Wspomnienia z Qui Pro Quo

Adolf Dymsza

Jakieś małe nic, jakieś drogie coś,
Tyle że już w sercu zostało,
Z sercem wzięło ślub, zrosło się na wskroś,
Spróbuj wydrzeć, już by się nie dało.
Imię czyjeś na wpół zapomniane,
Chwila – uśmiech – miejsce ukochane.
Wszystko jedno co, próżno temu przecz,
Nic, a taka najważniejsza rzecz.

 

Dymek z papierosa, czyli wspomnienia o scenach, scenkach i nadscenkach pod redakcją Kazimierza Rudzkiego, Wydawnictwo Iskry (1959)

Najważniejsza rzecz: jak zacząć? To nie takie proste… Kiedy się dowiedziano, że mam pisać pamiętnik, to zaraz wszyscy, że może pomóc, że opracują literacko. Ale postanowiłem pisać sam. Nie wiem, jak wyjdzie, w każdym razie indywidualnie. A jak autorzy występują na scenie, czy proszą mnie o pomoc?

O kabarecie literackim piszą takie potęgi, że ja, jako pacholę w tej dziedzinie, nie chciałbym tylko zrobić wstydu rodzinie quiproquiaków (trochę samokrytyki nie zaszkodzi).

A teraz do roboty! Odkładam na chwilę pamiętnik i piszę wspomnienia z Qui Pro Quo. Będę pisał tylko o Qui Pro Quo, ponieważ temu teatrowi zawdzięczam to, co dziś posiadam: żonę, cztery córki, dwóch zięciów, no i dwóch uroczych wnuków (obawiam się, że zanim książka wyjdzie, to może coś doleci). Ale chwilowo żart na stronę. W otrzymałem wielką szkołę aktorską, poznałem rzemiosło, nauczyłem się szacunku dla sztuki, sceny i starszych kolegów. A przede wszystkim dyscypliny pracy i punktualności. W tej ostatniej mogę stawać w zawody tylko z Kaziem Rudzkim.

Muszę dodać, że mogę się spotkać w moich wspomnieniach z Krukowskim, który pisze Moją Warszawkę (nie chciałbym narażać się mojemu dyrektorowi), ale ostatecznie przeżycia z tego okresu mamy z Kaziem – te same.

Adolf Dymsza

To była nieduża scena, ale wspomnienia po sobie zostawiła wielkie. W tym teatrze grywali najwięksi mistrzowie sceny polskiej i nie mogli się nadziwić, jak my potrafimy w małych formach wyrazić to, co w teatrze wymaga trzech aktów. I to dwa razy dziennie (graliśmy po dwa przedstawienia dziennie, przez cały rok). Nie było wypadku, żeby któryś aktor wypił choć kroplę alkoholu przed przedstawieniem. O powodzeniu tego teatru i najczęściej o wartości przedstawienia decydowała nie tylko artystyczna suma walorów, jakie dawali autorzy, aktorzy, dekorator, reżyser czy kapelmistrz, lecz jakiś tajemniczy duch teatru, duch zespołu.

No i ta nieopisana, że się tak wyrażę, pomoc ze strony widowni. Gdzie ta publiczność?… Ona z nami żyła i razem z nami bawiła się. Mieliśmy z nią niesłychany kontakt i chwilami zdawało się nam, że wszyscy na sali są z nami na „ty”. Było zresztą rzeczą powszechnie znaną, że zespół teatru Qui Pro Quo i publiczność warszawska tak się dobrali, że jedno bez drugiego żyć nie może. Prasa nieraz pisała: „Takiego zaufania u publiczności, jakim się cieszy Qui Pro Quo, nie wypracował sobie żaden teatr”. Najwybitniejsze osobistości ze świata literackiego, artystycznego czy nawet politycznego czuły się w obowiązku odwiedzić teatr Qui Pro Quo. No i oczywiście złożyć wizytę za kulisami zespołowi artystycznemu.

Kiedyś zdarzyła się taka historia: Grałem z Tomem dialog (on grał posła Radziwiłła, ja zaś Wiślickiego). Kiedy się o tym poseł Wiślicki dowiedział, przyszedł za kulisy przed premierą, żeby charakteryzator (Narkiewicz) mógł przystrzyc moją brodę ściśle według autentycznej brody Wiślickiego.

Taka to była „kochana buda”.

 

Dyrekcja teatru

Jerzy Boczkowski. Dla nas za kulisami pseudonim „Faja” (nie wyjmował z ust fajki).

Jerzy Boczkowski

Dyrektor literacki i artystyczny, twórca teatru Qui Pro Quo, autor i kompozytor nie zapomnianych do dziś piosenek, reżyser, no i, jak to się mówi, facet całą gębą. Towarzyski, koleżeński, dowcipny, a przede wszystkim sprawiedliwy. Chwilami był tak uparty i surowy, że baliśmy się go jak sztubaki. A jakie miał poczucie humoru – posłuchajcie: podczas przedstawienia odwiedził naszego bębnistę kuzyn. Pokłócili się i wywiązała się w orkiestrze straszna draka. Połamali instrumenty, no i najważniejsze, rozłożyli numer Ordonce. Wpadł Boczkowski, chwycił obydwu za kołnierz i przez cały teatr wyprowadził na ulicę. Bębnista wyleciał z pracy. Po dwóch godzinach wchodzi do garderoby uśmiechnięty Boczkowski i pokazuje nam kartkę tej treści:

Do dyr. J. Boczkowski.
Oddawca niniejszą kartka proszą wydać tę bębę. (X)

– No cóż – mówi Boczkowski – aż trzy ,,ę”, muszę go przyjąć z powrotem.

Wiele mamy do zawdzięczenia drogiemu panu Jerzemu. Ponieważ palił amerykański tytoń w fajce, po zapachu poznawaliśmy, że jest w teatrze. Każdy ma swojego konika. Boczkowski lubił leczyć. W każdej kieszonce miał proszki i jak tylko kogoś coś zabolało, aplikował odpowiedni lek. Wiedzieliśmy, że lubi leczyć, i często wykorzystywaliśmy to. Na przykład kiedy ktoś z nas nie umiał na próbie roli, chwytał się za głowę czy piersi – natychmiast był badany przez dyrektora i otrzymywał odpowiedni lek (chowało się do kieszeni) i o próbie nie było mowy. Poza tym miał do dyspozycji cały sztab lekarzy z doktorem Ryszardem Hertzem na czele. Każdy miał swój dyżur, doktor Maliniak zaś przychodził prawie co wieczór – pogadać. Natomiast byli i tacy, jak doktor Hirsz (choroby skórno-weneryczne), który należał do grupy dyskutantów po premierze, ponieważ praktykę u nas miał skąpą. Największa draka była z doktorem Wiezlem (psychiatrą). Ile razy wchodził do teatru, zamykaliśmy drzwi garderoby, w których był wycięty otwór (judasz), mazaliśmy twarze i z rozczochranymi włosami krzyczeliśmy jeden przez drugiego: „Panie naczelniku, ten z fajką bije, każe strugać wariata! Ten z wąsami nie płaci! Boso chodzimy, głodni i nie dopieszczeni!” Następował chórek (bardzo niecenzuralny) i doktor Wiezel mógł się z nami przywitać. – Witam was, „normalni”.

Z taką „grandą” musiał sobie dawać radę Boczkowski. Dziękuję mu dziś za tę wspaniałą szkołę. Cześć Jego pamięci.

Seweryn Majde

Seweryn Majde (dla nas „Szramski” – miał bliznę na wardze), dyrektor administracyjny. To była głowa! To był nasz Tata. Do Majdego szło się z każdą sprawą. Ślub, komorne, rozwód, gaz, randka – na wszystko miał radę. Był ojcem dwóch synów: jeden był kibicem klubu sportowego Polonia, drugi – zakochany w Cracovii. Draki w domu nie z tej ziemi. Sam Majde był prezesem Polonii i po każdym wygranym meczu cała drużyna była na przedstawieniu w teatrze. Jeśli było w teatrze słabo, pożyczał – chyba od całego świata. Potrafił sprzedać jedyne futro żony na dekorację do nowego programu. Siedział w kieszeni u wszystkich lichwiarzy. Po udanej premierze zaraz płacił (przeważnie same odsetki). I to go właśnie zgubiło.

Na przykład teatr Qui Pro Quo był winien kupę forsy za tak zwany podatek miejski. Wszystkie teatry miały ten ciężar na karku. Ale Majde oprócz tego miał jeszcze coś na swoim karku: głowę!

Pewnego wieczoru otrzymał z Morskiego Oka telefonicznie tak zwany „cynk”.

– Panie Sewerynie, był sekwestrator, położył łapę na kasie i zabrał 1 000 złotych. Niech pan uważa, poszedł do pana.

Tego dnia Majde kręcił się za jakąś forsą, żeby dać nam a conto. Przyszedł sekwestrator. Wpadł do kasy: pustynia, pobiegł do kancelarii. Nie wiem, o czym mówili, dość że Majde pożyczył od niego te 1 000 zł, które komornik zabrał w Morskim Oku. Faceta z posady wylali, ale Majde natychmiast przyjął go na kierownika sali. Pracowała główka, co?

Posłuchajcie, jakie miał fantastyczne poczucie humoru.

Mieliśmy w garderobie do pomocy chłopca. Majde był mu winien gażę za trzy miesiące (zarabiał 100 zł miesięcznie). Chłopak nawet wspomnieć bał się, że potrzebuje forsy. Nauczyłem chłopca, w jaki „sposób” ma się upomnieć. Kiedy Majde przyszedł za kulisy, Zygmuś (tak miał na imię) już czekał na korytarzu. Ja zaś stałem za drzwiami, trzymając w ręku kawał żelaza – że niby, jak nie powie, to zabiję. Wtedy Zygmuś podszedł do Majdego i ze łzami powiedział:

– No, Sewek, co będzie z forsą?…

Na to Majde wyjął 100 złotych i z całym spokojem powiedział:

– Nie mam więcej, masz tymczasem stówę.

Chłopak z wrażenia upadł na podłogę, a my zaprosiliśmy Majdego na kolację. Taki to był nasz kochany Majde. Wspominam go jak drugiego ojca. On mnie wziął do Qui Pro Quo. Zginął w getcie jak bohater: stając w obronie syna, uderzył gestapowca w pysk. Niech spoczywa w spokoju.

 

Autorzy

Julian Tuwim „Wiadomości Literackie” 1934.09.23, nr 39 = nr 566

Pisali dla Qui Pro Quo wszyscy. Jeśli ktoś przyniósł dobry utwór, Boczkowski natychmiast przyjmował. Stałych autorów mieliśmy dwóch: Juliana Tuwima i Mariana Hemara. Pisali wyłącznie dla nas. Tuwim – wielki poeta i wspaniały autor (w tym miejscu wzdycham), przy tym uroczy i skromny. No, a śmieszek, nie daj Boże! Jak tylko miał czas, dla oderwania się od poezji wpadał do teatru – za kulisy. Tu się dopiero zaczynało. W większości wypadków z tych naszych kawałów powstawały wspaniałe utwory (szczególnie dla mnie). Łączyła mnie z Tuwimem wielka przyjaźń. W pamiętniku będzie to obszerny rozdział moich kawałów i przygód z Julkiem. No i nasza korespondencja!

Kiedy umówiłem się ostatnio z Tuwimem na „kawę” w Kawiarni Rycerskiej – niestety, nie miałem szczęścia. Nie spotkałem go już nigdy. Jedyny i ostatni utwór kabaretowy, jaki napisał po wojnie, był to monolog Legenda Wieniawskiego (dla mnie).

Marian Hemar „Teatr i życie wytworne” R. 3, 1929, nr 2

Drugi autor – Hemar. Lwowski „chłopaka” i wielki talent literacki. Za to wydobyć od niego utwór to była wielka sztuka. Tego cudu mógł dokonać tylko dyrektor Boczkowski. Potrafił go zamknąć w kancelarii i nie wypuścić, dopóki nie napisze utworu… I napisał. Szukałem różnych sposobów, żeby Janek co napisał. Grałem z nim w tenisa, chodziłem na ślizgawkę itd. W Ziemiańskiej przez niego (żeby tylko napisał) wlazłem pod stół i ugryzłem w łydkę Romana Jasieńskiego. Do dziś mi to wypomina! Ale za to kiedy napisał, klękajcie narody!…

 

Ferajna

Atmosfera i poziom teatru należał do dyrektora Boczkowskiego. Nadzór i tak zwana reżyseria do zagranicznego Polaka – był nim wspaniały, można powiedzieć superkonferansjer, czarny Węgier: Fryderyk Járosy. Jego rola jako reżysera ograniczała się raczej do dawania od czasu do czasu bardzo zresztą cennych uwag. Czarujący facet, ale nieprawdopodobny mitoman. Z jakim wdziękiem potrafił na każdy temat stworzyć wspaniałą i nieprawdopodobną historyjkę! Wystarczyło tylko poddać temacik – natychmiast opowiadanko gotowe. Sam wierzył święcie w to, co opowiadał. Pamiętam, pewnego razu była mowa o szybkiej orientacji. Natychmiast Járosy przypomniał sobie przygodę, gdzie dzięki owej szybkiej orientacji uratował życie wielkiego człowieka… Posłuchajcie:

„Przechodziłem akurat przez ulicę Wiednia, nagle widzę panikę. Ludzie uciekają, kobiety krzyczą… Obejrzałem się, przed moimi oczami rozgrywała się następująca scena: wspaniała kareta, zaprzężona w parę białych koni, pędzi w pełnym galopie, a woźnica nie panuje nad rozhukanymi rumakami. Ułamek sekundy, szybka orientacja i w mgnieniu oka znalazłem się przy koniach. Chwyciłem je za uzdy przy samych pyskach i zatrzymałem na miejscu. Przechodnie zaczęli bić brawo i wiwatować na moją cześć… Nagle z karety wychyla się jakiś wysokiej rangi oficer. Uścisnął mi rękę i coś podał… Okazało się, że była to złota papierośnica. Kiedy otworzyłem, w środku był wyryty napis: „Fryderykowi Járosemu za uratowanie życia – Franciszek Józef, cesarz Austrii…”.

Cacko nie opowiadanko, prawda? W każdym razie zajmujące!…

Lekarstwa zarówno „wewnętrzne”, jak i „zewnętrzne” nie szkodzą zupełnie, jeśli się ich nie… używa, jak mówił ten wspaniały konferansjer. Pisano o nim: ,,Mistrz tego kunsztu”. Potrafił wykorzystać osobisty wdzięk i uroczą „polszczyznę”. Umiał czasem podać najbardziej zwietrzały kawał tak, iż pewnym ludziom zdawało się chwilami, że ten „dowcip” ma jakiś sens głębszy. Obecnie węgierski Polak otrzymuje angielską emeryturę w Londynie…

 

Garderoba męska

W garderobie panował nastrój rodzinny. Jeden drugiemu radził i pomagał. O żadnej zazdrości nie było mowy. Po pierwsze, każdy miał własną i odrębną, że tak powiem, „specjalność”. Po drugie, dyrektor Boczkowski umiał tak sprawiedliwie rozdzielić role, że każdy był na swoim miejscu.

Pracowaliśmy z wielkim zapałem, często z poświęceniem. Bo proszę pomyśleć, że przez dziesięć lat grało się po dwa przedstawienia dziennie, mając rano próby. Przeciętnie co dwa miesiące premiera, a jeszcze w locie machnęło się dwadzieścia parę filmów. Musieliśmy kochać ten teatr, no i przede wszystkim zawód, że byliśmy zawsze w dobrych humorach. Na choroby nie było czasu. W naszym teatrze nie było „dublerów”. Były tam indywidualności, których nie można było zastąpić. Najwyżej naśladować. A była w tej garderobie niezła „ferajna”: Tom, Krukowski, Lawiński, Żelski, Belski, Minowicz, Halicz, Porębski, mistrz charakteryzacji –Narkiewicz i Dymsza. Nie było dnia, żebyśmy nie zrobili jakiegoś kawału, czy to sobie nawzajem, czy komuś innemu. Z zewnątrz bali się wchodzić do naszej garderoby. Nasze kawały przejdą do historii. Nie wszyscy mogli brać udział w robieniu kawałów. Na przykład Krukowski dawał często doskonały pomysł, ale musiał wyjść z garderoby, ponieważ nie wytrzymywał nerwowo i z jego skrzywionej twarzy łatwo było odczytać, że „coś” się dzieje. Ale i on miał „niezłe” chwyty na swoim koncie. Na przykład Ławińskiemu na jubileuszu (25 lat pracy) przyniósł jako prezent nową Konstytucję.

Uświęcony tradycją zwyczaj przeznaczał ostatnie przedstawienie na wzajemne robienie sobie kawałów. Publiczność wiedziała o tym i dosłownie na dwa tygodnie naprzód kupowała bilety. Brał w tym udział nawet (wyjątkowo) sam dyrektor Boczkowski. Kawał polegał na tym, żeby kolegę zaskoczyć czy to nową sytuacją, czy też nowym zdaniem. No i żeby znalazł się w kropce, bo jeśli zbaraniał lub śmiał się, to znaczyło, że „kupił”. Publiczność tylko na to czekała i wtedy z sali słychać było głosy: „Kupił! Kupił!” Brawom nie było końca.

 

Zamiast mnie „kupił” Krukowski

Dora Kalinówna, NAC

Grałem w skeczu z Kalinówną, byłem zakochanym rzeźnikiem, ona służącą. Skecz kończył się tym, że ona nie zgadza się na małżeństwo ze mną i wychodzi. Ja, rąbiąc toporem mięso, ze łzami w oczach śpiewam sentymentalną piosenkę. Na ostatnim przedstawieniu wszedł Krukowski (jako Lopek) i z uśmiechem na ustach zwrócił się do mnie:

– Proszę o kilo mięso…

W jednej sekundzie z nieba spada mi odpowiedź:

– Tu się koszernego nie sprzedaje, chodu!…

W tym wypadku ja nie kupiłem. Toteż z sali słychać było głosy: „Nie kupił!!!” Brawa trwały nie wiem jak długo, ale najmniej pięć minut. A myśmy z Kaziem kłaniali się i całowali. A Kaziowi nie wyszło tylko dlatego, że po jego oczach, już za kulisami, widać było, że coś niezwykłego zrobi.

 

„Szatan” kupuje

Ludwik Lawiński, NAC

Jednym z największych kawalarzy był Lawiński. Temu szatanowi zrobić kawał to była wielka sztuka. Ale dla mnie (nie chwaląc się) mocnych nie było…

Lawiński z Krukowskim występowali w skeczu, w którym dużą rolę odgrywał telefon. Wpadło mi do głowy, żeby na ostatnie przedstawienie połączyć telefon z garderobą. Po naradzie z elektrotechnikiem, po kupieniu odpowiednich elementów (parę złotych kosztowało) nowa instalacja była gotowa. Przyszedł wreszcie oczekiwany dzień.

Krukowski był wtajemniczony i w pewnym momencie miał chwycić słuchawkę i sprawdzić, żebym ja się nie nabrał.

Siedziałem w garderobie i czekałem jak idiota. Tremę miałem większą niż na premierze…

Nagle w moim aparacie krótki dzwonek!!! Dobrze jest! Podniosłem słuchawkę i sopranem wypowiedziałem jakiś numer. (W tych czasach telefonistka mówiła swój numer, potem słychać było cienki gwizd). Wszystko naśladowałem w stu procentach i otrzymałem połączenie z Lawińskim.

Jak tylko Ludwik zapytał: – Czy to Zalcman? – ja zacząłem:

– Won natychmiast ze sceny, ty łachudro! Wstyd, poważny człowiek, którego ojciec jest prezesem Sokoła, mający żonę i dwóch synów, i to jeden jest kadetem, sam niedoszły adwokat, człowiek z takim brzuchem, żeby za parę złotych wariata strugał!!! Won ze sceny! Jazda na Wysoki Zamek! Ty zamarstynowski batiaru, hulaj bękart ze sceny!!! – Krukowski chwycił słuchawkę i konając ze śmiechu powiedział:

– Wyyyszło! – Lawiński jeszcze coś bąkał, że stacja się wczepiła, ja krzyczałem dalej jakieś głupstwa. Ludwik nie był w stanie nic powiedzieć, skończyło się na jąkaniu, i kurtyna poszła w dół… Publiczność szalała.

Lawiński zszedł ze sceny i powiedział do mnie (do dziś pamiętam):

– Daj pyska, draniu. Kupiłem! Gdybyś to zrobił w Narodowym Chmielińskiemu, toby go chyba szlag trafił…

Sam Lawiński miał niespożyty humor i zawsze był gotów do kawałów. Przykład: Żona Lawińskiego, wychodząc rano po zakupy, zostawiła go w domu z dwoma małymi synkami. Ludwik uczył się roli, ale chłopcy, jak mówił, odszczepieńcy z piekła rodem, zaczęli taką drakę, że o nauce ani marzyć.

Wtedy Ludwik (że mu się chciało) ucharakteryzował się białą szminką, położył się do łóżka i zamknąwszy oczy, powiedział:

– Ponieważ jesteście niegrzeczni, tatuś umarł!

Wraca żona, patrzy: obaj chłopcy klęczą przy łóżku i zalewają się łzami, a na łóżku leży biały Ludwik.

– Co się stało?

– Tatuś umarł, bo byliśmy niegrzeczni.

Od razu domyśliła się, o co chodzi.

– Ludwik, wariacie, wstawaj! Czas na próbę. Nie strasz dzieci.

Podniósł się i powiedział:

– Pamiętajcie, ostatni raz!

To był Lawiński!

No i „kochał” zjeść! W dawnych latach pewien dyrektor angażował Ludwika do teatru.

– Nie wiem, panie Lawiński – mówił dyrektor – czy będzie panu odpowiadała ta rola. Widzi pan, z roli wypada, że musi pan na oczach publiczności zjeść trzy kotlety, a w niedzielę gramy dwa przedstawienia.

Ludwik zastanowił się.

– A o której godzinie są przedstawienia, panie dyrektorze?

– Jedno o wpół do czwartej i trwa do wpół do siódmej . A drugie zaczyna się o siódmej i kończy przed jedenastą.

– Niestety, muszę zrezygnować…

– Dlaczego?…

– Bo nie zdążę wyskoczyć na obiad…

Ach, ten Ludwik! Szatan!!!

 

Twardy Konrad

Konrad Tom, „Kino” R. 8, 1937.04.11, nr 15

Najtrudniej było z Tomem. Kawał wspaniały, a on jak marmur. Ale i Konrad musiał czasem „kupić”.

Pamiętam, grał Tom dramatyczny skecz. Pod koniec skeczu obrażona kochanka opuszcza jego mieszkanie, a Tom czeka na syna, który ma przyjść po otrzymaniu matury. Woła lokaja, żeby sprawdził przez okno, czy ukochana naprawdę odjechała.

Na ostatnim przedstawieniu przychodzi ta scena, pełna napięcia…

– Janie, proszę spojrzeć przez okno, czy pani odjechała.

Jan (Tadeusz Żelski) spojrzał!… Tylko wykrztusił jakieś nieopisane krz… i ani słowa dalej…

Konrad powtórzył pytanie:

– Janie, pytam, czy pani odjechała…

I znowu, tym razem o wiele dłuższe, krzkrzrzrzrz…

Kiedy Tom po raz trzeci zapytał i nie otrzymał odpowiedzi, nawet krz… dodał, poza tekstem:

– Cóż to, Jan zaniemówił?…

Podszedł do okna i już nie ruszył się z miejsca…

Za oknem kucało, spuściwszy spodnie, z gołymi derierami, trzech „szakali”: Narkiewicz, Porębski i Dymsza!!!

Spojrzałem na Toma… Nie widziałem jeszcze tak zmarszczonej twarzy. Cytryna z Delikatesów – to ,,frajer”… Kurtyna w dół, no i brawa!… Blady, spokojny Tom wszedł do garderoby.

– Kupiłem – powiedział – ale się spociłem jak mysz w połogu.

Nawet Tom musiał ulec. Był to człowiek wszechstronnie uzdolniony. Potęga! Wszystko, co robił – robił na piątkę. Aktor, reżyser, autor, scenarzysta, konferansjer. Encyklopedia chodząca, no i do tego – arbiter elegancji. Skorzystałem od Toma bardzo dużo. Co za piękne mam z nim wspomnienia! Wspaniały kumpel! Tom był przesądny. Zaangażowany do Morskiego Oka szedł podpisać kontrakt, gdy nagle zauważył nad wejściem namalowanego pawia. Nie wszedł, dopóki pawia nie zamalowali. Fakt!

 

Genio

Eugeniusz Koszutski, NAC

Ach, prawda, zapomniałem o baletmistrzu i aktorze, Eugeniuszu Koszutskim. Kochana morda ten Genio. Dostało mu się nieraz. Chodził dumny, że nie jest winien nikomu ani grosza. Nie pożyczał z zasady forsy (tylko tak mówił). A już wystawienie weksla uważał za zbrodnię. I to właśnie nasunęło mi pomysł. Pewnego dnia wpada Genio jak wściekły pies. Wymachując jakąś kartką, krzyczy:

– Już teraz się domyślam, kto wystawił weksel. Na pewno ten z Lublina! On ma pseudonim Jurand, a nazywa się Koszutski. To on sfałszował mój podpis. Pojadę do Lublina i mordę skuję. Wy dobrze wiecie, nigdy żadnego weksla nie podpisywałem, raptem jakiś protest, zajęcie garderoby!

Zacząłem go uspokajać, że mam stosunki, będę u niego jutro rano i wszystko jakoś załatwię.

A było tak. Kiedy przyszedł mi pomysł z wekslem, to pierwszy, o którym pomyślałem, był Koszutski. Poszło mi dość łatwo, ponieważ przyjaciel mój był komornikiem. On to właśnie załatwił mi wszystkie formalności (oczywiście fikcyjne): weksel, protest, zajęcie ciuchów itd. Na drugi dzień rano wpadłem do Genia i widzę taką scenę. Genio stoi przy szafie i studiuje z kartki, ile lat „siedzi” się za uszkodzenie pieczęci. Otwiera szafę i pokazuje mi. Wszystkie palta i garnitury były przewleczone przez dziurki sznurkiem, a na końcu wisiała potężnych rozmiarów pieczęć.

– No i co ty na to? – pienił się Genio.

– Geniuchna – błaga żona – nie bądź taki zdenerwowany, już Dodek przyszedł, to na pewno to jakoś załatwi…

Obiecałem, że załatwię, i załatwiłem. Chwyciłem ze stołu nożyczki, przeciąłem sznurki, razem z pieczęcią schowałem do kieszeni i wybiegłem z mieszkania. Podobno Stacha Kosziutska zemdlała. Ale to bujda.

W teatrze myśleli wszyscy, że mnie Genio zabije, ale Genio wszedł, pocałował mnie i powiedział: – Kupiłem, ty bandyto!

(Umówiony) Lawiński pół godziny po moim „załatwieniu” dzwonił do Genia:

– Przepraszam, czy był u państwa komornik Dymsza i wszystko załatwił?

Dlatego od Genia w teatrze nie dostałem po mordzie.

Kochany Genio. Niejednemu ustawił piosenkę czy ułożył taniec. Reżyserem był także doskonałym. No, a jak sam tańczył oberka! Zachwycał wszystkich swoim temperamentem. Zawsze w humorku, zawsze gotów do opowiedzenia historyjki nie z tej ziemi. Zapalony wędkarz, a poza tym legionista Pierwszej Brygady. Wspomnienia z pola walki miał wspaniałe. Godzinami opowiadał i wierzył w to święcie (my nie).

Ale nie przeszło mu to bezkarnie…

Pewnego dnia spotkałem się w Ziemiańskiej z Lawińskim i obgadaliśmy plan wieczoru…

W garderobie sprowokowałem rozmowę na temat Legionów. Koszutski jak by na to czekał. Natychmiast zaczął fantastyczne opowiadanko. Ale Lawiński przerwał mu twierdząc, że on ma o wiele wspanialsze przeżycia z węgierskich Legionów… Skoczył Genio jak oparzony.

– W jakich Legionach ty byłeś, kogo ty tu będziesz bujał?

I Lawiński zaczął jak z nut opowiadać wspaniałe przeżycia z wojny. Były tam przyczółki mostowe, tyraliery, czołgania, ranny oficer, którego wciągnął Ludwik do okopu i podarł na sobie koszulę, żeby mu ranę opatrzyć. Bagnet w zębach itd. Mówił tak interesująco i płynnie, że cała garderoba z Geniem na czele zaniemówiła. Ja od czasu do czasu, robiąc dramatyczny wyraz twarzy, kiwałem głową w stronę Koszutskiego, który miał łzy w oczach. A Ludwik, cały czas charakteryzując się, opowiadał (jak to on potrafił) dalej chwilami krew w żyłach mrożące swoje przeżycia. Koszutski tak się rozczulił, że podszedł do Ludwika, ucałował go…

– Jesteś moją bratnią duszą – mówił – błagam cię, opowiadaj dalej.

Wtedy Ludwik nie mógł już powstrzymać się od śmiechu i powiedział:

– Nie chce mi się dalej czytać.

I zamknął książkę o węgierskich Legionach, która była ukryta za lusterkiem…

– No co, Geniuchna, warto było wydać parę złotych na książkę czy nie?

Genio odpowiedział, jak należało: „Kupiłem”.

Ho, ho! Ile to nieraz forsy wydało się, żeby kawał wyszedł.

 

Pan „K”

Jeden z tańszych kawałów zrobiłem pewnemu dostawcy kosmetyków. Do teatru różni ludzie przynosili różne rzeczy. Jedna handlowała bielizną najwyższego gatunku, inny sprzedawał perfumy, mydła i szminki. Wszystko najlepszych zagranicznych firm. Ten właśnie nazywał się dość kusząco: Kutasiński. Prosił mnie bardzo, ze względu na to, że ja wymawiam jego nazwisko tak soczyście, żebyśmy mówili do siebie: panie D., panie K… Miał brata, który pracował w Gdańsku, na komorze celnej. Wszystkie konfiskowane artykuły kupował na licytacji i przesyłał bratu, tj. K. Stąd mieliśmy po zniżonych cenach najlepszy towar. Sam Kutasiński (o przepraszam!), sam K. był z zawodu skrzypkiem, lecz tak kochał konie, że dla totalizatora rzucił skrzypce, wziął się za handel. Mawiał nieraz:

– Muzyka przeszkadzała mi w typowaniu koni. Poza tym zniechęciło mnie do skrzypiec następujące zdarzenie:

Jeszcze jako młody człowiek poszedłem z kolegami do lokalu rozrywkowego, w którym grała (tak przynajmniej reklamowali) doskonała damska smyczkowa orkiestra. Jak tylko zagrały Na falach Dunaju, od razu jako muzyk spostrzegłem wielką hańbę dla skrzypiec. Z osiemnastu muzykantek tylko sześć grało naprawdę. Pozostałe z namydlonymi smyczkami, udając, że grają, mrugały na gości. Zasmuciłem się…

Typek, prawda?

Pewnego dnia K. przyniósł do teatru wspaniałe angielskie glicerynowe mydła. Były to czarne błyszczące kule, firmy, zdaje się, Peirs. Kupiliśmy po trzy sztuki, ponieważ cena była bardzo niska. Gdym się mył w domu wspaniałą kulą (były czasy!), błysnęła mi myśl! Kupiłem piłkę lankę wielkości mydła, omazałem ją kilkakrotnie mydłem i zapakowałem w oryginalny firmowy papier.

Dwa wieczory czekałem na K. i wreszcie przyszedł. Cała garderoba miała emocję, czy aby się Uda? Ja zaczynam…

– Kochany panie Kut… o przepraszam, panie K. To wcale nieładnie, że pan starego klienta tak wykiwał na tych mydełkach.

– O Boże, co się stało?…

– Widzi pan, panie K., ja kupiłem w sklepie oryginalne mydło Peirsa i zauważyłem ogromną różnicę (trzeba zaznaczyć, że Kutasiński był uczciwości człowiek).

– Kochany panie D. Przecież pan zna pochodzenie tych mydeł. Jest rzeczą niemożliwą, żeby nie były autentyczne…

– A ja panu mówię, panie K., że coś w nich jest…

– Może pan ma przy sobie, niech mi pan pokaże, na czym polega ta różnica.

Wtedy wyjąłem z szuflady zapakowane w oryginalny papier mydło-lankę i podałem K. – Proszę, niech pan sam porówna…

K. wziął, popatrzył, poważył w ręku i zdumiony powiedział:

– No cóż, opakowanie takie samo i waga się zgadza…

– Proszę, panie K., niech pan rozpakuje – zaproponowałem.

K. rozpakował, pokiwał głową i powiedział lekko złośliwym tonem:

– Widocznie pan się lepiej zna na mydłach. Ja osobiście nie widzę różnicy.

Ja, udając zdenerwowanego, wyrwałem mu z ręki mydło, namydliłem ręce i podsunąłem mu pianę pod nos…

– Po pierwsze, patrz pan, panie K., jaka piana, a po drugie… – I rąbnąłem mydłem z całych sił o podłogę. Mydło odbiło się od podłogi, uderzyło o sufit, znów o podłogę i wpadło mi do ręki. Schowałem mydło do szuflady i pobiegłem na scenę. Kutasiński, podobno złamany, wyszedł z teatru…

Następnego wieczoru, smutny, ale pełen wiary w swoje mydła, delikatnie mnie zaczepił:

– Szanowny panie D. Nie chciałbym stracić dobrego klienta, dlatego niech mi pan powie: czy ja przypadkiem nie kupiłem? Muszę się panu przyznać, że ja w domu zepsułem dwa mydła (pokazał dwa uszkodzone mydła). Waliłem o podłogę, waliłem, ale skakać nie chciały…

– Trudno, panie K., daj pan buzi, „kupił” pan…

K. dał buzi i dodał:

– Kawał był tak doskonały, że niech pan przyjmie ode mnie jedno z uszkodzonych mydeł.

Tak, tak, nawet dostawca kosmetyków umiał „kupić”.

 

Kto pod kim dołki…

Ja kupiłem fatalnie, ale przypadkowo. I to sam od siebie.

Dom otwarty (scena balowa, w środku Adolf Dymsza i Michał Znicz), „Jlustracja Polska” R.8, 1935.11.17, nr 46

Tym razem, co prawda, grałem w Teatrze Letnim. Ale serce kawalarza było w Qui Pro Quo, toteż nie mogłem powstrzymać się od zrobienia jakiegoś kawału. Była to sztuka Bałuckiego Dom otwarty. Grałem rolę Fikalskiego. W drugim akcie młodzież (to my) wchodzi na scenę i widać z widowni, jak w przedpokoju otrzepuje się ze śniegu… Przypadek chciał, że rano, kręcąc w atelier film, Bodo próbował właśnie sztuczny śnieg, który mu przysłali z Wiednia. Poprosiłem go i dał mi sporą porcję. W garderobie zrobiłem małą próbę. Nasypałem na stolik małą dawkę proszku i ustawiłem przy nim Znicza i Orwida (o tych wspaniałych aktorach i kolegach będę pisał dużo i obszernie w pamiętniku). Następnie podpaliłem (mały dymek) i po kilku sekundach zaczął padać wspaniały śnieg. Wzbudziliśmy zachwyt! Wobec tego zebrałem całą złotą młodzież za kulisami, nasypałem na stolik dużą porcję proszku i podpaliłem (tym razem duży dym). Pochyleni nad stolikiem czekamy… Mija pięć minut, już czas na scenę, a śniegu nie ma. Inspicjent (Daniel, złota morda) daje rozpaczliwe znaki, że już czas na scenę, a śniegu jak nie ma, tak nie ma. Zrezygnowani, na ostatnią chwilę wpadamy na scenę. Stajemy w przedpokoju jak barany i nie możemy zrobić ani kroku w stronę pokoju… albowiem w pokoju pada wspaniały śnieg. Wszyscy duszą się od śmiechu, a ja, idiota, na dobitkę, chcąc uratować sytuację, wpadam na szatański pomysł i poza tekstem mówię:

– O! Zapewne u państwa otwarty dymnik?…

Nie wiem, jakim cudem zaczęliśmy mówić… Wiem tylko, że KUPIŁEM!!! Okazało się potem, że proszek po zapaleniu wydaje dym, który dopiero po zetknięciu się z sufitem wytwarza śnieg. Ponieważ na scenie (za kulisami) sufit jest bardzo wysoko, wobec tego śnieg powędrował sobie, dokąd chciał. Parę dni przemawiałem do lustra: – Ty stary łobuzie, jak ci nie wstyd. Tfu!… – zostawiając na lustrze ślady przekleństw.

Takich kawałów było bardzo dużo. Ja sam zrobiłem ich wielką ilość, ale… Właśnie to ale. Moc kawałów wymaga naśladowania czy to głosu danego kolegi, czy jego ruchów. Dlatego zastanawiam się, jak podejść do tego problemu, bo chciałbym opisać wszystkie kawały, jakie pamiętam. Nie tylko z Qui Pro Quo.

I pomyśleć, że przy tak ciężkiej pracy, jaka była w teatrze Qui Pro Quo, mieliśmy czas na zrobienie tylu kawałów… No, ale miało się o te kilka latek mniej. Proszę mi wybaczyć, że większą część tego „dzieła” poświęciłem na żarty, ale proszono mnie o to.

Zwracam się jednocześnie do szanownych czytelników z prośbą o pobłażanie, bo jako pisarz mam cholerną tremę. Po drugie jako król świnologii męczarnie przechodziłem, żeby setki słów zamienić na cenzuralne. Po trzecie, wszyscy piszą o Qui Pro Quo i każdy pisze o naszych, a szczególnie o moich kawałach. Nawet przypisują moje kawały (dumny jestem, ale będę walczyć) wybitnym osobistościom. Azaliż się godzi?

Polacy! Ja znam prawdę!!!

 

Dziękujemy Wydawnictwu Iskry za udostępnienie fragmentu książki. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *