Teatr Letni: „Piękna Helena” (1935)

Warszawa się śmieje

Roman Burzyński
„Ilustrowany Kuryer Codzienny. 1935, nr 37

 

Warszawa, w lutym.

Piękna Helena
„Jlustracja Polska” 3.02.1935, nr5

Nigdy dobrze nie wiedziałem, jak to jest właściwie z tym śmiechem homerycznym. Czy to jest przyzwoicie czy nieprzyzwoicie śmiać się „homerycznie“? Przypuszczam, że raczej jest to śmiech w lepszym gatunku, skoro homerycznie śmiali się u Homera bogowie. O ile jednak wierzyć temuż Homerowi, był to śmiech głośny, donośny, grzmiący na cały Olimp, a więc śmiech za jaki w domu rodzicielskim dostawało się po tzw. karku.

Zawiły, jak widać z powyższego, problem śmiechu homerycznego wyjaśnił się dopiero w dniach ostatnich. Cała Warszawa śmieje się homerycznie, to jest tak, jak bogowie. Ściślej mówiąc, jak jeden z „bogów”. Mianowicie jak pan premier. A wszystko przez łajdaka Homera.

Homer bowiem, poza wymyśleniem śmiechu homerycznego, napisał jeszcze Iliadę. Iliada dała natchnienie setkom twórców. Ostatnio Hemarowi, który pałając przez podobieństwo nazwiska sympatia do Homera, przetłumaczył na nowo Piękną Helenę.

W tej to Pięknej Helenie, granej obecnie z wielkim powodzeniem w Teatrze Letnim, Dymsza „odwalając” z humorem hemarowskiego Homera, postanowił nauczyć stolicę jak śmiać się należy. Homerycznie, wytwornie, po premierowsku.
Ktoś mu opowiada w akcie pierwszym, że był w Adrii, gdzie bawiło się grono osób wysoko postawionych… 
– Powiedz mi – pyta Dymsza – czy był, gdyś po sali spozierał…
Tu, miast wymienić osobę, Dymsza śmieje się pewnym, wielce charakterystycznym śmiechem.
– Owszem, usłyszeliśmy pana premiera – brzmi odpowiedź. Zapytany, po śmiechu domyśla się bowiem o kogo chodzi.

Z niniejszego kawału wielce subtelnego śmiał się na premierze wyłącznie pierwszy rząd foteli, to jest ci panowie, którzy śmiech pana premiera słyszeli w autentycznym wydaniu jeszcze przed premierą. Nazajutrz śmiały się dwa rzędy, za tydzień cały parter i loże. Dziś śmieje się cała Warszawa, usiłując naśladować ton śmiechu zdradzony przez Dymszę.

Różne rzeczy przyswajali sobie ludziska drogą recepcji, idącej w szeroki tłum od osób wysoko stojących. Czy to będzie niedopięty guzik przy kamizelce księcia Walii, czy bokobrody ś.p. Franciszka Józefa, jedno i drugie było jednakowo bezsensowne. Chwała Bogu, dożyliśmy lepszych czasów. Dziś nikogo nie weźmie na kawał kamizelka lub bokobrody, aliści bardzo chętnie każdy nauczy się śmiać tak, jak to czyni pan premier. „Za Twoim przewodem…”. Śmieje się rząd, śmiejmy się i my. I kto mówi, że jest kryzys?

Piękna Helena
„Światowid” 2.02.1935, nr 5

Pięknej Helenie autor nowego libretta i wykonawcy poszczególnych ról obrobili bezlitośnie cała politykę, literaturę i współczesną Warszawę.

Specjalnie dostało się Akademii Literatury, o której król Agamemnon podaje na stępująca zagadkę:

Pierwsze znaczy litera,
Drugie znaczy litera,
A trzecie błąd drukarski po prostu zawiera.
Trzecie znaczy dopiero, gdy się przeinacza,
A czwarte oprócz siebie już nic nie oznacza.
Całość, to żeńskie ciało, prędko mi je wskażcie –
Ma tylko jedna głowę, a członków czternaście;
Każdy członek z osobna jest osobno głową,
Ale razem członkami staja się na nowo.
Wszystkie głowy z osobna jak gwiazdy migocą,
Razem ciemno, laurowo, nie wiadomo po co?…

Na Olimpiadę dla odgadnięcia tej zagadki nie przybyło wielu zawodników. Nie przybył zwłaszcza Kaden Bandrowski, „mistrz w pływaniu stylem dowolnym”. Zjawia się natomiast Parys – Witold Conti. Obnażonym w 90% półboskim ciałem oczarowuje wszystkie Warszawianki z Piękną Heleną na czele, po czym gładko zgaduje. Pierwsze „A”, drugie „Ka”, trzecie „dom”, względnie „dem” i wreszcie „ja” – Akademia.

Pomiędzy Parysem a Piękną Heleną zawiązuje się romans nad romanse. Helena jest najpiękniejszym, najbardziej wymarzonym, najdroższym zjawiskiem. Słusznie więc woła Parys do ukochanej:
– Moje Zagłębie! Moja Saro! Mój Korytarzu!

Cóż droższego mamy dziś na świecie? Chyba zdrowy, szczery śmiech, ten śmiech bezpretensjonalny, śmiech, którego podłożem nie będzie „kawał” z grupy dwuznaczno-erotycznej, bądź też oklepany na wszystkie strony, rozwielmożniony szmonces. Taki właśnie zdrowy śmiech rozsadza dziś deski (nie mury!) Teatru Letniego oraz przemiłe ściany Teatru na Kredytowej.

Kazimierz Krukowski w operetce
To lubią kobiety
„Kino” 3.02.1935, nr 5

W tym ostatnim przybytku wesołej muzy idzie operetka To lubią kobiety. Tytuł widowiska może zbyt wąski. Powiedziałbym raczej To lubimy wszyscy. Dawno nie widziałem tak rozbawionej publiczności jak na tym spektaklu. Brawa przy podniesionej kurtynie i huragany śmiechu wtórują przemiłej grze Krukowskiego i „nowoczesnego Romea na motocyklu” – Boguckiego. Diabli przy tym biorą człowieka na myśl, ile lat marnowali się ci Iudzie, z których na gwałt robiono wiecznie jednako skrzywionego Lopka czy też mocno naciągniętego „Polskiego Maurice’a Chevalier”.

Lopek definitywnie odrzucił kawowy melonik, a Bogucki morrisowski słomkowy kapelusz. I okazało się, że do wykrzesania humoru i „wzięcia” publiczności wystarczy sama głowa.

Krukowski jest tu buchalterem, zagrzebanym po uszy w swoim „Winien i Ma”. W sprawach miłosnych kompletny – powiedziałbym – erotoman. Z sytuacji wynika, że musi jednak mieć przy sobie fotografię jakiejś pięknej kobiety z czułą dedykacją. Pomaga mu w tym przedsięwzięciu wspólnik Wróblewski. Kupują fotos jednej z gwiazd filmowych i zabierają się do podrobienia autografu.
– „Drogiemu Hilaremu” – proponuje Krukowski.
– Nie, to zbyt oficjalne. Musi być dedykacja z sercem, coś sentymentalnego, coś nastrojowego, jakiś cytat liryczny.
– Mam! – woła bohater – napiszemy „Litwo! Ojczyzno moja…!”.
Wynikają z tego oczywiście nowe powikłania, sytuacja wprost nie do wybrnięcia.

Ale wróćmy do kapeluszy. Sprawa ta przejdzie kiedyś do historii. Dodajmy jeszcze do kapeluszy Krukowskiego i Boguckiego spory zapas czapek andrusowskich Dymszy, a otrzymamy wcale pokaźna i wielce mówiącą kolekcję. W obecnej chwili, kolekcję już archaiczną. Dla zachowania całości zapakujmy je w stare afisze różnych Perskich Ok i Qui Pro Quo, których to rewii kapelusze owe były główną podporą.

W Warszawie „idzie” właściwie już tylko jedna rewia. Natomiast na afisze wróciła z wielkim triumfem operetka. Trzy teatry walą równocześnie trzy operetki. Prócz wymienionych wyżej Pięknej Heleny Offenbacha i operetki To lubią kobiety Waltera Kollo, nie schodzi również z repertuaru Kraina uśmiechu Lehara. Jest to zjawisko, które w świecie teatralnym stolicy stanowi wielką sensacje.

Piękna Helena
„Wiadomości Literackie” 27.01.1935, nr 4 (584)

Definitywny upadek wielkiej operetki „przedwojennej” przyszedł około roku 1927, a ścisłej mówiąc z zejściem z tego świata ostatnich div operetkowych: Kaweckiej, niezapomnianego „słowika Warszawy”, i Niewiarowskiej. Gasła również gwiazda Messalki. Operetka padła pobita własną bronią. Czym wojujesz, od tego giniesz – powiada stare przysłowie i tym razem potwierdzone przez życie. Pogrzebał więc operetkę system gwiazd. Gwiazdy zgasły, nie było nowych, upadła więc z nimi operetka.

Gwiazdy widziały co się święci. Obserwowały narodziny nowego tworu scenicznego rewii, która przebojowym pochodem szła z Zachodu. Właśnie Niewiarowska, oddana kapłanka operetki, widząc w Paryżu pierwsze music-halle, postanowiła walczyć do upadłego o podtrzymanie tradycji operetkowych. Jako świetna organizatorka, zdawała sobie sprawę z gry o wielką stawkę, to też pragnąc znaleźć drogę pośrednią, wprowadziła do operetek – jako pierwsza w Polsce – wstawki wybitnie rewiowe, tak z powodzeniem później kontynuowane przez Elnę Gistedt.

Niestety, operetka się nie ostała. Przyszedł wielki triumf rewii. Lata 1927–1932, to okres, w którym Warszawa ma po 5–6 teatrów rewiowych od satyryczno-literac­kich, jakim było Qui Pro Quo, do Perskiego Oka, rewii wybitnie optycznej, wabiącej tysiącem świecidełek i przepychem nagich ciał. Tak powstały rewie: Karuzela, Morskie Oko, Ananas, Wesoły Wieczór i dziesiątki innych, rozsianych po przeróżnych scenkach, kinach i restauracjach.

Byli jednak ludzie, którzy swój sentyment dla operetki pielęgnowali starannie. Był też spory odłam publiczności, który rewii po prostu nie lubił, widząc w niej jedynie barwny fajerwerk, obliczony na półtorej godzinny efekt i na wyciągnięcie z kieszeni oszołomionego widza sporej gotówki. (Był czas, że pierwszorzędne miejsce w rewii kosztowało ponad 20 złotych!). Rewia szybko jednak zmanierowała się i przeszła w szablon. Wykończyła się – jak mówią – bez reszty. Minęła – oby bezpowrotnie – jak jaskrawa kometa.

W Warszawie powstaje teatr p.n. 8.30, w którym reżyser Witold Zdzitowiecki odważa się na wskrzeszenie operetki. Idzie Peppina oraz Kobieta, która wie czego chce. I o dziwo! Obie operetki osiągają nadspodziewane powodzenie.

Zdzitowiecki potraktował Peppinę jako zaprzeczenie rewii. Odrzuca gołe girlsy, zewnętrzny blichtr na korzyść pełniejszego tekstu komediowego, któremu usiłuje nadać ton beztroskiego, jasnego humoru.

Maria Modzelewska i Eugeniusz Bodo w spektaklu Jim i Jill
„Światowid” 30.07.1932, nr 31

Niemal równocześnie Teatr Polski wystawia Jima i Jilla, widowisko nazwane modnie „komedią muzyczną”, które jednak nie jest niczym innym, jak tylko współczesną operetką.

Powstają nowe kłopoty: brak sił operetkowych. Reżyserzy sięgają do św. pamięci rewii oraz – co bardzo charakterystyczne – do komedii i… dramatu. W ten sposób odkryto Brochwiczównę dla Peppiny, tak zabłysła Makowska w Kobiecie. Bodo, Modzelewska w Jim i Jill, Malicka w Domku z kart, Romanówna w Rozkosznej dziewczynie.

Po tych pierwszych oznakach renesansu operetki przychodzi wreszcie jej triumf definitywny. Na wystawienie operetek decydują się tak poważne instytucje jak T.K.K.T. i jak Teatr Wielki–Opera. W operetce śpiewają śpiewacy wielkiej klasy operowej: Fedyczkowska mająca w swym repertuarze Traviatę, Łuczyński śpiewający Eleazara w Żydówce. I dzieje nie to bez żadnej ujmy dla ich honoru „operowego”. Wręcz przeciwnie – daje im to nowe zdobycze, możność szukania nowych dróg, nieznanych operze.

Czy jednak obecnie grane operetki są tymi dawnymi przedwojennymi operetkami? Otóż nie. Sto razy nie. I to chwała Bogu nie!

Widziałem zaledwie parę miesięcy temu taką starą operetkę napisaną i wystawioną według stuletniego schematu. Było to w Wilnie, gdzie wśród innych wystawiono Mister – X-a, operetkę, w której oczywiście musiało być tak: w akcie pierwszym pokochali się, w drugim pogniewali, w trzecim pogodzili. Prócz tego rzucała się wciąż po scenie para wodewilistów kochającą się przez całe trzy akty, jak również tradycyjna scena, w której zgrywa się główny humorysta.

Trzy operetki, grane obecnie w Warszawie, zasadniczo różnią się od tego przedpotopowego wzoru. I co ciekawe, każda na inny sposób:

Kraina uśmiechu Lehara to widowisko przede wszystkim muzyczno-feeryjne. Wystawione nadzwyczaj pieczołowicie, z rozmachem, przebogato. Nic dziwnego. Robota pioniera nowej operetki, o którym była już chwalebna mowa powyżej. Przepiękne melodie i nareszcie (och! nareszcie!) operetka bez happy-endu.

Piękna Helena, aczkolwiek komponowana 70 lat temu, jednak z tekstem wybitnie zaktualizowanym, naszpikowana jest polityką i humorem tak dalece, iż raczej należałoby ją nazwać komedią okraszoną muzyką.

Wreszcie To lubią kobiety – farsa, w której od czasu do czasu śpiewa się ładne tango lub przebojowego foxtrotta. Najbardziej zasadniczą różnicę wyczuwa się jednak nie w samych widowiskach jako takich. Nikt nie wypowiedział definicji co ma być operetką „starą”, co „nową” i niema potrzeby tym sobie łamać głowę. Różnica natomiast siedzi wygodnie rozparta w fotelach parteru i na krzesłach galerii. Śmieje się wytwornie, homerycznie, czy wręcz – ryczy jak wół. W każdym razie śmieje się. Różnicy tej na imię – publiczność.

Piękna Helena
„Kino” 10.02.1935, nr 6

Trzydzieści lat temu, za czasów słynnych operetek Myszkowskiego i Felińskiego, grywanych w ogródkach Renesans przy Nowym Świecie czy w Bagateli, zdarzyła się następującą historia:

Dawano Piękną Helenę. Tęże samą Piękna Helenę, co dziś. Tylko bez Modzelewskiej, Dymszy i Orwida.

I było sobie małżeństwo, poważne, a jakże, rok po ślubie. Żoneczka blaga:
– Mężusiu! Pójdziemy na Pięknu Helenę!
– Nie, nie pójdziemy.
– Dlaczego nie pójdziemy?
– To nieprzyzwoite. Nie dla ciebie.
I poszedł sam, bez żony.
Historia autentyczna pod słowem.

Oto różnica nad różnice. Trzydzieści lać temu chodzili na operetki łysi panowie bez żon.

Dziś Warszawa idzie na operetkę po zdrowy, rzetelny śmiech.

„Warszawo! Śmiej się, kto wie, czy operetka potrwa jeszcze trzy tygodnie” – powiedziałby w tym miejscu któryś z wyznawców pesymistycznego Beaumarchais. Powiedzenie takie byłoby jednak nie na miejscu. Jak zapewnia bowiem kierownic­two Opery Kraina uśmiechu nie zejdzie z afisza przez cały karnawał, albo i dłużej. Zaś Piękna Helena iść będzie przynajmniej ze trzy miesiące.

W każdym razie tak długo, dopóki Dymsza nie nauczy całej Warszawy śmiać się homerycznie.

 


Pięknej Heleny

Marian Hemar
„Wiadomości Literackie” 1935, nr 4 (584)

RÓB CO CHCESZ, GŁOWĘ TRAĆ – ALE TAK NIE MOŻE DŁUGO TRWAĆ[1]

Ach, to ta Wenus Kallipigos
Tak erotycznie drażni nas!
W kraju się zrobił straszny bigos
Z wszystkich nordysemickich ras.
Czym będzie człek za kilka dni?
Zwyczajny kundel dernier prix.

Rób co chcesz, głowę trać –
Trzeba wiedzieć, z kim się chodzi spać.

Młodzież się futuryzmu zrzekła,
W głowie ma radio, boks i mecz,
Albo po mieście gania wściekła,
Krzyczy: „Niech żyjeee!”, względnie „Precz!”.
I zawsze ze szczególną pompą
Dzieje się ta wesoła rzecz…

Rób co chcesz, wodę trać –
Ale tak nie można długo lać.

T.K.K.T. to cztery zgłoski.
Wszystko klapuje z wszystkich stron,
I Fraülein Doktor Zawistowski
Pionem podpiera wspólny tron.
Teatrów pięć, bez żadnej troski,
Zdąża tam gdzie wskazuje pion…

Rób co chcesz, gaże płać –
I w ten sposób można długo grać.

Gdy się nad mitologią głowisz,
Musisz Jowisza pojąć smak.
W orła się chętnie wcielał Jowisz,
By się przedostać w damski akt.
Ostatnio mówią, że w Kadena
Wlazł, bo myślał, że to także ptak…

Teraz Zeus drży jak liść –
Kaden mu nie daje z siebie wyjść.

Co znaczy tysiąc lat niezgody?
Dziś nowe hasło brzmi: „keep smile”.
Już się kochają dwa narody,
Miłość nie pyta, Adolf heil
Jeżeli miłość – to niech trwa.
Jeżeli Adolf – to już ja.

Rób co chcesz, głowę trać –
Ale to nie może długo trwać.

Już zaśpiewałem wam połowę,
Z drugą połowu pójdzie lżej
Płuca mam zdrowe, serce zdrowe,
Więc mogę śpiewać rok najmniej.
Bo Miriam też, gdy trzyma mowę,
Tak prędko snadź nie puści jej…

Rób co chcesz, siły trać –
Ale to nie może krótko trwać.

 

 

[1] Kuplety Kalchasa (Adolf Dymsza) z Pięknej Heleny

 

Like