Eugeniusz Bodo w anegdocie

Helena Grossówna wspominała w wywiadzie dla „Filmu” z 1983 roku:
– Odpoczywałam, gdy ktoś inny miał scenę. Szłam wtedy do garderoby, troszeczkę drzemałam…A jedzenie? Miałam wtedy gosposię, przychodziła o dziesiątej ze śniadaniem. A wie pan, co przynosiła? Dużą kiść winogron, jakieś dziesięć deko szynki, jedną bułeczkę, a herbatę miałam na miejscu… Dobre śniadanie, prawda? I nie tuczące. Przynosiła też obiad, moja gosposia smacznie gotowała. Bodo zawsze wtedy przylatywał:
– Co masz na obiad?…
Mówię: Pyzy mam, kotlet…
– Kotleta nie, ale pyz parę daj!…
Bo matka przysyłała mu tylko befsztyk i dużo sałaty, żeby nie tył… Ja miałam dużo ruchu, więc jeść mi się chciało!

***

Po szalonej szampańskiej kolacji w pięknej salce pod Italią  – Bodo wraca z jedną z pań autem do domu. Jadą, jadą – w pewnym momencie Bodo, ocknąwszy się, z błędnej zadumy, puka gwałtownie w szybę do szofera.
– Hallo,  gdzie jesteśmy?
– Na szosie wilanowskiej, proszę pana.
Bodo marszczy brew dumnie:
– Nie pytam o szczegóły… pytam w jakiej części świata!!!

***

Podsłuchane. Rozmawiają dwaj filmowcy:
– Kręci pan?
– Owszem.
– Z Dymszą, Eichlerówną, z Bodo?
– Nie z forsą…

***

Pan Goliński fryzjer, jest już stary i bardzo powolny. Pewnego dnia przychodzi do zakładu popularny artysta kabaretowy p.  Eugeniusz Bodo, który chce być ogolonym. Goliński uporał się z tym w ciągu pół godziny.
– A zresztą, niech mnie tan również ostrzyże! – mówi klient.
Goliński zbiera się do roboty. Obwija klienta białą, długą togą, kreci coś przy śrubkach, kicha kilka razy, szuka gdzieś nożyczek i wreszcie zabiera się do strzyżenia. I strzyże… I strzyże…
Nareszcie skończył. I Bodo pogładził się po twarzy i rzekł:
– Sądzę, że już czas powtórnie się ogolić

***

…Eug…B… tak śpiewa o swojej zapalniczce:
„A to się tak zacina…”

***

Eugeniusz Bodo twierdzi, że wypił w swoim życiu MORZE CZARNE kawy.

***

Bodek i Dymsza mają dziwny zwyczaj. Gdy spotykają się w kawiarni, to całują się wzajemnie w… rękę. Następnie Bodek wdzięcznie spluwa w kapelusz i przylepia go do ściany, budząc zrozumiałą sensację wśród publiczności.

***

„Gorączka czeska” udzieliła się również Eugeniuszowi Bodo, który wsłuchując się w „czeskie gadanie” Dymszy, oświadczył:
– Będę musiał ożenić się z Czeszką.
– Dlaczego?
–Bo jak będę w złym humorze, to tylko poproszę żoneczkę, żeby mi „mluvila” po czesku… To wystarczy.

***

Jeden z naszych sympatycznych, lecz nie odznaczających się wybitna inteligencją aktorów skarżył się w Adrii:
– To okropne! W nowej farsie powierzono mi rolę idioty!
– Ależ to świetnie – pociesza go Bodo. – Możesz przynajmniej nie przychodzić na próby.

***

Bawiący na występach w Łodzi znany artysta Eugeniusz Bodo, w godzinach wieczorowych odbył krótki spacer po ulicy Piotrkowskiej. W jednej chwili dookoła popularnego amanta filmowego zgromadziły się takie tłumy ciekawych, że artysta ukrył się w jednej z większych cukierni.
Przed cukiernią stały wytrwale tłumy kinomanów, szturmując wejście po autografy.
Gdy Bodo wymknął się bocznymi drzwiami – wielbiciele i wielbicielki jego – rozpoczęli prawdziwy pościg za artystą.

***

Sympatyczny i popularny artysta rewii stołecznej oraz bohater szeregu filmów polskich Eugeniusz Bodo – ma wśród wielu talentów – niesłychaną zdolność do robienia „kawałów”.
Onegdaj spotykamy go w Leo-Filmie, gdzie gra do obrazu Uroda życia.
Bodo siedzi zamyślony.
– Nad czym pan tak rozmyśla? 
– Opracowuję swoją nową rolę.
– Czy został pan zaangażowany?
– Wkrótce otrzymam engagement za granicę, gdzie będę „nakręcał” scenę do filmu dźwiękowego.
– Och! Czy to trudna rola?
– Trudna i odpowiedzialna. Będę robił… czkawkę.

***

B…o miał się kiedyś odezwać do przyjaciela:
– Znowu chcę jechać do Australii…
– Ty byłeś już w Australii??? – dziwi się przyjaciel.
–  Nie, ale już chciałem.

***

W czasie  pobytu w Warszawie uczestników zjazdu „Polaków z zagranicy”, najpopularniejszy aktor polski oprowadzał swoich kolegów-artystów z Ameryki po stolicy i pokazywał im wszystkie gmachy teatralne. Gdy zatrzymali się przed Teatrem Letnim, jeden z gości dyrektor teatru w Ameryce spytał:
– A co to za rudera?
– To Teatr Letni, – informował Bodo – stary teatr.
– Jak długo budowano go? – pyta zaciekawiony gość.
– Podobno pół roku trwała budowa – odpowiedział Bodo.
– Co? Pół roku? – zdumiał się dyrektor. – U nas w New Yorku takie kurniki są stawiane w ciągu jednego dnia.
Bodo słysząc to spochmurniał. Pragnął zrewanżować się swojemu zagranicznemu koledze i gdy przechodzili obok Teatru Wielkiego, na zapytanie dyrektora, jaki to gmach, odparł obojętnie:
– Niestety, nie mogę pana o tym poinformować, bowiem gdy przechodziłem tedy rano, jeszcze tego gmachu nie było.

***

Lena Żelichowska słynie z niepunktualności. Razu pewnego umówiła się na rendez-vous w Adrii ze znanym artystą rewiowym Eugeniuszem Bodo. Popularny Bodek czekał cierpliwie na kapryśną gwiazdkę i w końcu zamierzał już odejść, gdy w tem na sali ukazuje się Żelichowska, zbliża się do Bodo, przez krótka chwilę mu się przypatruje i wreszcie wybucha gniewem:
– Panie Geńku, pan mnie lekceważy, pan przyszedł na randkę nieogolony!
– Ależ Lenko, – tłumaczy Bodo – słowo Ci daję, że się ogoliłem, tylko zanim się ciebie doczekałem, broda mi urosła.

***

Loda Halama wspominała:
Wróciłam więc do kraju, aby zacząć kręcić film „Kocha, lubi, szanuje” z Eugeniuszem Bodo, z którym – notabene – przyjaźniłam się. Razem zdawaliśmy kiedyś egzamin szoferski i razem braliśmy u Carpentiera lekcje fechtunku i boksu. Był zabawny, kiedy przed wejściem na scenę rugał garderobianego, że coś tam z kostiumem jest nie w porządku. Brzmiało to mniej więcej tak:
– Coś ty tu narobił, do cholery ciężkiej. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! – i już był na scenie.
Czy to dla zasad religii, czy ze zwykłego przesądu, ale zawsze przed wejściem na scenę żegnał się zamaszyście.

***

Bodo posiadał niewyczerpaną fantazję w wymyślaniu różnych dowcipów. Pewnego razu znalazł się w jednej ze znanych warszawskich restauracji razem z Ludwikiem Lawińskim. Postanowili zażartować z kelnera, kiedy ten przyszedł po zamówienie:
– Proszę zamówić dla nas dwie porcje kalabraki.
– Co proszę ? – spytał zaskoczony kelner.
– Dwie porcje kalabraki – powtórzył Bodo.
– A może by panowie wzięli coś z karty?
– Nie będziemy wybierać z karty, skoro mamy apetyt na kalabraki – uparł się Bodo.
Zakłopotany kelner udał się po kucharza, kucharz po kierownika, ten zaś polecił kelnerowi poinformować jak najuprzejmiej gości, że kalabraki już zabrakło. Rozochoceni powodzeniem kawału aktorzy zamawiali kalabraki po całej Polsce i cieszyli się widząc zestresowanych restauratorów. Aż pewnego dnia w Radomiu spotkała ich niespodzianka. Tamtejszy kelner po otrzymaniu zamówienia na dwie porcje kalabraki oświadczył uprzejmie:
– Służę panom – i po upływie kilku minut postawił na stole półmisek z potrawą. Aktorzy z bardzo głupimi minami przekonali się, że jest to bigos wymieszany z gulaszem. Natychmiast zawołali kelnera.
– Co pan nam tu podał – zapytał groźnie Bodo.
– Kalabraki, proszę szanownego pana, dwie porcje – odparł kelner.
– Co? To paskudztwo nazywa pan kalabraki?
Kelner ze zgorszeniem pokręcił głową:
– Jak to dobrze, że nasz szef kuchni nie słyszał tego, co szanowny pan powiedział. Kalabraki to jego chluba. Nikt w Polsce nie potrafi tak dobrze przyrządzać tej potrawy.

***

Pewnego razu Bodo wszedł z Sambo do sklepu, a przerażone ekspedientki i klientki uciekły w kąt z piskiem na widok potężnego doga arlekina. „Drogie panie, spokojnie – odrzekł Bodo. – Nie ma się czego bać. On już dzisiaj zjadł jednego człowieka na śniadanie”.

***

Adolf Dymsza miał z wyczaj mówić kolegom: „Gra pan jak Bodo! Dlaczego? Bo do du…”.

***

Jeden z kelnerów Ziemiańskiej, zaangażowany z tzw. prowincji, nie rozpoznał Eugeniusza Bodo. Wił się w lansadach, bo nie wiedział, jak go ma tytułować. Wybawił go z opresji sam Bodo, mówiąc:
– Młody człowieku, nie męcz się dłużej i mów mi po prostu Boże.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.