Jadwiga Andrzejewska: Filmowe wakacje

Roman Włodek 

Jadwiga Andrzejewska
na scenie i ekranie

Roman Włodek
Księgarnia Akademicka – Instytut Historii PAN
Kraków–Warszawa 2018

Wyrok życia był pokazywany także na ekranach kin Francji, której kinematografia przodowała w Europie. Przy okazji prasa polska rozpisywała się o znakomitym aktorze kina rosyjskiego Iwanie Mozżuchinie, który w Paryżu wzruszał się grą Andrzejewskiej[1], oraz cytowała aktorkę Vérę Korène, której film wprawdzie się nie spodobał, ale którą zachwycił artyzm Andrzejewskiej[2]. W efekcie we Francji zapadła decyzja nakręcenia remake’u Wyroku życiaLe Jugement de la vie. W 1936 roku firma Spardice wykupiła prawa autorskie na zrealizowanie francuskiej wersji filmu i zaproponowała Andrzejewskiej główną rolę. „Pertraktacje trwały od maja. Z początku nie chciałam zgodzić się, bo dawali za mało. Ale potem dawali coraz lepsze warunki… Uparli się…”[3] –opowiadała aktorka. Upierali się, mimo jej słabej znajomości języka. Po ogłoszeniu, że podpisała zagraniczną umowę, zgodnie z pełną goryczy refleksją Wery Taliszewskiej: „Co Francuz pochwali, to Polak polubi. […] Gdy nasz «towar» wraca z etykietą zagraniczną, wówczas jest wart miliony lub biliony”[4], natychmiast posypały się propozycje kolejnych ról: od Jerzego Szafira z efemerycznej wytwórni Or-film w Wiernej rzece, od Felicji i Izydora Fenigsteinów z Feniksa w Ada! To nie wypada! i od Józefa Rosena z Rex-filmu w 30 karatach szczęścia. Przed wyjazdem do Francji miała podpisaną umowę tylko na rolę w komedii Papa się żeni wytwórni Leo-Film należącej do Marii Hirszbejn.

Plenery Wiernej rzeki według powieści Stefana Żeromskiego, realizowane w okolicy Kielc, reżyser Leonard Buczkowski ukończył pod koniec sierpnia 1936 roku, po czym przystąpił do zdjęć w atelier. Andrzejewska została obsadzona jako Ryfka, córka żydowskiego karczmarza. Koncepcja tej roli uległa zmianie w trakcie kręcenia filmu i przeszła od „wyrazu melodramatycznego”[5] do „ogólnoludzkiego humoru”[6] – przynajmniej w wyobrażeniu piszących o realizacji. W rzeczywistości z zachowanej niepełnej kopii nie da się wysnuć wniosku, jaki pomysł na postać graną przez Andrzejewską miał Buczkowski. Aktorka pojawia się w kilku krótkich scenach, w których Ryfka niesie pomoc bohaterom, wypowiadając pełne patosu kwestie. Stefania Zahorska niezwykle ostro skrytykowała poziom ekranizacji, co zawarła już w tytule swej recenzji: Rozbój filmowy.

Premiera Wiernej rzeki odbyła się 4 października 1936 roku, a półtora miesiąca późnej, 19 listopada do kin trafił, dobrze przyjęty, film Konrada Toma z udziałem Andrzejewskiej Ada! To nie wypada!, dla którego Zahorska była w miarę wyrozumiała, skoro uznała, że „w pogrzebowym korowodzie polskich komedii ta nie jest najgorsza”[7]. Ada, pensjonarka, w wyniku niespodziewanego splotu przypadków obejmuje zastępstwo w komedii muzycznej zatytułowanej Fijoł i odnosi niezwykły sukces. Takie cuda zdarzają się w Krakowie magicznym, na poły surrealistycznym, zwariowanym. Z afisza ukazanego w filmie wiadomo, że premiera Fijoła odbywa się w sobotę 14 lipca, a recenzja ukazuje się nazajutrz (!) w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym” datowanym na 15 września 1936 roku!!! Prosto ze sceny Adę bierze w objęcia przeznaczony jej młodzieniec. W roli jednej z jej koleżanek z pensji, pozbawionej wdzięku i poczucia rytmu Zosi, wystąpiła Jadzia Andrzejewska (tak w czołówce!). „Posmak banalności, wiejący od scenariusza, zaciążył również i na grze aktorów”[8] – napisał w „Kinie” Eugeniusz Żytomirski i pochwalił Lodę Niemirzankę odtwarzającą tytułową bohaterkę, ubolewał nad źle obsadzonymi Antonim FertneremKazimierzem Junoszą-Stępowskim, ogólnikami zbył Kazimierza Krukowskiego, Romualda GierasieńskiegoAleksandra Żabczyńskiego. „Szczęśliwiej” według niego zostały obsadzone role pomniejsze, między innymi właśnie rola Andrzejewskiej. Diwę porzucającą scenę, z czego korzysta Ada, zagrała Mira Zimińska. Podobnie jak Andrzejewska była dzieckiem teatru i zaczynała od ról szczypanych, tyle że w nieco późniejszym wieku.

Papa się żeni, NAC

W komedii Toma AndrzejewskaZimińska nie miały wspólnych scen. Spotkały się dopiero na planie filmu Papa się żeni, w reżyserii Waszyńskiego, który „ma bodaj najszczęśliwszą rękę z naszych reżyserów […] ma «dryg» do komedii”[9]. Pewien producent obecny na premierze miał powiedzieć: „Nareszcie polska komedia bez szmoncesów. Komedia, w której humor logicznie wypływa z sytuacji i akcji”[10]. Recenzent „Świata” wyraził radość, że „zostawiwszy w spokoju Żeromskiego, sięgnięto do bogatego zbioru komedii teatralnych i sfilmowano znaną farsę Rapackiego[11]. Prapremiera teatralna sztuki Wincentego Rapackiego syna odbyła się w 1926 roku – filmowa po dziesięciu latach, 11 grudnia 1936 roku. Teatralna proweniencja bardzo nad nią zaciążyła – w filmie nie było ani jednego pleneru.

Akcja toczy się w środowisku ludzi teatru, na scenie i za kulisami. Oglądamy próby i przedstawienia rewiowe, czyli to, co w 1936 roku było głównym zajęciem Andrzejewskiej. Dyrektora teatru rewiowego Olimpia zagrał Fryderyk Járosy, a jego gwiazdą jest Mira Stella odtwarzana z dużą dozą autoparodii przez Zimińską. Mira Stella wyznaje sławnemu śpiewakowi Viscontiemu, który po siedemnastu latach nieobecności wrócił do kraju, że mają prawie dorosłą córkę o imieniu Lili. Komizm filmu polegał na licznych i typowo farsowych qui pro quo: córka udaje siostrę swojej matki – Miry Stelli, a koleżanka córki, Jadzia, jest wiele razy brana za dziecko owej diwy… Perypetie i sposób ich pokazania nie zawyżają poziomu polskich komedii okresu międzywojennego.

Leonia Jabłonkówna sam pomysł przeniesienia farsy Rapackiego na ekran uznała za pomyłkę, którą zwielokrotniły błędy obsadowe, mimo że główne role w tym filmie grali: Lidia WysockaZdzisław Rakowiecki. Z jednym wyjątkiem, Andrzejewskiej, „która okazuje się zupełnie na miejscu w roli pensjonarki z Radomska, wykazując dużej klasy zacięcie charakterystyczne”[12]. Jadzia w filmie jest jakby cieniem Lili –  stara się poruszać jak ona, wykonuje te same gesty, powtarza intonację, a nawet niektóre kwestie, wszystko oczywiście doprawione efektami komicznymi. Aktorka w niewyszukaną farsę tchnęła sporo energii i żywiołowości. Jej bohaterka przyjeżdża z prowincji pierwszy raz do Warszawy. Wszystko ją dziwi, bo rodzinne Radomsko stanowi dla niej centrum świata i punkt odniesienia do wszystkiego, co jej się w czasie pobytu w stolicy przydarza. Być może Andrzejewska sparodiowała w filmie swoje własne zaskoczenie Warszawą sprzed czterech lat – gdy sama przybyła do stolicy z prowincjonalnej Łodzi.

W tym filmie aktorka wystąpiła w ciągle zsuwających się jej z nosa okrągłych okularach z grubymi ciemnymi oprawkami. Ten rekwizyt, obecny już, ale jakby przypadkowo, w filmie Ada! To nie wypada!, tu, w Papie…, został przez Waszyńskiego pomysłowo użyty. Okulary zmusiły aktorkę do charakterystycznego sposobu gry: pochylania głowy i patrzenia nad szkłami, garbienia się, potykania. Do jej ulubionych środków komicznych należało też wielokrotne powtarzanie fraz: „U nas w Radomsku…” oraz „Jakie to wszystko dziwne”. Nie obyło się bez częstej i ogranej w kinie polskim sceny upojenia alkoholowego, choć etiuda podejrzliwego spoglądania na kieliszek z winem, a potem zmagania się z nim jest bardzo zabawna. „Wiele pomysłów i gagów rodziło się wtedy na planie. Scenariusz zawierał zwykle tylko zarys fabuły i najważniejszych sytuacji. Reszta wynikała już sama z siebie – proponowaliśmy sami, gdy coś wychodziło w czasie zdjęć, wiele rzeczy na gorąco wymyślał reżyser”[13] – wspominała Andrzejewska. W „Kurierze Polskim” Jerzy Braun, po pochwałach, ponad miarę i zasługi dla całego zespołu, dodał, że niespodziewanie dla niego na czoło wykonawców wysunęła się Andrzejewska, ten kopciuszek filmu polskiego, krzywdzony przez producentów, dających jej byle jakie rólki, lekceważony przez reżyserów, którym się zdaje, że rola charakterystyczna wymaga groteskowej brzydoty… a jednak żywiołowym, szczerozłotym talentem podbija młodziutka artystka wszystkie serca na widowni, bo publiczność, wiedziona instynktem, czuje tchnienie prawdziwego talentu, lepiej nieraz od fachowców… Toteż reaguje spontanicznymi oklaskami na niektóre zrywy młodego «talentu» poprzez krępujące go powijaki i w rezultacie powiedzonko Jadzi: «Jakie to wszystko dziwne» pozostaje w pamięci widzów, gdy wszystko inne rozpływa się i zaciera[14].

Stanisław Sielański i Jadwiga Andrzejewska w filmie Papa się żeni, NAC

Według branżowego tygodnika „Film” kreacją w Papie… Andrzejewska „stanęła w rzędzie najlepszych artystek komediowych”[15]. Palmę pierwszeństwa wśród świetnego zespołu wykonawców przyznano jej też w „Świecie”: „Takiej roli nie powstydziłaby się żadna z wielkich gwiazd ekranu”[16]. Do zgodnego chóru chwalących aktorkę przyłączyli się publicyści „Słowa” i „Kuriera Warszawskiego”[17], a wyrazem daleko posuniętej megalomanii narodowej było umieszczenie Andrzejewskiej obok najlepszych aktorek komediowych lat trzydziestych: Franciski Gaal, Lilian Harvey, Anny OndraShirley Temple.

Choć w teatrze dała się zapamiętać jako typ „dziewczęco-liryczny, ale już na podkładzie tragicznym”[18], w komedii, dzięki Waszyńskiemu, odnalazła się tak znakomicie, że Kandyd, recenzent „Myśli Narodowej”, ponowił wielokrotnie wcześniej przywoływany postulat: „Należałoby pomyśleć o specjalnym scenariuszu dla tej aktorki i – specjalnej dla niej komedii filmowej, okraszonej wdziękiem i sentymentem”[19]. Taki niestety nigdy nie powstał i jako niesforna, żywiołowa „panienka z Radomska” Andrzejewska zagrała swoją najlepszą, zasłużenie pamiętaną do dziś rolę komediową, jaką dla niej stworzyło kino międzywojenne. I choć rola wcale nie była pierwszoplanowa, do niej należy nie tylko ostatnie ujęcie Papy…, ale i cały film.

30 karatów szczęścia

Dokładnie tydzień po premierze Papy…, 18 grudnia 1936 roku odbyła się następna – 30 karatów szczęścia. Nie był to jednak specjalnie dla aktorki napisany scenariusz komedii, o którym marzył Kandyd. Takiego się nie doczekała. 30 karatów szczęścia, podobnie jak Papę…, wyreżyserował Waszyński. „Upodobania [Waszyńskiego] ciągną go zawsze w stronę ordynarnych i płaskich pomysłów. Ubóstwo własnej wyobraźni stara się łatać szarżą aktorską”[20] – uznał nieprzychylny mu recenzent „Myśli Narodowej”. I taka prawdopodobnie była ta „brawurowa farsa” wykazująca jakieś odległe powinowactwa z oraz Milionem (Le Million) René Claira z 1931 roku oraz polsko-czechosłowackimi 12 krzesłami (Dvanáct křesel), które wraz z Martinem Fričem wyreżyserował Waszyński w 1931 roku. Trudno dziś tę ocenę zweryfikować, bowiem kopia 30 karatów szczęścia nie zachowała, a może nie została tylko na razie odnaleziona. Wiadomo, że w filmie chodziło o przewiezienie brylantu z Torunia do Warszawy w bochenku chleba, ale skąd się wziął w tym wszystkim King Kong (amerykański film o nim na polskie ekrany trafił parę lat wcześniej), nie wiadomo. Według recenzenta „Słowa” wileńskiego „Komedia przechodzi w farsę, potem w groteskę i wreszcie w bałagan…”[21]. Co w tym bałaganie robiła grana przez Andrzejewską Zosia, poza tym, że sprzedawała obwarzanki, też nie wiadomo.

Paryska przygoda

Do paryskich artystów pozostających pod wrażeniem gry Andrzejewskiej oprócz Véry KorèneIwana Mozżuchina należał też pewien „wybitny”, pobierający bardzo wysokie honoraria scenarzysta paryski, do którego zwrócono się o przerobienie scenariusza Morozowicz-Szczepkowskiej. Według Migowej ów scenarzysta po obejrzeniu polskiego filmu miał oświadczyć, że jeżeli we francuskiej wersji zagra Andrzejewska, to on „nie chce sumy ryczałtowej, ale pragnie partycypować w dochodach procentowo, ponieważ przekonany jest o olbrzymim powodzeniu filmu”[22].

Henri Rollan i Jadwiga Andrzejewska
w filmie Femmes, reż. Bernard-Roland, France, 1936

Scenariusz opracował i dialogi napisał Roger Ferdinand, autor licznych komedii bulwarowych. Reżyserię filmu, który roboczo nazywano we Francji Le Jugement de la vie (Wyrok życia) oraz Je ne suis pas une criminelle (Nie jestem kryminalistką), powierzono początkującemu reżyserowi Bernard-Rolandowi. Andrzejewskiej partnerowali znani aktorzy Jeanne BoitelHenri Rolland, ale jej kontrakt zawierał zastrzeżenie, że „będzie reklamowana en vedette americaine, to znaczy na wzór wielkich «gwiazd» amerykańskich»… Tylko jej nazwisko będzie podawane tłustym drukiem”[23].

Andrzejewska wyjechała do Francji slipingiem 26 września 1936 roku. Jechała sama, toteż bardzo się ucieszyła, że mogła liczyć na życzliwość poznanych w pociągu: Wacława Jędrzejewicza, byłego ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego, oraz architektów Lecha Niemojewskiego (autora pawilonu Instytutu Propagandy sztuki, w którym wielokrotnie bywała) i Bohdana Pniewskiego. Paryż oszołomił ją do tego stopnia, że nuciła piosenkę Henryka WarsaEmanuela SzlechteraWyroku życia zaczynającą się słowami:

„Kino dla Wszystkich” R. 9, 1933, nr 44
Nie wiedziałam…,
Że tak piękny jest świat

Wkrótce w liście do jednej z życzliwych jej osób, prawdopodobnie Migowej, napisała: „Jestem najszczęśliwszą dziewczyną na świecie. […] oczekiwało mnie ma dworcu powitanie nad wyraz serdeczne. A za tym mnóstwo osób ze sfer filmowych, przedstawiciele wytwórni, wybitni artyści i cały tłum reporterów, cisnących się z bloczkami do mnie. Wołano: «Niech żyje Polska!» i wręczono mi przepiękne kwiaty”[24]. Wszystko zostało utrwalone na taśmie filmowej, zdjęcia te miały trafić do aktualności PAT-u[25], ale do tego nie doszło. Potem w hotelu Terminus odbyło się na cocktail party, oczywiście z szampanem. Zamieszkała w apartamencie hotelu Majestic przy avenue Kléber, w pobliżu Łuku Triumfalnego.

Zdjęcia kręcono w studiu Gaumont, a Andrzejewska podobno grała po francusku, ale potem jej rolę zdubbingowano. Pod koniec października wróciła do Warszawy, gdzie od razu zarzucono ją banalnymi, czysto plotkarskimi pytaniami: jak się podoba Paryż?, jacy aktorzy?, jaki reżyser?, po co i za ile? Aktorka nie umiała i nie bardzo chciała na nie odpowiadać. W efekcie uznano, że zhardziała i zostawiono ją w spokoju. Ponieważ podstawowy problem: jak się pracuje w Paryżu, w ogóle nie wypłynął w rozmowach (być może w przeczuciu, że porównania z francuskimi profesjonalistami musiałyby wypaść niekorzystnie dla rodzimej branży). Andrzejewska sama o tym napisała w „Wiadomościach Filmowych”:

„Kino” R.VIII, 1937, nr 34

„U nas każdy, kto wejdzie do ateliers, zwróci uwagę na ów dziwny harmider, który tu panuje. Jeden krzyk przerasta drugi i nie wiadomo, kto właściwie jest panem atelier, kto rządzi, czy dyryguje. W Paryżu główny nadzór nad całością sprawuje jeden człowiek – kierownik produkcji, który jest dyktatorem – wszystko jest w jego ręku. Kierownik produkcji – nie producent, który może tylko patrzeć (z zaufaniem do kierownika produkcji) i podziwiać bez prawa głosu podczas pracy. Na planie główną osobą jest reżyser, któremu bardzo pomagają asystenci. Reżyser wszystko obmyśla, a operator zaś tylko – fotografuje. Dzień pracy w atelier trwa 8 godzin i ani minuty dużej. Do każdego dnia pracy przystępuje się z dokładnym planem pracy, który się rzeczywiście wykonywa”[26].

Na początku listopada 1936 roku Andrzejewska po raz drugi wyjechała do Francji, podobno na Rivierę, gdzie nakręcono plenery[27]. Po zakończeniu zdjęć kontrakt dawał jej jeszcze prawo do dwutygodniowego pobytu we Francji w celach turystyczno-wypoczynkowych, z czego zapewne skorzystała. Po powrocie do Polski miała zagrać , ale nie zagrała, w bliżej nieznanej sztuce I cóż dalej, szary człowieku[28].

Filmem, który we Francji otrzymał ostatecznie tytuł Femmes (Kobiety),  zachwycił się Marcel Pagnol, popularny dramatopisarz, reżyser filmowy, ale także sprawny biznesmen, i zajął się jego rozpowszechnianiem na spółkę z Société Parisienne de Diffusion Cinématographique (SPDC) „wierząc, że zdobędzie na nim jeszcze jedną fortunę, a sławę Andrzejewskiej uplasuje mocno na francuskim rynku”[29]. Slogan, którym reklamowano gwiazdę filmu, brzmiał: „Żadża Andżeska to Elżbieta Bergner i Simone Simon”[30]. Faktycznie Andrzejewska przypominała sławną Elisabeth Bergner, urodzoną w Drohobyczu aktorkę niemiecką pochodzenia żydowskiego, która została zapamiętana jako „typ kobiety-dziecka, ujmującego kruchością i wdziękiem”[31]. Natomiast zestawienie z Simone Simon, gwiazdą francuską, jest o tyle ciekawe, że właśnie w tym czasie w Stanach Zjednoczonych Irving Cummings reżyserował film Girl’s Dormitory według Matury. Simon grała w nim rolę, którą w teatrze Kameralnym odtwarzała niegdyś Andrzejewska.

Jeanne Boitel i Jadwiga Andrzejewska
w filmie Femmes, reż. Bernard-Roland, France, 1936

Francuski remake, którego akcja toczy się – tak jak w Wyroku życia – w Krakowie[32] (wmontowano do niego kilka fragmentów wersji polskiej), wszedł na ekrany kina Palais Rochechouart 9 lipca 1037 roku. Nie odniósł sukcesu[33] i być może dlatego nie powstała zapowiadana wersja węgierska. Prasa polska sprawę przemilczała. Dopiero w podsumowaniu osiągnięć 1937 roku Karol Ford napisał oględnie, że „krytyka była na ogół dość powściągliwa”[34].

Mniej więcej w tym czasie, gdy Andrzejewska kręciła film we Francji, dziennikarz „Kuriera Polskiego” spróbował podsumować jej dotychczasowe osiągnięcia na ekranach krajowych. Wypadło ono niekorzystnie dla polskiej branży, która nie umiała dla aktorki znaleźć odpowiednich ról. „Niedoceniona, zmarnowana przez krajowych wyrobników tandety, powinna znaleźć Jadzia Andrzejewska lepsze kierownictwo i wdzięczniejsze pole do popisu na scenie i w filmach zagranicznych”[35]. Jednak ani w specjalnie dla niej napisanej roli w filmie Żebraczka z Pont-des-Arts[36] wytwórni Studio-Film, ani w kolejnej produkcji Spardice ani aktorka nie zagrała.

 


[1] J.M. [Maria Jadwiga Migowa], Jadzia Andrzejewska jedzie do Paryża, „Kino” 1936, nr 39, s. 11.

[2] Thea Incognito, Żadża Anżeska, „Kino” 1937, nr 34, s. 4.

[3] J.M. [Jadwiga Migowa], Jadzia Andrzejewska jedzie…, op. cit. Zob. także: Jadzia Andrzejewska – wielki talent, „Kurier Poranny” 1936, nr 303, s. 10.

[4] Wera Taliszewska, W obronie filmów i gwiazd polskich, „Kino” 1935, nr 1, s, 2.

[5] (m. s.) [Mieczysław Szczęsny], Premiera dramatu filmowego „Wierna rzeka” (Rok 1863) w kinie Pan, „Wiadomości Filmowe” 1936, nr 22, s. 22.

[6] Humor w „Wiernej rzece”, „Wiadomości Filmowe” 1936, nr 13, s. 3 (1 VII).

[7] Stefania Zahorska, Nowe filmy, „Wiadomości Literackie” 1936, nr 5354, s. 20.

[8] E. Ż. [Eugeniusz Żytomirski], Ada! To nie wypada! „Kino” 1936, nr 48, s. 7.

[9] J., Papa się żeni, „Świat” 1936, nr 5152, s. 53.

[10] Papa się żeni…, „Film” 1937, nr 1, s. 41.

[11] J., Papa się żeni, op. cit.

[12] Leonia Jabłonkówna, Nowe filmy, „Wiadomości Literackie” 1937, nr 3, s. 5.

[13] Nasza Jadzia, z Jadwigą Andrzejewską rozmawiała Małgorzata Karbowiak, „Głos Robotniczy” 1970, nr 2, s. 4.

[14] B. [Jerzy Braun?], „Papa się żeni” (kino Pan), „Kurier Polski” 1936, nr 350, s. 6.

[15] Papa się żeni…, „Film” 1937, op. cit.

[16] J., Papa się żeni, op. cit.

[17] Tad. C. [Tadeusz Ciszewski], Papa się żeni, „Słowo” (Wilno) 1937, nr 5, s. 3; (K-c) [Tadeusz Kończyc], Papa się żeni, „Kurier Warszawski” 1936, nr 350, s. 6.

[18] Aktor – marzenia, myśli, rozterki. Jadwiga Andrzejewska, rozmawiał Stanisław Kaszyński, „Teatr” 1971 nr 21, s. 8.

[19] Kandyd, Papa się żeni; 30 karatów szczęścia, „Myśl Narodowa” 1937, nr 3, s. 46.

[20] Ibidem.

[21] Tad. C. [Tadeusz Ciszewski], 30 karatów szczęścia, „Słowo” 1936, nr 354, s. 3,

[22] J.M. [Maria Jadwiga Migowa], Jadzia Andrzejewska jedzie…, op. cit.

[23] Ibidem.

[24] J.M. [Maria Jadwiga Migowa], „Jestem najszczęśliwszą dziewczyną na świecie” – pisze Jadzia Andrzejewska, „Kino 1936, nr 42, s. 7.

[25] (m.s.) [Mieczysław Szczęsny], Wyjazd Jadzi Andrzejewskiej do Paryża, „Film” 1936, nr 19, s. 20.

[26] Jadwiga Andrzejewska, Wrażenia z pracy w Paryżu, „Wiadomości Filmowe” 1935 nr 21, s. 3.

[27] X., Sylwetki. Jadzia Andrzejewska, „Kurier Polski” 1936, nr 315, s. 7.

[28] Jestem dziewczyną z ludu – mówi Jadzia Andrzejewska paryskiemu pismu „Comoedia” [właśc. „Comoedia illustré”], rozmawiał Piotr Laspeyers [właśc. Pierre-Jean Laspeyres], „Kino” 1936, nr 49, s. 7. Do premiery I cóż dalej, szary człowieku nie doszło. Nie wiadomo, o jaką sztukę chodziło. Być może o adaptację wydanej w 1932 roku w Niemczech powieści Hansa Fallady Kleiner Mann – was nun? (pierwsze polskie wydanie dopiero w 1960 roku), przedstawiającej losy bezrobotnego w latach kryzysu gospodarczego.

[29] Thea Incognito, Żadża Anżeska, op. cit.

[30] Ibidem.

[31] Lotte H. Eisner, Ekran demoniczny, przeł. Konrad Eberhardt, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1974, s. 242.

[32] Mimo że akcja toczy się w Krakowie, André de Masini, redaktor naczelny „La revue de l’écran” uznał, że wersja francuska jest wzorowana na filmie czeskim. Zob. A. [André] de Masini, Femmes, „La revue de l’écran” 1937, nr 187, s. 3.

[33] Film był grany od czasu do czasu; w kinie Excelsior w Rennes jeszcze w lutym, a w kinie Normandy w Falaise w czerwcu 1938 roku.

[34] Karol Ford, Uwagi gorzkie, a potrzebne, „X Muza” 1937, nr 20, s. 1.

[35] X., Sylwetki. Jadzia Andrzejewska, „Kurier Polski” 1936, nr 315, s. 7.

[36] Jestem dziewczyną z ludu…, op. cit. Być może chodziło o film według noweli Wilhelma Hauffa, niemieckiego bajkopisarza z początku XIX wieku.


Dziękujemy Romanowi Włodkowi, Księgarni Akademickiej i Instytutowi Historii PAN za udostępnienie fragmentu książki. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.