Michał Znicz. Gdzie moja okulara?

Mirela Tomczyk

Wydawałoby się, że Michał Znicz to niepozorny, cichy, drugoplanowy, aczkolwiek wybitny aktor, bez tajemnic i sekretów. A jednak jego życie prywatne pozostawia wiele niedopowiedzeń.

Opinia o nim wśród koleżanek i kolegów z teatru i planu filmowego zawsze była jedna: „«To najmilszy kolega i człowiek». (…) W życiu prywatnym skromny, jakby wycięty z powieści Dickensa, o szeroko otwartych oczach, o twarzy zawsze zaaferowanej i raczej poważnej. Na scenie arcyludzko wzruszający i prosty w rolach małego, nieszczęśliwego człowieka, wyrzuconego nie wiadomo za co poza nawias wszystkiego, co ukochał, brutalnie zdeptanego przez życie i złych ludzi” (Kazimierz Krukowski, Moja warszawka, Filmowa Agencja Wydawnicza 1958). Zawsze chodził uśmiechnięty i życzliwie nastawiony do ludzi.

Najprawdopodobniej urodził się w 1888 roku w Warszawie lub Połtawie. Ale też możliwe jest, że urodził się w 1892 czy nawet w 1895 roku jako Michał Fajertag (lub Feiertag).

Uczęszczał do szkoły Skrynikowa na ul. Złotej. Grywał wtedy w „prymitywny football na bezpańskich terenach w Piasecznie pod Warszawą i na zielonej murawie zawarliśmy dozgonną przyjaźń” (Artur Tur, Dymek z papierosa. Czterdzieści lat pod znakiem piosenek, Państwowe Wydawnictwo Iskry 1959). Jak pisze Artur Tur, Znicz marzył o występach w teatrze i chętnie udzielał się we wszystkich szkolnych przedstawieniach. Według przyjaciela wykazywał nieprzeciętne zdolności do tego.

Michał Znicz wspominał: „Jestem aktorem jeszcze z czasów dzieciństwa. Kiedyś w latach gimnazjalnych koledzy szkolni byli mi bardzo wdzięczni za wyrządzoną im przysługę. W czasie lekcji języka rosyjskiego wstawał szczupły chłopaczek i w obecności nauczyciela i inspektora odczytywał fragmenty gogolowskiego Rewizora. Czytał, zmieniając głos, koledzy słuchali, godzina szybko mijała i sztubak dostał w nagrodę «frenetyczne oklaski». I to jest moje pierwsze wspomnienie aktorskie. Chociaż nie zawsze dyrekcja rosyjskiego gimnazjum, do którego uczęszczałem, była ze mnie zadowolona. Zyskałem sobie nawet miano «niebłaganadziożnego» wobec władz, kiedy nie bardzo rozumiejąc, o co właściwie idzie – namówiłem jakiegoś «wstępniaka», aby w dzień 1 maja nie przyszedł do szkoły” („Ekran” 1957).

Aspiracje teatralne przerwała I wojna światowa. Michał Znicz został powołany do wojska rosyjskiego, ale szybko dostał się do niewoli i stał się jeńcem wojennym w obozie niemieckim w Neuhammer (dzisiejszy Świętoszów na Dolnym Śląsku) lub w Gardelegen. W obozie regularnie uczestniczył, przez trzy kolejne lata, w jenieckim teatrzyku, występując jako recytator i aktor. Wspominał: „były to arcyciekawe wieczory, kiedy mimo prymitywności akcesoriów – osiągało się prawdziwe cuda” („Kino” 1936).

Miewał przygody nie tylko na scenie. W styczniu 1934 roku, gdy grał w Teatrze Nowym w komedii Czwarty do brydża, do garderoby, gdzie siedzieli Michał Znicz, Antoni Różycki i Ziembiński, wszedł emerytowany porucznik pilot Norbert Jezierski. Często przychodził on za kulisy, ponieważ był mężem jednej z aktorek. Pilot zamienił kilka uprzejmych zdań ze Zniczem, po czym odwrócił się do Różyckiego i próbował go zabić strzałem. Na szczęście pistolet się zaciął. Jezierski chwycił nożyczki i chciał zranić aktora. Zrobił to w geście zazdrości, ponieważ podejrzewał swoją żonę i Różyckiego o romans. Przesłuchanie Znicza odbyło się w maju tegoż roku, ale „nie odbiegało od znanych już szczegółów starcia” („Kurier Warszawski” 1934).

Jeszcze raz trafił on przed oblicze sądu, ale już jako skarżący. W 1936 roku zaskarżył „masę upadłości «sceny lirycznej» (Operetka na Karowej) o wynagrodzenia w wysokości 4400,00 zł jako resztę gaży za czerwiec br. Syndyk masy upadłościowej, adw. Tadeusz Marat, twierdzi, że Zniczowi nic się nie należy (…). Sensacyjna sprawa została odroczona wobec powołania na świadka artystki Lucyny Szczepańskiej” („Głos Poranny” 1936).

Michał Znicz (z prawej) i Wacław Ścibor-Rylski w jednej ze scen przedstawienia Perfumy mojej żony w Teatrze Kameralnym
w Warszawie, 1933, NAC

W 1937 roku Znicz był jednym z najlepiej zarabiających aktorów filmowych w Polsce. Jego dzienna stawka wynosiła około 200 zł. Podobne kwoty otrzymywali Kazimierz Junosza-Stępowski, Antoni Fertner i Józef Węgrzyn.

Znicz chętnie pojawiał się na pokazach mody i balach dobroczynnych. Zawsze bawił towarzystwo. Pewnego razu opowiadał znajomym dowcip: – Czy to drogo – zapytał aktor – 80 groszy za obiad składający się z zupy rakowej, ryby, pieczystego, leguminy i czarnej kawy? – Ależ bardzo tanio, gdzie można dostać taki zestaw? – dopytywali się znajomi. – Ba, gdybym ja to wiedział, to bym sam poszedł! („Głos Poranny” 1935).

 

TEATR

Po odzyskaniu wolności Michał Znicz przyjechał do Warszawy i zadebiutował 16 lutego 1918 roku w warszawskim teatrzyku Sfinks w roli komediowej, choć całe życie marzył o wielkiej roli dramatycznej. Jednak na pierwszy ogień miała pójść parodia znanej dziecięcej piosenki:

 

Wlazł kotek na płotek i mruga.
Ładna to piosenka, niedługa,
Nie długa, nie krótka, lecz w sam raz.
A ty mi, koteczku, buzi dasz.

 

Pokazał na scenie, jak ten tekst zabrzmiałby w wersji dramatycznej, komediowej, lirycznej, bohaterskiej, interpretował go jako sztubak czy zalany imprezowicz. Zawsze zbierał ogromne owacje za swoją grę i potem tę interpretację dziecięcego wierszyka chętnie wykonywał na bis przy wszystkich późniejszych występach.

Znicz często też prowadził konferansjerkę, w której przedstawiał się skromnie: „Na początku Z, na końcu Z, a w środku – NIC”.

Józef Węgrzyn i Michał Znicz (z prawej) w jednej ze scen przedstawienia Porwanie Sabinek Franza i Paula Schonthana w Teatrze Buffo
w Warszawie, 1938, NAC

W Sfinksie spędził rok, by następnie przejść do Qui Pro Quo. Zaprezentował na scenie Sfinksa monolog w oparciu o Pamiętnik wariata Gogola i w tej roli zobaczył go dyrektor Boczkowski, który zachwycił się tą interpretacją i z miejsca zaproponował angaż.

„Nawet nie marzyłem o tym – opowiadał po latach Znicz – abym mógł znaleźć się w zespole Qui Pro Quo, składającym się z ówczesnych asów kabaretowych” (Kazimierz Krukowski, Mała antologia kabaretu, Wydawnictwo Radia i Telewizji 1982). Wspominał: „Reżyserem był wtedy Jaracz. My, aktorzy, mieszkaliśmy wówczas w hotelu w Galerii Luksemburga (dziś jest tam Urząd Skarbowy), a skoro świt pomagaliśmy przy budowie nowego teatru, nosząc własnoręcznie cegły” („Kino” 1936).

Ale zanim Michał Znicz, „jeden z najzdolniejszych artystów teatru Qui Pro Quo” („Kurier Warszawski” 1919) zadebiutował w tymże teatrze, wystąpił w roli piosenkarza i monologisty w noc sylwestrową w słynnej Ziemiańskiej. Oprócz Znicza występowali m.in. Karol Hanusz, Mariusz Maszyński, Hanka Ordonówna, Benedykt Hertz.

Do dnia premiery w Qui Pro Quo Michał Znicz chodził oszołomiony, ale ten wymarzony debiut w teatrzyku nie był taki, jak sobie wymyślił. Miał zagrać błazna w utworze dramatycznym Juliana Tuwima Błazen i wiedźma. Niestety, jego partnerka zasłabła. Sam Michał Znicz tak wspominał tę premierę: „Na scenie Maria Stroińska w roli wiedźmy przywiązana do płonącego słupa. Stoję w kulisie półprzytomny z tremy, słyszę głos inspicjenta: «Już! Wchodzi pan!» – gdy wtem Stroińska mdleje i przewraca się wraz ze słupem, do którego była przywiązana. Opuszcza kurtynę, robi się zamęt. W rezultacie numer na premierze nie idzie, a ja z głupią miną wracam do garderoby, aby się rozcharakteryzować. Dobił mnie już zupełnie na bankiecie, który odbył się na inauguracji, Władysław Grabowski, mówiąc do mnie: «Panie Znicz, ma pan świetną dykcję». Byłem zrozpaczony, uważałem wypadek za zły prognostyk” (Kazimierz Krukowski, Moja warszawka). Na szczęście Znicz od tej pory przez cztery kolejne lata święcił wyłącznie triumfy na scenie Qui Pro Quo, m.in. w spektaklach: Misja jedzie (1919), Diabeł w Warszawie (1922), Koniec rodu Ordynackich (1922), A to ci stypa (1923).

W 1923 roku zaangażował się do kilku przedstawień do Stańczyka. W Programie XXIV „komiczne Poskromienie zwierząt – dramat sparodiowany przez Szerszenia i świetnie interpretowany przez p. Znicza, cennej siły wykonawczej od przeszłego programu, pozyskanej przez Stańczyka” pisał „Ekran i Scena” z 1923 roku. Dodawał też, że w Programie XXV „śmieszne parodie Znicza” uratowały akt typu paryskiego Człowiek bez twarzy.

               

Janina Morska i Michał Znicz
w sztuce Rembrandt na sprzedaż, Teatr Kameralny
w Łodzi, 1932, NAC

W 1924 roku, po upadku Stańczyka, aktor przeniósł się do Łodzi i grał w teatrach miejskich do roku 1930. W latach 1925 i 1926 mieszkał jakiś czas w Krakowie i grał w Teatrze Starym im. Juliusza Słowackiego, gdzie również reżyserował. Na przełomie lat 1931 i 1932 grywał w teatrach lwowskich pod dyrekcją Czapelskiego i Zaleskiego. Podczas pobytu w Łodzi angażował się w życie kulturalne, tworząc z kolegami w 1924 roku Towarzystwo Miłośników Literatury i Sztuki w Łodzi, które miało na celu krzewienie literatury i kultury wśród pracujących ludzi z różnych grup społecznych.

W czerwcu 1933 „Dzień Dobry” donosił, że „znakomity artysta scen łódzkich p. Michał Znicz ma zostać zaangażowany na sezon do teatrów warszawskich”. Ale on sam wspominał swój przyjazd do Warszawy inaczej: „Kiedy tu przyjechałem, zacząłem, wstyd powiedzieć… od zwyczajnej knajpy. Występowało się po prostu jako urozmaicenie wieczoru dla nie bardzo trzeźwych gości” („Kino” 1936). Aktor miał tu na myśli bardzo popularny lokal Oaza, gdzie na pierwszym piętrze, w sali kinowej odbywały się przedstawienia kabaretowe. Publiczność jednak nie była najgorsza, ponieważ ściągała do rozrywkowego lokalu po przedstawieniach teatralnych w Rozmaitościach, Operze, Letnim i Nowościach.

Znicz został zaangażowany do Teatru Kameralnego, który zamierzał wystawić sztukę Perfumy mojej żony świetnie opanowaną tekstowo przez aktora. Ale prawdziwą szansę dał mu Stefan Krzywoszewski, bo zaangażował Znicza do sztuki Hau-hau w Teatrze Narodowym. Na jej premierze był Tadeusz Boy-Żeleński, który tak wspomina rolę Znicza: „Para Zelwerowicz–Maszyński, jako stary Hau-hau i jego wierny sługa, tak nam się utrwaliła w pamięci, że dość trudno przyszło nam się oswoić z bardzo zabawnym, ale krańcowo odmiennym typem, jaki dał w głównej roli p. Znicz. W miejsce ogromnej kupy mięsa, którą istotnie trzeba było podpierać, ujrzeliśmy małego, fertycznego staruszka, uwijającego się po scenie, robiącego przy swoich zgrzybiałych lokajach wrażenie młodzieńczej żywości” („IKC” 1933).

Grywał często i dużo w teatrzykach rewiowych, jak również w teatrach miejskich i Teatrze Narodowym. W późniejszych latach wyjeżdżał na gościnne występy po Polsce, ale Warszawie pozostał wierny do końca. 

Michał Znicz jako radca Hilary Licherkiewicz w filmie Dwie Joasie, 1935, NAC

W 1936 roku Znicz zatrudnił się do teatrzyku Cyrulik Warszawski, gdzie dyrektor Fryderyk Járosy przywitał go słowami: „A jednak wróciłeś do nas”, na co Znicz odpowiedział mu poważnie: „Brudna żądza gotówki. Płacicie bardzo dobrze, a że prowadzisz kabaret pur sang literacki, który przejął najlepsze tradycje starej budy, uważam, iż mogłem to zrobić bez uszczerbku dla mego paszportu aktorskiego” (Kazimierz Krukowski, Moja warszawka).

Gdy Cyrulik Warszawski przestał istnieć, Járosy zorganizował w sali na Marszałkowskiej 8 nowy teatr Figaro, który miał kontynuować idee Qui Pro Quo i Bandy. Otwarcie zaplanowano na 2 września 1939 roku, a pierwsza próba generalna odbyła się 31 sierpnia. Miasto już było zaciemnione, wszędzie wisiały plakaty mobilizacyjne, ale zespół nadal szykował premierę, ponieważ wierzono, że polska armia zatrzyma niemieckie natarcie. Aktorzy nie wykluczali też, że zostaną teatrzykiem polowym i chcieli być przygotowani.

Ostatnim numerem był kujawiak w interpretacji Mariana Rentgena. Jak wspomina Jerzy Jurandot w przywołanej już książce Dymek z papierosa, w rozdziale Dzieje śmiechu: „«Po zakończeniu – powiedział Járosy – zaśpiewamy Hymn. Czy wszyscy dokładnie pamiętają słowa? Powtórzymy sobie». Pianiści zasiedli z powrotem do instrumentów i zagrali Jeszcze Polska.

Z pierwszego rzędu widowni widziałem wyraźnie łzy, które powoli zaczęły spływać im po twarzach, kiedy śpiewali. Płakały wszystkie kobiety. Płakał Járosy. Płakali sceptyczni, z trudem poddający się wzruszeniu «kabareciarze» – Lawiński, Minowicz, Znicz. Płakał już zmobilizowany siwowłosy porucznik Marian Rentgen. Płakali przy fortepianach Boruński i Gimpel. Wszyscy.

Wielu z nich widziałem tego dnia po raz ostatni”.

 

SPORT
Michał Znicz jako bramkarz w meczu piłkarskim

Michał Znicz mówił o sporcie: „Gdybym nie był aktorem, zostałbym z pewnością… piłkarzem. Przepadam po prostu za piłką nożną. W latach szkolnych, kiedy uczniakom nie wolno było należeć do klubu, będąc reprezentacyjnym graczem (bramkarz), musiałem często dla niepoznaki nakładać czapkę studenta Politechniki. Działo się to wszystko za pozwoleniem dyrekcji rosyjskiego gimnazjum, która na to «przestępstwo» patrzyła przez palce” („Kino” 1936).

W obozie jenieckim, oprócz występów w teatrzyku, regularnie grał ze współwięźniami w piłkę nożną jako bramkarz.

We wrześniu 1937 roku na boisku Polonii w Warszawie odbył się słynny mecz między Związkiem Dziennikarzy i Publicystów Filmowych a aktorami filmowymi, który urządziło czasopismo „Film”. Spotkanie było ogromną sensacją i zgromadziło tysiące widzów. Bramkarzem drużyny aktorskiej był Michał Znicz i choć aktor ostatni raz miał styczność z piłką nożną ponad dwadzieścia lat wcześniej, to grał „jakby wczoraj zszedł z treningu” („Światowid” 1937). I jak donosiło „Kino” na koniec meczu: „Publiczność zgotowała aktorom długotrwałą owację, wyróżniając specjalnie Dymszę i Znicza”. I nic dziwnego, bo drużyna aktorów pokonała dziennikarzy 7:0. Znicz nie przepuścił żadnej bramki, a po każdej złapanej piłce dostawał gorące brawa od publiczności.

 

RODZINA

Bratem Michała był Stanisław Znicz, ceniony śpiewak rewiowy, a później operowy (baryton). Zadebiutował w operze w 1932 roku na scenie Teatru Wielkiego w Warszawie w Cyganerii. W czasie wojny występował w Białymstoku, w teatrze rewiowym pod dyrekcją Kazimierza Krukowskiego, a potem w Grodnie, gdzie grał w polskim teatrze prowadzonym przez Aleksandra Węgierkę. Został rozstrzelany przez Niemców w Wilnie 1 stycznia 1943 roku.

Michał Znicz z ukochanym Szweykiem

Michał Znicz ożenił się z Janiną Morską (z domu Czyżewską), której pierwszym mężem był Eugeniusz Magnuszewski, aktor o niewielkim talencie. Poznali się i grali razem na scenach teatrów łódzkich już w latach dwudziestych. Pobrali się prawdopodobnie przed rokiem 1935. Morska miała z pierwszym mężem syna, którego Znicz zaadoptował i bardzo kochał.

Aktor miał willę w Wołominie, gdzie spędzał każdy swój wolny czas, mawiając, że jedzie na wakacje. Lubił psy. Miał ukochanego buldoga francuskiego Szweyka i dwa wilczury, które pilnowały „«majątku» Znicza, pod Warszawą, na małej działce” („Kino” 1937). Potrafił opowiadać o Szweyku długo, czule, z zachwytem i ze szczegółami. Chętnie też pokazywał zdjęcia swego „francuskiego boul”.

Janina Morska podczas powstania była w Warszawie. Przeżyła wojnę i po niej grywała najpierw Katowicach, a potem w Krakowie. Występowała również w Łodzi, aby na stałe zagościć na scenie Teatru Śląskiego w Katowicach. Zmarła 31 marca 1966 roku.

 

FILM

Michał Znicz był dumny, że debiutował u Ryszarda Bolesławieckiego w filmie Cud nad Wisłą w 1921 roku i chętnie o tym mówił w wywiadach. Była to niewielka rólka jednego z członków trupy aktorskiej, ale widać charyzmę artysty w tych kilku scenach. Potem zagrał w dwóch krótkich propagandowych filmach: Dwóch urnach (1921) i z Antonim Fertnerem w A ja sobie muszę uradować duszę, o których niewiele wiemy. Pierwszy z nich dotyczył plebiscytu na Górnym Śląsku i ze względu na niski poziom artystyczny został szybko wycofany z kin.

Aktor miał długą przerwę w pracy przy filmie spowodowaną jego prawie dziesięcioletnią nieobecnością w Warszawie. Po powrocie do stolicy drugą szansę dał mu Eugeniusz Bodo, o czym Znicz sam mówił: „Moim właściwym i najprawdziwszym filmowym ojcem chrzestnym jest Bodo, który zaangażował mnie do swojego Pieśniarza Warszawy. Potem już jakoś poszło…” („Kino” 1936). Znicz zebrał same pozytywne recenzje za rolę dobrotliwego wujka. „Prawdziwy triumf święci zdolny artysta Znicz wykazujący tak samo na scenie, jak i na ekranie talent zaiste niecodzienny” pisał „Robotnik” w marcu 1934 roku.

Michał Znicz w Młodym lesie

Po tej świetnej komediowej roli wcielił się w postać starego francuskiego belfra w nagradzanym filmie Młody las. Był niesamowicie wzruszający, spokojny i tragiczny. Zagranie tej roli to mistrzostwo kunsztu aktorskiego, który Znicz potrafił pokazać w każdym kolejnym obrazie. Krytyczne zwykle wobec polskich filmów „Wiadomości Literackie” z 1935 roku zamieściły recenzję Leonii Jabłonkówny, która napisała: „Znicz w żałosnej roli starego postponowanego nauczyciela podbija widownię siłą i prawdą ekspresji, której prostota jest czymś bodaj zupełnie nowym w polskiej grze filmowej”.

Jego pozycja wybitnego aktora filmowego, który potrafi odnaleźć się w każdej roli, została ugruntowana. Grywał przemiennie w dramatach i komediach. Przyjaźnił się z Eugeniuszem Bodo i zagrał w wielu jego filmach, co zawsze podnosiło wartość artystyczną obrazu. „Gazeta Codzienna” z 1934 roku pisała: „Michał Znicz jest najlepszym przedstawicielem komedii i potrafi rozśmieszyć do łez”.

W tymże 1934 roku doczekał się głównej roli w filmie Co mój mąż robi w nocy, gdzie wraz z Tolą Mankiewiczówną i Kazimierzem Krukowskim zaśpiewał pijacką piosenkę Gdybym ja miał cztery nogi. Jej świetne wykonanie bawi do dzisiaj, choć sam film nie zebrał pozytywnych recenzji. Niemniej ja go zawsze oglądam z przyjemnością.

W filmie Dwie Joasie – jak donosił „Kurjer Nowogródzki” w październiku 1935 roku – „Znicz jest kapitalny”. Ale nie tylko ten dziennik zachwycał się grą aktora w tej zabawnej komedii, gdzie główne role grali Jadwiga SmosarskaFranciszek Brodniewicz.

Wiąże się z tym filmem zabawna anegdota. W czasie przerw pomiędzy zdjęciami aktorzy umilali sobie czas plotkami: kto jest z kim, ta z tym czy ten z tą? Znudzony Znicz przerwał: – A wiecie, z kim ja żyję? – zapytał. Rozmowy ucichły, a Znicz spokojnie odparł: – Żyję z zegarkiem w ręku. Jestem bardzo punktualny („Kino” 1935).

Przy kręceniu w Dalmacji Panienki z poste restante zdarzyła się Michałowi Zniczowi przykra przygoda ze szczęśliwym zakończeniem. „Wiadomości Filmowe” relacjonowały wyjazd aktorów: „Artyści polscy bawiący w Dubrowniku, korzystając z pięknej pogody, plażują niemal codziennie nad Adriatykiem. Przed kilkoma dniami, jak doniosły depesze, Michał Znicz w czasie kąpieli oddalił się zbyt daleko od brzegu. W pewnej chwili zaczął tonąć, wołając o ratunek. Natychmiast pospieszyli Alma Kar i Aleksander Żabczyński. Pierwsza dopłynęła do Znicza Alma Kar, której udało się utrzymać go przez kilka chwil na powierzchni. Sytuacja stała się jednak tragiczna, ponieważ Alma Kar również zaczęła tonąć. Na szczęście do tonących artystów dopłynęli ratownicy na łodzi i wyciągnęli ich z wody. Wypadek ten wywołał zrozumiałą sensację na Wybrzeżu Dalmackim. Rozpisują się o tym obszernie dzienniki jugosłowiańskie, podnosząc poświęcenie i bohaterstwo polskich artystów filmowych, którzy pospieszyli na pomoc tonącemu koledze” („Stare Kino” nr 4–6/2018).

Michał Znicz w filmie Zapomniana melodia z 1938 roku

W 1936 roku Znicz zagrał w dramacie Róża nakręconym na podstawie prozy Stefana Żeromskiego. Warto przytoczyć krótki artykuł ze „Światowida” z tego okresu: „Michał Znicz jest bezsprzecznie jednym z najbardziej utalentowanych polskich artystów charakterystycznych. Każda jego kreacja to majstersztyk gry aktorskiej, każda, najdrobniejsza nawet «gierka» – to skończone arcydzieło kunsztu aktorskiego. W każdym filmie Znicz prezentuje nowe, wspaniałe próbki swego wielkiego talentu. Dotychczas grywał Znicz role komediowe; obecnie po raz pierwszy wystąpi w roli dramatycznej. Znakomity ten artysta został ostatnio zaangażowany do Róży, trawestacji filmowej głośnego utworu Stefana Żeromskiego. W filmie tym odtworzy Znicz postać Anzelma – gorącego patrioty, który zmuszony zostaje przez nikczemnego i cynicznego naczelnika ochrany do wydania towarzyszów-spiskowców, walczących o niepodległość Polski. Jest to b. trudna rola; ciekawe, jak Znicz ją podejmie i odegra na ekranie”. My już wiemy, że sprostał tej roli i zostanie ona zapamiętana jako jedna z perełek polskiej gry aktorskiej.

Pokochaliśmy Michała Znicza również za rolę dyrektora Okszy w Jadzi, gdzie stworzył niezapomniany duet z Mieczysławą Ćwiklińską.

Rolę starego nauczyciela powtórzył z powodzeniem w Zapomnianej melodii, wielkim polskim hicie wszech czasów. Oczywiście, cenimy ten film ze względu na duet Grossówna–Żabczyński, fantastyczny scenariusz i realizację, ale artyzm gry aktorskiej Znicza wybija się przed wszystkie te atuty. Któż z nas nie pamięta sceny, gdy profesor Frankiewicz pozwala dziewczętom na ostatniej lekcji zaśpiewać dowolną piosenkę, a niesforna Jadzia Pietrusińska, grana przez Jadwigę Andrzejewską, intonuje Panie Janie. Piosenkę, którą profesor Frankiewicz „katował” dziewczęta przez całe lata.

Przed wojną Znicz zdążył zagrać jeszcze w Żołnierzu królowej Madagaskaru, który to film miał premierę podczas okupacji. Co bardzo ciekawe film ten był również wyświetlany po wojnie w Warszawie, Łodzi i Krakowie, a jednak dzisiaj Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny FINA nie dysponuje żadną jego kopią. Ostatnia rola mistrza Michała Znicza zostanie dla nas, niestety, tajemnicą. Jednak nie mam wątpliwości, że i w tym filmie bawił i wzruszał publiczność.

 

WOJNA

Michał Znicz uważał się za Polaka, nie grywał w teatrach żydowskich, nie znał języka jidysz. Nigdy nie miał problemu ze swoim poczuciem tożsamości. A jednak gdy przyszła wojna i żona ukrywała go w mieszkaniu, nie potrafił znieść napięcia towarzyszącego codziennemu życiu pod okupacją i dobrowolnie zgłosił się do getta. Zresztą przygotowywał się do tego już wcześniej.

Michał Znicz w filmie Bolek i Lolek z 1936 roku

Jerzy Jurandot wspominał, że jesienią 1940 roku wraz z żoną, Stefanią Grodzieńską, zostali zaproszeni przez Andrzeja Własta. Wcześniej nie utrzymywali stosunków towarzyskich, ale Włast podkreślał, że sprawa jest ważna i do natychmiastowego omówienia. W mieszkaniu Własta byli jeszcze „Michał Znicz, cudowny aktor dramatyczny, komediowy i estradowy, jeden z naszych czołowych przedstawicieli przedwojennego polskiego aktorstwa” oraz Edmund Minowicz i Iwo Wesby.

Włast chciał porozmawiać ze znajomymi na temat budowanego getta. Miał świadomość, że będą musieli się tam przenieść i chciał omówić sytuację artystów, którzy oprócz pracy twórczej niczego więcej nie umieli. Zaproponował, aby w Melody Palace na ul. Rymarskiej, które mieściło się w obrębie granic getta, zorganizować występy. Rozmawiał już z właścicielem, restauratorem Hirszfeldem, i ten był zachwycony pomysłem, który podniesie frekwencję w lokalu. Wszyscy się zgodzili i ustalili, że pieniądze z wpływów będą dzielone po równo, „bo przecież chodzi po prostu o to, aby mieć z czego żyć” (Jerzy Jurandot, Miasto skazanych. 2 lata w warszawskim getcie, Muzeum Historii Żydów Polskich 2014).

Następnego dnia delegacja złożona z Minowicza, Znicza, Jurandota i Regro udała się do ZASP-u, aby poinformować jego władze o swojej decyzji. Aktorzy, którzy planowali występować na terenie getta, wiedzieli o wydanym przez ZASP zakazie grania w warszawskich teatrach jawnych i poprosili oficjalne pozwolenie. Nie chcieli zyskać miana kolaborantów i łamistrajków. ZASP podszedł do sytuacji rozsądnie i nie miał żadnych zastrzeżeń.

Kabaret w Melody Palace zaczął działać, ale po dwóch tygodniach, na wniosek Znicza i Minowicza, zostało zwołane zebranie zespołu. Zaproponowali zmianę kierownictwa, ponieważ Włast, przyzwyczajony do rozbuchanych przedstawień, nie umiał dostosować się do skromnych warunków wojennych. Panowie zaproponowali, aby kierownikiem został Jurandot, którego kandydatura przeszła jednogłośnie. Nawet Włast zagłosował za Jurandotem.

Jak już wspomniałam, artyści postanowili dzielić pieniądze z wpływów po równo, nie bacząc na osobisty wkład w dane przedstawienie. Jednak okazało się, że to za mało, aby żyć, a za dużo, aby umrzeć. Wpadli na pomysł robienia benefisów i dystrybucji biletów wśród swoich bogatych przyjaciół. To podreperowało ich budżet.

Michał Znicz grywał również w teatrze Na Pięterku (ul. Nowolipie 29), gdzie wystawiano także w języku polskim i przemycano czasami temat żydowski. W 1941 roku miał rewię Znicz na pięterku (z udziałem Ireny Prusińskiej, Marii Dwoińskiej, Józefa Kinelskiego, Marii Hinterhoff, Ireny Drybińskiej, Zygmunta Szklara i Izraela Weisfelda), a w restauracji Nowoczesna grał w rewii Wielki poranek dziecięcy (udział brali: Władysław Szpilman, Arkadi Flato, Halina Ajzenberżanka, Polcia Szwarcbard, Irka Rozenfried, Irenka Zylberberg, Lusia Cywiak, Salvatore Kuszes, Władysław Lin, Anna Pischerówna). W czerwcu 1941 roku zagrał w rewii Szaleństwo na pięterku.

Helena Grossówna i Michał Znicz

3 kwietnia 1942 roku na wieczorze artystycznym Chany Braz przy ul. Leszno 14 Michał Znicz miał zaprezentować „humor”, jak głosiło zaproszenie, ale „Gazeta Żydowska” z 19 kwietnia odnotowała po benefisie: „wobec niedyspozycji p. Znicza wstrzymujemy się od oceny jego programu”.

Będąc w getcie, Michał Znicz, dr Janusz Korczak i olimpijczyk Ilia Szrajbman (mistrz Polski w pływaniu) zaprojektowali pomnik „Tym, którzy za cenę życia…”. Miał upamiętniać Polaków, którzy nieśli pomoc Żydom podczas wojny. Zachował się jego szkic, który przestawia bochenek chleba dzielony nożem z rękojeścią zakończoną orłem (Barbara Wachowicz, Kamyk na szańcu, Oficyna Wydawnicza RYTM 2002).

 

ŚMIERĆ

Istnieje kilka różnych relacji na temat okoliczności śmierci Michała Znicza.

Gdy Janina Morska wyciągnęła męża z getta przed lipcem 1942 roku, ten był w ciężkiej depresji. W „Pamiętniku Teatralnym” nr 46 z 1997 roku możemy przeczytać: „Znicz był «zanadto wrażliwy jak na te czasy. Był to cudowny człowiek, podszyty ciepłem, Ludzie w getcie nagminnie popadali w chorobliwe depresje, jakieś manie. I jemu też się to przydarzyło. Cały się zapadł w sobie». Przestało go cokolwiek interesować. Wtedy właśnie odwiedził go Jerzy Szapiro, wówczas młody student medycyny. Napisał był cztery wiersze, o których Znicz się dowiedział. (…) Znicz poprosił go o kontakt. Mieszkał wtedy na Lesznie pod numerem 37 w maleńkiej klitce. Jerzy Szapiro przyszedł za późno. Znicz uśmiechnął się tylko, «a był to raczej grymas», przeprosił i powiedział, że wiersze nie będą mu już potrzebne, bo nie będzie więcej występować. W tym samym czasie żona przyprowadziła go kiedyś do kawiarni, gdzie jedna z aktorek zaczęła śpiewać na bis piosenkę Hemara Jeden uśmiech, więcej nic. Jeszcze nie tak dawno śpiewała ją razem ze Zniczem. (…) Artysta siedział nieruchomo, nie reagując, ale po chwili, nie wstając od stolika, odśpiewał z nią drugą zwrotkę. Był to jego ostatni występ w życiu. A wtedy ona, patrząc na niego, powiedziała: «Michale, dziękuję ci bardzo. Jesteś moim najwspanialszym partnerem». W kawiarni panowała cisza. Nie było żadnych braw. Ludzie nie byli w stanie podnieść się ze swoich miejsc”.

Dokumenty dla Znicza pomagał wyrobić Tadeusz Wołowski. Podobno aktor został umieszczony przez rodzinę w Zakładzie dla Nerwowych i Psychicznie Chorych Żydów „Zofiówka” w Otwocku, gdzie, jak głosi jedna z wersji, w 1942 roku został zamordowany przez Niemców podczas likwidacji zakładu.

Kolejna wersja mówi, że żona zawiozła go do Wołomina, gdzie mieli swoją willę, i tam aktor popełnił samobójstwo. Leon Schiller w jednym ze swoich listów napisał: „Powiesił się zbiegłszy z getta – Michał Znicz”.

Hanka Ordonówna w wywiadzie przeprowadzonym przez Tadeusza Wittlina, który rozpoczyna książkę Pieśniarka Warszawy, mówi: „Michał Znicz skonał w Pruszkowie, kiedy wpędzono go do towarowego wagonu w drodze do gazowej komory”.

Gdy na początku lat 60. Lucjan Wolanowski odwiedził Tahiti i spotkał się z Reri, bohaterką filmu Czarna perła, długo rozmawiali o jej karierze w Polsce i przyjaciołach, których zostawiła. Wolanowski powiedział jej, że Michał Znicz został zamordowany podczas wojny przez Niemców, czego Reri nie mogła zrozumieć: „Dlaczego go zabili? Był takim dobrym człowiekiem”. Wolanowski nie był pewien, czy Znicz zginął w getcie, czy w obozie koncentracyjnym („Stolica” 1962).

W „Ekranie” z 1986 roku swoje wspomnienia związane ze śmiercią Michała Znicza opublikował Teodor Niewiadomski, który jako pracownik Zakładu Oczyszczania Miasta miał wstęp na teren getta. Nie tylko wywoził w śmieciarce ludzi, ale również przywoził Żydom broń. Brał udział w powstaniu warszawskim. Ze szczegółami opisał swoje spotkanie z aktorem w getcie w 1942 roku. Znicz miał w pokoiku plakat z przedstawienia młodzieży robotniczej Młody las z 1932 roku, w którym grał właśnie autor artykułu. Na plakacie widniały autografy całego amatorskiego zespołu aktorskiego. Niewiadomski twierdził, że wielokrotnie spotykał się ze Zniczem, który wspominał „stare dobre czasy”. Ale „któregoś dnia, późną jesienią 1942 roku, znów stałem pod drzwiami mieszkania, w którym mieszkał Michał Znicz. Drzwi były otwarte. Na łóżku leżał On – Francuz z Młodego lasu. Jego martwa dłoń spoczywała obok okularów, znajdujących się na stoliczku przy łóżku. Na blacie dostrzegłem pustą fiolkę z napisem Luminal, obok szklankę z niedopitą wodą. Zdawało mi się, że jego usta jeszcze mówiły: «Gdzie moja okulara?»…”.

A jaka jest prawda?

Michał Znicz w filmie Róża z 1936 roku

W 1958 roku „Ekran” zamieścił obszerny fragment listu siostrzenicy Janiny Morskiej, Hanny Szukalskiej, która opisała ze szczegółami losy małżonków podczas zawieruchy wojennej. Janina Morska po śmierci męża długo mieszkała z panią Hanną. Twierdziła ona w tym liście, że Znicz ze względu na swoją żonę ochrzcił się przed ślubem i że miał „bzika” na punkcie swojego pasierba. Napisała: „był idealnym ojcem i mężem”.

Sam zgłosił się do getta, ponieważ „nie mógł pokazać się na ulicy, gdyż był za bardzo popularny. Nikogo nie zwiodła zapuszczona bródka. Gdziekolwiek pokazywał się, towarzyszył mu szept: Znicz, Znicz”.

Janina wyprzedała cały majątek, sprzedała willę w Wołominie, zlikwidowała mieszkanie na ul. Złotej, aby pomóc mężowi w getcie. Gdy sytuacja stała się tam groźna, wyciągnęła go i wynajęła małe mieszkanko przy ul. Sosnowej. Tam ukrywała męża.

Pozwolę sobie tutaj oddać głos Hannie Szukalskiej: „Syn i pierwszy mąż ciotki należeli do AK. Kiedyś mieli dostarczyć na punkt kilka karabinów. Ponieważ w miejscu przeznaczenia nie zastali nikogo, paczkę zostawili u ciotki do następnego dnia. Karabiny ukryli we wnęce koło pieca kuchennego, która była zastawiona balią. Na drugi dzień rano gestapo złożyło ciotce wizytę; widocznie ktoś doniósł. Gestapowcy zrobili gruntowną rewizję, zabrali wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość, wściekali się, że nie znaleźli złota. Mimo że przewrócili mieszkanie do góry nogami, nie zajrzeli do skrytki z karabinami.

Ciotka błagała ich, żeby nie zabierali Znicza, że jeśli go zostawią, otrzymają duży okup. Zgodzili się, licząc widocznie na to, że Znicz i tak im się nie wymknie… Ciotka nie miała żadnych zasobów, chodziło tylko o to, by zyskać na czasie. Natychmiast rodzina uciekła z mieszkania, ciotka pożyczyła pieniądze i wynalazła lokum dla Znicza w Pruszkowie. Sama zamieszkała w moim domu pod Warszawą, gdzie już ukrywał się jej syn i pierwszy mąż. Znicz na skutek wszystkich przeżyć wojennych popadł w ciężką chorobę nerwową, stał się prawie melancholikiem. W swojej nowej kryjówce Znicz mieszkał krótko. 24 grudnia 1943 roku zmarł podobno na serce. Piszę «podobno», ponieważ ciotka później dopiero dowiedziała się, że ludzie, u których umieściła Znicza, byli specjalistami od wysyłania Żydów na tamten świat. Brali z góry grubszą gotówkę lub złoto, a potem lokatorzy w szybkim czasie umierali na serce. Ile w tym było prawdy, trudno dociec, bo przecież wtedy nie można było sprawdzić, a po wojnie takie typy nie czekały na dochodzenie. Znicz został pochowany pod obcym nazwiskiem, nie pamiętam jakim. Równo w miesiąc potem, bo 24 stycznia 1944 roku gestapo zabrało z domu syna i pierwszego męża ciotki. Zostali rozstrzelani tego samego dnia. Ciotka przez kilka miesięcy mieszkała u nas”.

Na stronie internetowej Żydowskiego Instytutu Historycznego widnieje notka biograficzna Michał Znicza, w której czytamy, że został on pochowany w Gąsocinie pod nazwiskiem Arnolda Szuberta. Problem jednak w tym, że pierwszy cmentarz powstał w Gąsocinie dopiero w 1973 roku, a parafia nie wie nic o żadnym Arnoldzie Szubercie. Rafał Żebrowski, który pisał tę notkę, nie umiał mi wskazać źródła informacji. Mnie z kolei dziwi, czemu ciało Michała Znicza miałoby być wiezione 100 km od Pruszkowa, aby zostało pochowane. W tym przypadku spodziewałabym się, że Znicz został po prostu pochowany na miejscu, pod obcym nazwiskiem.

I chyba też tak było… Chodzi tutaj o raczej o Gąsin, kiedyś pewnie sąsiednią wieś, potem osiedle Pruszkowa, gdzie na ul. Południowej znajduje się cmentarz komunalny oraz cmentarz parafialny na ul. Cmentarnej. Grób aktora pewnie nie istnieje, ale jestem w trakcie ustalania tych informacji, więc wszystko się jeszcze zdarzyć może. 

Hanna Szukalska nie jest wcale pewna przestawionej przez siebie wersji śmierci Michała Znicza, ale jednak była najbliżej bezpośrednich wydarzeń i miała informacje „z pierwszej ręki”. Jej historia jest spójna i logiczna. Uważam, że jest najbardziej prawdopodobna.

Jednak czy ostateczna? Czy wypłyną inne dokumenty poświadczające okoliczności śmierci tego wybitnego aktora? Czy będzie nam dane kiedykolwiek oddać mu cześć nad osamotnionym grobem?…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.