Władysław Grabowski w anegdocie

Podczas pierwszej wojny światowej w Warszawie idąc Alejami Ujazdowskimi Władysław Grabowski spotkał Solskiego, który na jego widok krzyknął:
No! Nareszcie zrównaliśmy się!
Co? Grabowski nie bardzo wiedział o co
chodzi.
Jak to panie dyrektorze zrównaliśmy się? Czy co do wieku?
Nie, co do spodni!
Obaj mieli podarte spodnie.

* * *

Kiedy w gronie artystów prowadzono zawziętą dyskusję o roli Hamleta, znakomity aktor Władysław Grabowski powiedział:
– Moi kochani, żeby dobrze zagrać Hamleta, trzeba być przynajmniej 30 lat na scenie. 30 lat na scenie, to 50 lat życia. A jak się ma 50 lat, to nie można już grać Hamleta.

* * *

Władysław Grabowski miał zwyczaj opowiadania nieprawdopodobnych historii z bardzo poważną miną i w taki sposób, że słuchający nigdy nie wiedzieli, kiedy Grabowski mówi prawdę, a kiedy żartuje.
Pewnego dnia Grabowski przychodzi na próbę do teatru i już na progu, ze śmiertelnie poważną miną mówi do kolegów:
Moi drodzy, wy tu się doskonale bawicie, a nic nie wiecie, że wasz kolega, Edek Dziewoński zmarł dziś rano.
Zapada nagłe milczenie i w tym momencie w drzwiach staje uśmiechnięty, jak zwykle, Dziewoński.
Tak… tak  mówi na to smutnie kiwając głową Grabowski ten biedak jeszcze sam nic o tym nie wie.

* * *

Kiedyś zmarł sąsiad naszego znakomitego starego aktora Władysława Grabowskiego, znanego zresztą z niezwykłego poczucia humoru. Zrozpaczona wdowa zjawiła się w jego mieszkaniu z prośbą o pożyczenie fraka, w który chciałaby ubrać zmarłego męża.
–  A kiedy nieboszczyk odda? – spokojnie spytał aktor.

* * *

Grabowski, grając przed wojną w jakiejś sztuce, posłyszał dochodzące z widowni szmery, potem ktoś krzyknął:
– Głośniej!
Grabowski wyszedł na proscenium i skłoniwszy się uprzejmie zapytał:
– Którą kwestyjkę mam powtórzyć?

* * *

Władysław Grabowski lubił oglądać zmarłych, wy­stawionych na widok publiczny. Cała ówczesna Warszawa mówiła o wspaniałych brylantach popularnej gwiazdy ówczesnej operetki, Kaweckiej. Grabowski, składając hołd zmarłej, nie omieszkał sprawdzić, czy istotnie brylanty są autentyczne. Dzieląc się potem swoimi wrażeniami, tak mówił:
– To było wspaniałe: tu brylancik, tu brylancik, tu mąż, tu policjant!

* * *

Po wystawnej kolacji u swoich przyjaciół Władysław Grabowski powiedział z żalem:
– Nie lubię jedzenia, bo mi odbiera apetyt.

* * *

Kiedyś, po pogrzebie któregoś ze swoich kolegów, Władysław Grabowski, jak zwyczaj kazał, chciał udać się „na jednego” do powązkowskiej knajpy, nazwanej przez licznie ją odwiedzających „pod trupkiem”. Przy bramie cmentarnej ujrzał żebraka odzianego w łachmany. Ujął go pod rękę i zaproponował mu wspólne śniadanko. Uradowany żebrak raźno pokuśtykał u boku wytwornego Grabowskiego. Wtem pan Władysław przystanął olśniony genialną myślą.
– Dorożka! – zawołał na przejeżdżającego dryndziarza. – Do Chojnackiego.
Zbity z pantałyku żebrak wgramolił się do dorożki i z lękiem zajął miejsce obok rozradowanego Grabowskiego. Gdy weszli do magazynu Chojnackiego, znakomity aktor rzekł do kłaniającego się subiekta:
– Proszę ubrać tego pana od A do Z!
Po godzinie wsiedli do dorożki. Obok mistrza zajął miejsce elegancko ubrany starszy pan. Kiedy już ruszyli w drogę powrotną do powązkowskiej knajpy, Grabowski, lustrując szaty swojego gościa, począł nerwowo pukać w plecy dryndziarza:
– Stój! – zawołał gwałtownie. – Zawracaj do Chojnackiego.
Żebrak zdenerwował się:
– Znowu! – zawołał błagalnie.
Grabowski milczał. Gdy weszli ponownie do magazynu, zażądał władczo:
– Laseczkę dla tego pana!
Po zdobyciu tego szczegółu uznał, że teraz mogą spokojnie udać się „pod trupka”.

* * *

Władysława Grabowskiego zapytano kiedyś, co sądzi o talencie pewnego aktora.
– Talencie – powtórzył krzywiąc się i dodał: – On mi przypomina Matejkę.
– Jak to Matejkę? – zdziwił się jeden z rozmówców. – Przecież Matejko nie był aktorem.
Grabowski pokiwał głową.
– Właśnie dlatego.

* * *

Kiedy Władysław Grabowski przed wojną udał się po raz pierwszy do Paryża, jego znajomość języka ograniczała się do pewnych znanych i używanych w naszym języku zwrotów.
Wyszedłszy z dworca wsiadł do taksówki. Szoferowi rzucił żartobliwie:
– Cherchez la femme. – Ten zawiózł pasażera do pewnego domu, który nie cieszył się zbyt dobrą sławą. Po miesięcznym pobycie, nie opuszczając w ogóle gościnnych pań, wydawszy całą gotówkę, wrócił za pożyczone pieniądze do Warszawy.
– Cudowne miasto – mówił.
– Znasz je świetnie… z pocztówek – dodał jeden z kolegów – co, Władziu?

* * *

Znany aktor Władysław Grabowski, poznał przypadkiem którejś nocy w jednym z barów jakiegoś zażywnego gościa o wyglądzie ziemianina.
Po kwadransie wypili bruderszaft.
– A trzeba ci wiedzieć, Władziu, że ja pochodzę z nie byle jakiej rodziny! – oświadczył nowy przyjaciel. – Już jeden z moich przodków bił się z Władysławem Łokietkiem pod Płowcami.
– Tak? – zaciekawił się Grabowski. – No i kto wygrał?

* * *

Władysław Grabowski, jeszcze jako młody aktor, spóźnił się kiedyś na próbę, którą prowadził Aleksander Zelwerowicz. Znając niezwykłą, niemal obsesyjną punktualność Zelwera, Grabowski pożyczył z teatralnej rekwizytorni kieszonkowy zegarek. Był to jakiś bezwartościowy, stary rupieć. Wszedłszy na salę prób udał zdziwienie. Powiedziawszy „dzień dobry”, spojrzał ostentacyjnie na ów zegarek i swoiście akcentując:
Państwo już są? – skłonił się przed dyrektorem.
Dwadzieścia minut czekamy tylko na kolegę Grabowskiego. Zmarnowaliśmy dwieście minut, jest nas bowiem dziesięciu! Widać było, że Zelwer zdenerwował się.
Przepraszam Grabowski wskazał zegarek. Jest za minutę dziesiąta.
Może go kolega wyrzucić – powiedział Zelwerowicz.
Jak to, mego Longines’a? Zapłaciłem za niego pięćset złotych gotówką! Ale słowa dyrektora są święte tu ponownie się skłonił. Precz z tym wehikułem czasu! Powiedziawszy te słowa patetycznym tonem, Grabowski cisnął owym rzekomym Longines’em o podłogę. Efekt był piorunujący. Zelwerowicz zerwał się z miejsca i wykrzyknął:
Nie, no, to już przesada! i zacytował Gogola: „Aleksander Macedoński był wielkim człowiekiem, ale po cóż zaraz krzesła łamać!” Po czym podbiegł do Grabowskiego.
Niech kolega siada powiedział po raz pierwszy sprzeniewierzę się swoim zasadom żadnej kary.

* * *

Kiedy w serialu Chłopi grałem dziedzica [Igor Śmiałowski], przypomniała mi się historia, którą opowiadał mi Władysław Grabowski.
Otóż kiedyś, w okresie międzywojennym, w warszawskim Bristolu spożywał on kolację w towarzystwie pewnego znanego w stolicy dziedzica.
– To było cudowne – wspominał Grabowski – mieliśmy sobie tyle do powiedzenia, łączyły nas wspólne zainteresowania… mówiliśmy o ROLI!

* * *

W sztuce, którą w latach trzydziestych w warszawskim Teatrze Małym reżyserował Karol Borowski, grali: Kazimierz Junosza-Stępowski, Władysław Grabowski i Stanisław Stanisławski. Scena przedstawiała pokój z trojgiem drzwi: z lewej, prawej d pośrodku. Na generalnej próbie Grabowski, stojąc tyłem do widowni, ukłoniwszy się kolejno wchodzącym na scenę: z lewej Stępowskiemu i z prawej Stanisławskiemu, spojrzał na drzwi środkowe i także się ukłonił.
– Władziu! – krzyknął z widowni zdziwiony Borowski – komu ty się kłaniasz?
Grabowski odwrócił się i ze stoickim spokojem powiedział:
– A jak kto wejdzie!

* * *

Władysław Grabowski spóźnił się kiedyś na próbę. Ludwik Solski, reżyser sztuki, oburzony niepunktualnością młodego aktora, zwymyślał go.
Grabowski udał zdziwienie.
– Panie dyrektorze – powiedział – przecież dziś jest środa.
Solski zdjął okulary i uniósł brwi.
– Mhm – zamruczał i machinalnie powtórzył: – Środa.
Próba się rozpoczęła.
Dziwna odpowiedź Grabowskiego nie dawała jednak spokoju dyrektorowi.
– Władziu – zapytał po jakimś czasie – co to właściwie znaczyło… środa?
– Jak to, co? – zdziwił się Grabowski. – Po prostu dziś jest środa.

* * *

W gorący, letni dzień Słonimski z Lechoniem rozkoszowali się lodami w ogródku Ziemiańskiej. Obok przechodził Grabowski i rzuciwszy na nich okiem powiedział: „Lody? Latem?”.

* * *

Niepohamowana ekscentryczność Grabowskiego nie opuszczała go często i na scenie. Grał amanta w sztuce Niebieski lis. Trzymał się przez dwa akty bardzo przyzwoicie. Gdy w trzecim akcie Przybyłko-Potocka, jego partnerka, spytała: „Więc kochasz mnie naprawdę?”, Władzio nie wytrzymał. Odpowiedział: „Szalenie, e,e,e.”

* * *

Koncertowym wyczynem Grabowskiego była rola Chudogęby w Wieczorze Trzech Króli. Pod wpływem nadmiernej dawki alkoholu stracił chęć do wygłaszania tekstu sztuki i poprzestawał tylko na anonsowaniu: „Teraz ja”, albo dla odmiany: „Tiepier ja”. Publiczność nie bardzo się orientowała, bo ostatecznie mało kto z widzów pamiętał, co w tym akcie sztuki mówi Chudogęba. Zrobił się jednak skandal. Przedstawienie przerwano, a Grabowskiego usunięto z zespołu Teatru Polskiego. Po premierze siedzieliśmy [Antoni Słonimski] z Boyem w restauracji Simona i Steckiego, gdy zjawił się biedny Władzio. Stanął przed naszym stolikiem i wygłosił krótkie przemówienie. „Dusza moja tabula rasa, a w oczach Wołga (że niby tyle łez). Straciłem wiarę w ludzkość. Gdyby tonący tarzał mi się u nóg i prosił o markę pocztową – nie dam!” Spytałem Władzia, po co tonącemu marka pocztowa. Władzio odpowiedział poważnie: „Pewnie pisał list do rodziny w sprawie tonięcia.”

* * *

Władzio był bardzo pedantyczny. Gdy kiedyś po sutej kolacji na rachunku w Oazie znalazł pozycję „pieczywo dziesięć złotych” – zawezwał kelnera: „Bułeczka kosztuje pięć groszy. Dziesięć bułeczek pięćdziesiąt groszy. Dwadzieścia bułeczek złotówkę. Dwieście pięćdziesiąt bułeczek pięć złotych. Pięćset bułeczek to piramida. Wieża Eiffla bułeczek. Nie było.”

* * *

W okresie międzywojennym w jednym ze stołecznych teatrów miała się odbyć premiera Wieczoru trzech króli Szekspira.
Kilku znakomitych aktorów, grających w tym spektaklu, umówiło się w dniu premiery na drugie śniadanie w małej warszawskiej restauracji.
Po paru godzinach, w cudownych humorach, artyści nasi opuścili przytulny lokal. Nieco chwiejnym krokiem z żalem, że niestety obowiązek wzywa, ruszyli do teatru.
Przedstawienie szło cudownie, skrzyło się dowcipem. Widownia raz po raz wybuchała salwami śmiechu. Trójka naszych gwiazd przeróżnymi gierkami i powiedzonkami ubarwiała Szekspirowski tekst. W pewnej chwili jeden z nich, był nim Grabowski, odsunąwszy na bok kolegę, rzekł:
– Tiepier ja!
I wyszedłszy na proscenium, z wielką swadą wygłosił swój monolog.
Rozległy się śmiechy i brawa. Reżyser przerażony jednak tym, co się dzieje na scenie, stał bowiem cały czas za kulisami nerwowo gryząc paznokcie, nie wytrzymał i kazał spuścić kurtynę. Po czym wyszedłszy przed nią, blady, drżącym głosem przeprosił publiczność, tłumacząc całe zajście niedyspozycją aktorów.
Na tym owa słynna premiera się zakończyła. Następnego dnia w prasie pewien znany krytyk, także słynący z dowcipu, napisał, że wczoraj na premierze Wieczór trzech króli wydarzyła się rzecz bez precedensu. Kiedy znakomici aktorzy osiągali szczyty swojego kunsztu, okraszając genialnie grane przez siebie role iście szekspirowskim humorem, na scenę wszedł jakiś niezupełnie trzeźwy, na ciemno ubrany pan i… odwołał spektakl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.