Gwara warszawska w filmie

Janusz Dziano
Stowarzyszenie Gwara Warszawska
12 lipca 2020 roku

 

Eugeniusz Bodo z niezidentyfikowanym aktorem w scenie z filmu Pieśniarz Warszawy z 1934 roku
domena publiczna / zasoby FINA

W przedwojennym filmie gwara warszawska nie była „towarem” pierwszej potrzeby. Film musiał na siebie zarobić, czyli dać konkretny zysk. Oczekiwany dochód powinien pokryć honoraria aktorów, oraz wszelkie wydatki związane z ówczesną produkcją. Koszty taśmy filmowej, wypożyczenia kostiumów, gaże ekipy realizującej dane przedsięwzięcie … studnia bez dna. Będące w prywatnych rękach studia filmowe potrafiły doskonale liczyć i umiejętnie kalkulować. Co realnie może dać pożądany, czyli jedynie słuszny zysk. „Język warszawskiej ulicy” pojawiał się w filmach dość rzadko. Jeśli już to w krótkich, przeważnie humorystycznych scenkach z najniższych sfer naszego miasta.

Jednak z upływem czasu do producentów docierały ważne i istotne sygnały. Zdecydowaną większość stołecznej publiczności stanowili mieszkańcy dość przeciętnie sytuowani. Przedstawiciele najuboższych dzielnic, często obrzeży miasta. Projekcje filmów dla wielu z nich były okazją do ucieczki od codziennych trosk i znojów. Dawały bezcenne chwile radości i wzruszeń, okazję do zapomnienia o dźwiganym bagażu szarej rzeczywistości. Taki swoisty pomost, łączący ich bezbarwne życie z nieznanym wcześniej kolorytem i tempem życia. Życia kuszącego, a co najważniejsze, z przeważnie szczęśliwym zakończeniem.

Rzecz jasna, ceny biletów musiały być dostosowane do możliwości finansowych przeciętnego widza. Z czasem stworzyło to jedyną słuszną  „w tem interesie” zasadę.

Stanisław Sielański i Władysław Grabowski w filmie Dorożkarz nr 13 z 1937 roku
domena publiczna / zasoby FINA

Ilość „sprzedanych krzeseł” buduje „interes” kina. Dostępność „tytułu”, wpływa na liczbę „kinematografów” wyświetlających dany obraz. Tak budował się realny dochód producenta. Bo jak jest pieniądz, to jest interes. Miłośnicy Dziesiątej Muzy nie przepuścili żadnej filmowej premiery. Po wprowadzeniu „filmu dźwiękowego”, kino stało się przysłowiowym „gwoździem do trumny” dla wielu warszawskich teatrów. Nowe, udźwiękowione kino, bezwzględnie kusiło swymi możliwościami i przyprawiało o ból głowy właścicieli scen o zdecydowanie wyższych ambicjach artystycznych. Tu widzowie wraz z bohaterami przeżywali ich miłosne uniesienia, fest skomplikowane intrygi, okrutne i bezwzględne zdrady, perypetie maści wszelakiej i naszpikowane egzotyką przygody. A wszystko to w zawrotnym tempie, z towarzyszącą muzyką i przebojowymi piosenkami. Scenariusze musiały celnie trafiać w gust odbiorcy i w jego indywidualne podejście do otaczającego życia. Ekranizacje powieści uznanych pisarzy, opowieści o historycznych zmaganiach z zaborcami, melodramaty prosto z arystokratycznych salonów. To było dobre, ale nie dla wszystkich i tylko do czasu. Przeciętny odbiorca, oprócz wzruszeń, liczył na dobrą zabawę. By czas spędzony na seansie oraz zainwestowane środki, dały pełnie szczęścia i głębię filmowych przeżyć. I tak w fabułę zaczęto wplatać wątki najłatwiejsze w odbiorze. Humorystyczne sceny z życia dość przeciętnych bohaterów, zwyczajnych ludzi. A jak zwyczajnych to bliskich sercu. Praczki, pokojówki, kamerdynerzy, kucharki czy pospolici dorożkarze. Sprzedawcy psów, kotów, królików, ptactwa egzotycznego i amerykańskich aparatów do lutowania garnków. Potencjalny widz miał możliwość pełnej identyfikacji z „Warszawskiem Rodakiem”. Jego lokalnym językiem, charakterem i tym wszystkim co powodowało, że „bohater” stawał się „regularnem swojakiem”. Sprawą trudną, lecz dość istotną był fakt, że pośród ówczesnych aktorów filmowych, mistrzów we władaniu językiem miasta, oraz znawców charakternych zachowań, było jak na lekarstwo. Zdarzało się, że obrotni właściciele „ubojni drobiu” na Pradze, mieli genialny pomysł na dobry „geszeft”, czyli interes. Inwestowali w kinematografię i liczyli na cud w wymiarze biblijnym. Zatrudniali kogo się dało, jak się dało, aby tanio i bez zbędnych umów. Przeważnie kończyło się na angażowaniu własnych pracowników lub mieszkańców okolicznych ulic. Jednak efekty takich działań były więcej niż mizerne. Bo czym może zachwycić „aktor” lub statysta, którego gażę stanowiły gęsie szyjki lub kurze łapy, choćby z najlepszej ubojni. Jednak bądźmy rzetelni w ocenie.

Józef Kondrat z niezidentyfikowanym aktorem w filmie Antek policmajster z 1935 roku
domena publiczna / zasoby FINA

W dwudziestoleciu międzywojennym mieliśmy kilku uznanych artystów filmowych, dość dobrze dających sobie radę z warszawskim humorem i „szemranem” językiem rodem z Kercelaka[1] czy Wołówki[2]. Byli to Stanisław Sielański, Adolf Dymsza, Mieczysława ĆwiklińskaJadwiga Andrzejewska. Filmy z ich udziałem biły rekordy popularności. Warto tu wspomnieć o takich produkcjach jak Każdemu wolno kochać (1933 rok) i Antek policmajster (1935 rok). Choć w krótkich jeszcze scenach, to można już było wyłowić typowy dla gwary dowcip, dosadność określeń i siłę budowanych wypowiedzi:

 „Ostatecznię mnię pan zadawalnia”,

„No co gały wybałuszasz, weź rurę i nakryj się”,

„Panno Lodziu, siła wyższa mię wzywa, abym w obronie ogólnego honoru wyszedł na chwile poza ramki subtelności”,

„Coś ty powiedział ty łachudro w dziąsło szarpana? Jak ci dam szczeniaku w lewe oko to ci lewym uchem wyjdzie, a ząbki jak motylki po łące będą fruwać”.

W filmie o przygodach Antka Króla, jako Antka policmajstra, możemy usłyszeć wyśpiewany przez Adolfa Dymszę Hymn Warszawiaka. Swoistą receptę na codzienne życie.

Oj-radi-radi-rida z filmu Antek policmajster z 1935 roku
wykonanie: Adolf Dymsza
źródło: Krzysiek45fan / staremelodie.pl
Ja już taką mam naturę
od szczeniackich swoich lat,
że ja śmieję się z wszystkiego
i że gwiżdżę wciąż na świat.
Jeśli czasem jest mi ciężko
lub mi figla spłata los,
ja nie płaczę, ja nie wzdycham,
ale śmieję się na głos.
Oj diridi, od diridi, rach ciach ciach
jutro się odczepi bida, rach ciach ciach
a jak bida się odczepi, rach ciach ciach
znów będzie lepiej, hop siup.
To jest życie hokus pokus,
zwykły hazard, zwykła gra
albo orzeł albo reszka,
raz się ni ma raz się ma.
Jeśli wygrasz to w porządku,
wtedy bracie rób, co chcesz,
a jak przegrasz też się nie martw
tylko ze mnie przykład bierz.
Oj diridi, oj diridi, rach ciach ciach
przede wszystkim dobra mina, rach ciach ciach
potem całus i dziewczyna, rach ciach ciach
reszta to bujda, hop siup.
Najważniejsza rzecz, humorek
i na lekko wszystko brać.
Trzeba budzić się z uśmiechem
i ze śmiechem kłaść się spać.
Po co martwić się i smucić
i narzekać wciąż na brak,
lepiej śmiać się ze wszystkiego
i powiedzieć sobie tak:
Oj diridi, oj diridi, rach ciach ciach
wszystko bzdury, nos do góry, rach ciach ciach
wciąż wesoło, chociaż goło, rach ciach ciach
reszta to frajer, hop siup.
I ho i lu, proszę państwa nabrać tchu
I raz i dwa, proszę państwa zaczynamy,
proszę śpiewać to co ja.
Oj diridi, oj diridi, rach ciach ciach
wszystko bzdury, nos do góry, rach ciach ciach
wciąż wesoło, chociaż goło, rach ciach ciach
reszta to frajer, hop siup.

 

Czy Rodakom z Syreniego Grodu[3] trzeba było coś więcej? Pewnie tak. Ale w sercach zagościły już otucha i humorek. A bez humoru, tak charakterystycznego dla języka gwary, życie traciło sens wszelaki.

W 1937 roku odbyła się premiera filmu Dorożkarz numer 13. To najbardziej  „warszawski” z filmów wyprodukowanych przed wybuchem wojny. Warto wspomnieć o genezie powstania tej tak wyjątkowej produkcji.

Stanisław Sielański, Jadwiga Andrzejewska i Czesław Skonieczny w filmie Dorożkarz nr 13 z 1937 roku
domena publiczna / zasoby FINA

Do felietonisty i pisarza Stefana Wiecheckiego Wiecha, zwrócono się z prośbą o wsparcie przy pracy nad scenariuszem i objęcie fachowym nadzorem tworzonych dialogów. Czemu nie? Wraz ze swym serdecznym przyjacielem Tadeuszem Wittlinem, podjęli się zbudowania pomysłu na komedię.
Powstały sceny żywcem przeniesione z ulic i zakamarków naszego miasta. Pomysły, które pierwszorzędnie wpłynęły na ogromną popularność tej produkcji. Pierwszą gwiazdą „warszawskiej opowieści” stał się bez wątpienia Stanisław Sielański, w roli Felka Ślepowrońskiego. Aktor, który kapitalnie odwzorował duszę i wyjątkowy charakter warszawskiego dryndziarza.
To bodaj pierwszy film, który tak szeroko i otwarcie przemówił do widzów swym lokalnym kolorytem, humorem i codziennym językiem warszawskiej ulicy. Dodatkowym plusem były piosenki, napisane specjalnie przez Jerzego Jurandota. Ciekawostką jest fakt, że przy realizacji tekstów do Dorożkarza numer 13 powstało znane wkrótce w całej Warszawie zawołanie: „Jadziem panie zielonka”[4].

Wychodzi na to, że ustalona już wcześniej popularność Wiecha, otworzyła fenomenowi jakim była gwara warszawska, drzwi do wytwórni filmowych. Kto wie, co jeszcze mogłoby powstać i zachować się dla potomnych? Niestety, „w ząbek czesany Adolf”[5], pogrzebał wszelkie nadzieje i plany.

W uzupełnieniu tytuły przedwojennych filmów fabularnych z elementami gwary warszawskiej: Pieśniarz Warszawy (1934 rok) i Ja tu rządzę (1939 rok).

 

[1] Kercelak – popularny targ na Woli funkcjonujący w latach 1867–1947, który był tłem wydarzeń w Janku Muzykancie.
[2] Wołówka – jedno z najbardziej znanych targowisk żydowskich w stolicy.
[3] Syreni Gród to Warszawa, której herbem jest Syrenka.
[4] Dorożkarze nosili służbowe zielone pelerynki, stąd byli nazywani „zielonką”.
[5] Oczywiście chodzi o Adolfa Hitlera. Sformułowanie pochodzi z piosenki Alberta Harrisa z 1946 roku Nie masz cwaniaka nad Warszawiaka.


Zdjęcie wprowadzające: Dorożkarz nr 13, na zdjęciu m.in. Władysław Grabowski, Stanisław Sielański, Czesław Skonieczny i Jadwiga Andrzejewska. Prawa do zdjęcia: nieokreślone / zasoby FINA.

 

Like
5