności konspiracyjnej, np. Komedia, w której również grał Dymsza, gdzie swoją siedzibę miał Związek Walki Zbrojnej, a później AK. Teatry jawne pod koniec wojny zaczęły też grywać ambitniejszy repertuar, tak jak Teatr Rozmaitości Jar, który w maju 1944 roku wystawił – wprawdzie ocenzurowanych – Krakowiaków i Górali.

 

Od świetnego artysty, ulubieńca Polski, Adolfa Dymszy, otrzymujemy następujący list:
„Szanowny Panie Redaktorze! Śpieszę zaznaczyć, że dowiedziawszy się z ostatnich depesz, iż znany ogólnie Hitler nosi imię Adolf, ja się noszę z zamiarem zmiany swego imienia Adolf na imię, jak poniżej”.
Teofil Dymsza

 

Dodek był rozpoznawalny przez Niemców na ulicach Warszawy. Nie mógł się odwrócić plecami i odejść od żołnierzy, którzy go zaczepiali w różnych sytuacjach. Stał się niewolnikiem sławy wybitnego aktora, która sięgnęła daleko poza granice Polski (chwalono go w prasie m.in. francuskiej i włoskiej, grał w teatrze w 1928 roku w Paryżu, a w 1933 roku w Pradze). Stefania Grodzieńska, podobnie jak wielu innych przedstawicieli świata artystycznego, broniła jego postępowania, mówiła: „On nie współpracował, on miewał kontakty” (Dymsza i dymszolodzy, 2005).

Przyznam się, że nie pamiętam, gdzie to przeczytałam lub usłyszałam, ale podobno Dodek dzięki swoim kontaktom z oficerami niemieckimi wyciągnął kilka osób z Pawiaka.

Bogdan Krzywicki w filmie dokumentalnym Dymsza i dymszolodzy opowiadał, że zapytał aktora jak to było w czasach okupacji. Dymsza odpowiedział, że „powinnością artysty jest nieść radość ludziom, szczególnie w tak ciężkich i smutnych czasach, jakimi była okupacja niemiecka”. Trudno się z tym nie zgodzić…

Dowcipniś, kawalarz, figlarz, żartowniś, wesołek… Pewnie często to była maska, pod którą krył strach i niepewność. Życie wcale nie przyniosło mu samych laurów. Ale żarty, którymi sypał jak z rękawa, były częstokroć złośliwe i bolesne, ponieważ jednak był kochany, to wiele osób mu wybaczało. Myślę, że w pewnym momencie nie umiał oddzielić sceny od życia, a skoro wszyscy utwierdzali go w przekonaniu, że kochają takiego trefnisia, to nie umiał się już wyzwolić z tej maski błazna.

Maciej Damięcki, były mąż Anity Dymszówny, tak wspomina teścia: „On był wiecznym grepserem, niekiedy to dobrze, niekiedy to źle”. Bohdan Łazuka przypomina słowa prof. Stanisławy Perzanowskiej (właśc. Stanisława PerzanowskaChmielewska, aktorka, pedagog, reżyser teatralny, prywatnie żona Zygmunta Chmielewskiego): „Uważaj na niego, bo on jest trochę psuj”. „Ja osobiście nie przepadałem za Dymszą, ale Dymsza był wielkim aktorem i świetnym” mówił Andrzej Kurylewicz (kompozytor, pianista, puzonista, trębacz i dyrygent) w filmie Dymsza i dymszolodzy.

Jestem pewna, że Adolf Dymsza był wybitnym aktorem. I to nie tylko komediowym, ale również świetnym aktorem dramatycznym. Podobnie wypowiadała się o nim Stefania Grodzieńska w filmie Dymsza i dymszolodzy. Jednak myślę, że życie codzienne z zabawnym i jednocześnie złośliwym aktorem mogło być bardzo męczące.  Kreował w filmach Dodka, warszawskiego cwaniaka, któremu nikt nie podskoczy, którego nikt nie oszuka. Przeniósł tę rolę na życie codzienne. Janusz Rzeszewski (reżyser filmowy) wspomina: „Dla niego zrobienie jakiegoś dowcipu czy kawału było… wszystkim”.

Pod koniec życia Dymsza zaczął cierpieć prawdopodobnie na chorobę Alzheimera. Maciej Damięcki wspomina ciężkie chwile podczas opieki nad schorowanym teściem, który przestał kontaktować się ze światem. I trudną decyzję oddania Adolfa Dymszy pod specjalistyczną opiekę, za co środowisko aktorskie potępiło Anitę i Macieja Damięckich, nie znając wszystkich problemów, które towarzyszyły codziennej trosce o ciężko chorego aktora.

Zmarł w nieświadomości 20 sierpnia 1975 roku w Domu Opieki Społecznej w Górze Kalwarii.  

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.