Artysta Roland zabity

Mirela Tomczyk

JAK TO SIĘ MOGŁO WYDARZYĆ?!
Okładka nutowa tanga
On nie powróci już z teatrzyku Morskie Oko

W nocy z 25 na 26 maja 1929 roku (z soboty na niedzielę) po zakończeniu rewii Warszawa w kwiatach granej w Morskim Oku artyści: Eugeniusz Bodo, Witold Konopka-Roland, Nina Oldyńska (inne doniesienia dziennikarskie mówią o artystce o nazwisku: Nina Oldyska, Nina Ordyńska, Zofia Oldyńska, Zofia Ordyńska, Zofia Irdyńska, B. Ordyńska, Olga Ordyńska) oraz bracia inżynierowie Michał (kierownik Szkoły Samochodowej inż. Tuszyńskiego, ul. Krakowskie Przedmieście 4) i Marian (sekretarz tej samej Szkoły Samochodowej) Reczkowie udali się na wycieczkę do Poznania. Chcieli odwiedzić Powszechną Wystawę Krajową i wrócić jeszcze tego samego dnia – w niedzielę na godz. 18, aby zdążyć na wieczorne przedstawienia w teatrzyku. PWK odbywała się pod patronatem prezydenta Ignacego Mościckiego w dziesiątą rocznicę niepodległości Polski i miała przedstawić pełen wachlarz polskich osiągnięć, zarówno tych gospodarczych, organizacyjnych, jak i kulturalnych. Reszta aktorów pożegnała odjeżdżających wycieczkowiczów, jak wspomina Ludwik Sempoliński, sentymentalnym tangiem On nie powróci już, które było wykonywane przez Witolda Rolanda w rewii Warszawa w kwiatach.

„Głos Polski” z 1929 roku relacjonuje sam moment wyjazdu: „Bezpośrednio po finale artyści szybko przebrali się w stroje podróżne, wyszli przed teatr, gdzie oczekiwało ich auto.

Publiczność wychodziła jeszcze z teatru.

Widok ulubieńców publiczności w strojach automobilowych wzbudził nie lada zainteresowanie.

– Dokąd jedziecie? – spytał ktoś ze znajomych.

– Do Poznania! Na wystawę! – odpowiedział Bodo.

Wśród radosnych okrzyków samochód, kierowany przez pana Bodo, ruszył w drogę”.

Według jednej z relacji artyści wyruszyli około godziny 1 w nocy dopiero po posiłku zjedzonym w bufecie kabaretu, ale „Głos Polski” informował, że zanim ekipa ruszyła do Poznania, najpierw udała się do mieszkania Bodo na ul. Warecką 9, a dopiero stamtąd o 12.30 wyjechali w stronę Poznania. Zważywszy że to Jadwiga Dylewska przyrządziła synowi ekwipunek na drogę, ta druga wersja wydaje się wielce prawdopodobna.

Po fakcie Andrzej Włast powiedział: „Podróż w obie strony zabiera 16 godzin czasu, to wypada, że na pobyt w Poznaniu mieliby około godziny czasu. Mimo tej ścisłej kalkulacji, zaryzykowano tę szaloną wyprawę, w tajemnicy przede mną” („Ilustrowana Republika” 1929).

Za kierownicą usiadł Eugeniusz Bodo, świeżo upieczony kierowca (prowadził samochód od miesiąca), w swoim zakupionym dwa tygodnie wcześniej 6-cylindrowym, czterodrzwiowym kabriolecie torpedo Chevrolet nr W.23642. Wybór marki samochodu, którego montaż General Motors rozpoczął w Polsce w 1928 roku, nie jest przypadkowy. Jak wiemy, Bodo był żywą reklamą w blasku fleszy dziennikarskich, co chętnie wykorzystywali producenci, oferując mu bezpłatnie lub z dużymi upustami swoje wyroby. Koncern motoryzacyjny Chevrolet dokładnie opracował kampanię promocyjną i tak Bodo zaśpiewał w rewii Morskiego Oka piosenkę Chevroletka zgrabna jak kobietka, której nuty zostały wydane nakładem General Motors w Polsce:

Okładka nutowa foxtrota Chevroletka zgrabna jak kobietka z teatrzyku
Morskie Oko

Chevroletka zgrabna jak kobietka,
Chevroletka bóstwo i kokietka.
Wzięła mnie swą linią i swą siłą,
Z nią używam sobie, że aż miło!
Chevroletka sześciocylindrowa!
Chevroletka oto pasja nowa!
Gdy mnie dręczy cierpień nawał i życiowych burz,
Chevroletką jadę i już!

 

(muz. Z. Karasiński i S. Kataszek, sł. A. Włast)

 

Dlatego nasuwa się przypuszczenie, że wyprawa na tak prestiżowe wydarzenie jak Powszechna Wystawa Krajowa nie była całkowicie spontaniczna, a miała na celu kryptoreklamę samochodu. Chevroletowi zresztą Bodo pozostał wierny. Pokutuje też przekonanie, że Bodo po tej eskapadzie nigdy już nie zasiadł za kierownicą, jeżdżąc tylko z kierowcą. Nie jestem o tym przekonana…

„Głos Polski” z 1929 roku napisał, że Bodo do tej pory tylko po mieście jeździł sam, natomiast na dłuższe wycieczki wyjeżdżał zawsze razem z kierownikami szkoły, którzy nauczyli go jeździć. I dodaje, że „w tym samym towarzystwie jeździł do Kazimierza nad Wisłą, do Pułtuska, do Góry Kalwarii i do Czarnej Strugi”. Co ciekawe, znajdują się w tym artykule dwie sprzeczne informacje: „P. Eug. Bodo w ogóle prowadzi samochód od miesiąca” i kilka akapitów dalej: „P. Bodo jest zapalonym automobilistą i sport ten uprawia już od dwóch lat”.

Dymek z papierosa. Moje wspominki kabaretowe Ludwik Sempoliński
Państwowe Wydawnictwo Iskry
1959 rok

Trzeba dodać, że w Morskim Oku „na skutek ogólnej koniunktury ogarnięta szałem automobilowym większość zespołu kupiła sobie auta” – o czym napisał Ludwik Sempoliński w książce Wielcy artyści małych scen.

Wypadek zdarzył się około godz. 2.15 w nocy w niedalekiej odległości od Łowicza, na 68 km od Warszawy. Bodo ten odcinek przebył w godzinę i dziesięć minut, stąd przypuszczenie, że musiał pędzić z szybkością 70 km/h. Aktor jednak zapewniał, że jeżeli nawet rozwinął prędkość samochodu do 60 km/h, to tylko na prostych odcinkach, natomiast w momencie katastrofy samochód nie przekraczał 20 km/h. Michał Reczko podczas rozprawy sądowej potwierdził, że tuż przed wypadkiem samochód mógł jechać od 20 do 40 km/h. Jednak świadkowie pechowej nocy, panowie Rajfeld i Gala, którzy widzieli pędzące auto, mieli tak wtedy podsumować tę sytuację: „Na pewno wywalą się do rowu” („Nowiny Codzienne” 1932). A „Dziennik Płocki” z 27 maja 1929 roku, czyli dwa dni po katastrofie napisał: „Kiedy siedzący przy kierownicy p. Bodo wyprowadził samochód na prostą szosę i chciał wzmocnić szybkość – jak nam później opowiadał – miał złe przeczucie”. W trakcie akcji ratunkowej nadjechał autobus relacji Warszawa–Poznań, który na został wyminięty przez chevroleta w Błoniu; na pokonanie tej samej drogi autobus potrzebował aż godzinę więcej.

Bracia Reczkowie wrócili w niedzielę do Warszawy pociągiem, a Eugeniusz Bodo i 19-letnia tancerka Nina Oldyńska pojechali samochodem. Czyim? Czyżby Chevrolet podstawił inny samochód dla Bodka?

Zmarłego Rolanda przywieziono do Warszawy rano 27 maja.

Tadeusz Olsza, Witold Roland, Eugeniusz Bodo

W pierwszej kolejności – z opowiadań poszkodowanych – o wypadku dowiedzieli się koledzy z teatrzyku Morskie Oko, potem wieść rozeszła się po kawiarniach, by dotrzeć do reszty warszawiaków. Pojawiła się plotka, że Bodo ma złamane obie nogi. Prasa zareagowała na tę sensację dopiero w poniedziałek rano, z ulgą informując, że Bodo jest zdrowy i był na tyle silny, iż zagrał w dwóch wieczornych niedzielnych spektaklach. Po pierwszej euforii dziennikarze i społeczeństwo zaczęło sobie zadawać pytania, jaką psychikę musi mieć aktor, skoro po tak tragicznych wydarzeniach jest w stanie odśpiewać radosną piosenkę na przedstawieniu… Jednak, jak opowiadał „Ilustrowanej Republice” dyrektor Włast, za kulisami wcale nie było tak radośnie. Bodo zemdlał podczas pierwszego przedstawienia, a wszystkie aktorki nieustannie płakały, wspominając miłego kolegę.

Dochód jednego z przedstawień Warszawy w kwiatach został przekazany rodzinie. 

 

WYPADEK

Przed samym Łowiczem trwały prace remontowe mostu na Bzurze, więc główna szosa została zamknięta dla ruchu drogowego. Samochody były kierowane objazdem, ulicą Korabka Długa, drogą poboczną, krętą, wybrukowaną „kocimi łbami”, nieoświetloną i bez znaków ostrzegających, która stanowiła „pułapkę dla automobilistów, biegnie bowiem po wysokim nasypie i nagle skręca pod prostym kątem, choć słupy telegraficzne idą dalej w prostej linii” („Ilustrowana Republika” 1930).

„Głos Poranny”
R. 1, 1.06.1929, nr 116 [właśc. 117]

„Znalazłszy się na ul. Korabka, Bodo, który z uwagą prowadził samochód, zmniejszył szybkość do 30–40 kilometrów na godzinę, lecz mimo to, zdezorientowany ciemnością i brakiem znaków ostrzegawczych, wprowadzony przy tym w błąd idącymi w prostej linii słupami telegraficznymi na oświetlony plant kolejowy, nie mógł w porę dojrzeć drugiego skrętu” („Ilustrowana Republika” 1930).

Potem relacje dziennikarskie różnią się szczegółami, ale na ich podstawie można zrekonstruować przebieg wypadku w miarę prawdopodobnie.

Pierwszy zakręt na ul. Korabka Bodo „zdołał przejechać szczęśliwie, na drugim jednak zakręcie nastąpiła katastrofa” („Słowo Pomorskie” 1932). Oba były praktycznie pod kątem 90˚. Przed drugim zakrętem droga wznosiła się lekko, więc światła samochodu mogły nie oświetlić jej dokładnie. Aktor zeznał, że zauważył drugi ostry skręt na 2 metry przed nim, ale „było już jednak za późno, zahamowanie nie pomogło i po chwili wóz jak z procy wyleciał z szosy, druzgocząc drzewko przydrożne, a palik, którym było podparte, odrzucając na 25 metrów.

W tym miejscu szosa przecina tor kolejowy, tworząc trójkąt nasypów, miedzy którymi znajduje się wielki rów o bardzo stromych skarpach. Głęboki on na 3 i pół metra, i napełniony wodą. Auto nie wywróciło się od razu, lecz jeszcze 10 metrów sunęło po trawie na zamkniętych hamulcach, o czym świadczą głębokie bruzdy” („Głos Poranny” 1929).

Wszystko musiało się dziać w błyskawicznym tempie. Bodo, jadący w nocy po nieznanej sobie drodze, zobaczył równy rząd słupów telegraficznych i w dalekiej odległości migoczące światła, jak się później okazało, oświetlające nasyp kolejowy. Uznał, że ulica prowadzi prosto i przyspieszył. Jednak droga skręcała ostro w prawo i lekko podnosiła się do góry tuż przed zakrętem, więc światła samochodu oświetliły niebo. Gdy Bodo, na dwa metry przed skrętem, zaczął gwałtownie hamować i próbował wprowadzić auto w zakręt, tyłem samochodu zarzuciło i wpadł on w niekontrolowany poślizg, wypadając z drogi ubitej z „kamiennych głów”. Należy pamiętać, że przed wieczorem w tej okolicy padał deszcz. Auto sunęło po mokrej trawie jeszcze około 4 metrów poboczem skarpy w dół, a gdy znalazło się w klinie łączących się nasypów, drogowego i kolejowego, przewróciło się, przygniatając artystów. Podróżni stracili przytomność.

 

Zdjęcie pochodzi ze strony internetowego tygodnika its.pl

Pierwsza wyczołgała się spod chevroletu Nina Oldyńska, która pomimo wybitego obojczyka (lub złamanej ręki) przebiegła około 180 metrów i dotarła do browaru, gdzie zaalarmowała dyrektora inż. Henryka Reinecke. Oboje wrócili na miejsce wypadku, ale Reinecke nie miał siły, aby sam podnieść samochód, który zaklinował się między nasypami. Z wnętrza wciąż dochodziły jęki Eugeniusza Bodo i Witolda Rolanda. Reinecke wyciągnął rewolwer i wystrzelił kilka razy w powietrze, co zaalarmowało dróżników kolejowych i rybaków (Wacław Błocki, Jan Szkob, Franciszek Pisarek), który dopiero po około 10 minutach zjawili się zaniepokojeni.

Bracia Reczkowie wyczołgali się spod auta bez trudu, ale aby wyciągnąć Bodo, ratownicy musieli wyrąbać drzwi samochodu. Aktor doznał okaleczenia głowy i z trudnością oddychał, gdyż pod samochodem miał przygniecioną klatkę piersiową. A jednak wyciągnięty krzyczał: „Mnie nic nie jest, ratujcie Rolanda!” („Głos Poranny” 1929).

W ciągu kolejnych minut wyciągnięto i Rolanda, ale ten już był w stanie agonalnym. Miał złamane kręgi szyjne kręgosłupa i pękniętą tętnicę szyjną. Nie odzyskawszy przytomności zmarł po 10 minutach. Dyrektor Włast powiedział „Ilustrowanej Republice”: „dzięki naszym staraniom zwłoki prokuratura zwolniła od sekcji”.

„Robotnik” R. 35, 27.05.1929, nr 148

Wszystkimi poszkodowanymi zajął się na miejscu, przybyły z Łowicza, doktor Wielobicki. Rannych o godz. 3.05 zabrał do szpitala w Łowiczu wspomniany wcześniej autobus. Tam zajął się nimi naczelny lekarz, dr Antoni Hiler. Zwłoki Rolanda przewieziono do kostnicy szpitala św. Tadeusza w Łowiczu kilka godzin później, po zakończeniu czynności policyjnych.

Od 4 nad ranem ciekawscy okoliczni mieszkańcy zebrali się przy miejscu katastrofy, pilnie śledząc poczynania służb miejskich i policji.

W niedzielę po południu do Łowicza przyjechała zrozpaczona żona Witolda, Halina Konopka-Roland z domu Malinowska, córka właściciela sklepu z rękawiczkami przy ul. Nowy Świat 53, a także „były prezes Związku Artystów Scen Polskich pan Śliwiński i grono artystów” („Echo” 1929).

 

POGRZEB WITOLDA ROLANDA
Zdjęcie płyty nagrobnej rodziny Konopków ze strony Urzędu Miasta Warszawy

30 maja 1929 roku o godz. 10.30 w kościele Św. Krzyża odbyło się uroczyste nabożeństwo żałobne za duszę i wieczny odpoczynek Witolda Konopki-Rolanda. Duchownym, który je poprowadził był ks. Stefański.

W kościele, oprócz rodziny i najbliższych, zebrały się tłumy – wielbiciele talentu aktora, spore grono znajomych ze środowiska teatralnego, a także osoby ciekawskie i żądne sensacji.

„Trumna spoczywała na wysokim katafalku w środku głównej nawy, otoczona kwieciem i jarzącymi się światłami. Przy trumnie zajęli miejsca matka oraz najbliższa rodzina zmarłego, koledzy, władze ZASP-u. Na chórze śpiewali soliści Opery.

Po skończonym nabożeństwie trumnę wynieśli na ramionach koledzy zmarłego, po czym kondukt wyruszył, kierując się na cmentarz Powązkowski.

Nad grobem przemawiali: prezes ZASP-u, p. Bojanowski, p. Sempoliński imieniem kolegów zmarłego, Tadeusz Frenkiel oraz dyrektor Włast imieniem dyrekcji teatru Morskiego Oka” („Głos Poranny” 1929).

 

PROCES
„Ilustrowany Kuryer Codzienny” 27.05.1932, nr 145

Proces w sprawie wypadku wzbudził ogromne zainteresowanie. Jego przebieg śledzili nie tylko dziennikarze, ale i większość społeczeństwa. Było to zrozumiałe: popularni artyści warszawscy, niejasne okoliczności wypadku i śmierć młodego aktora…

Ale zanim się odbyła rozprawa, Eugeniusz Bodo zjawił się osobiście w kancelarii Trzeciego Wydziału Karnego Sądu Okręgowego w Warszawie z prośbą o wyznaczenie jej „w ten sposób, iżby miał możliwość wyjechania do Afryki, dokąd wybiera się w najbliższym czasie. Zatem, albo przed wyjazdem, albo po powrocie.

Sąd przychylił się do prośby i zdecydował wyznaczyć termin rozprawy po powrocie oskarżonego w maju przyszłego roku” („Głos Poranny” 1931).

Przewodniczącym składu sędziowskiego został sędzia Duda, a jego członkami panowie Szyszko i Kramer. Oskarżał wiceprokurator Petrusewicz. Obrońcą Eugeniusza Bodo został Mieczysław Goldstein. Pełnomocnikiem wdowy po Rolandzie był adwokat Kroński. Obrońcami urzędników magistratu miasta Łowicza zostali adwokaci M. Jarosz i H. Domański.

Na ławie oskarżenia, wbrew pierwszym przypuszczeniom, zasiedli nie tylko Eugeniusz Bodo-Junod, ale również burmistrz miasta Łowicza, dr Kazimierz Bacia, który wyjaśnił, że nie może być odpowiedzialny za stan drogi, ponieważ półtora miesiąca wcześniej (2 kwietnia 1929 roku) odszedł ze stanowiska. Zresztą obejmując stanowisko burmistrza w 1927 roku, zastał drogę w stanie budowy. „Droga, na której zdarzyła się katastrofa, była w stanie półużytkowym, nie była ukończona zupełnie, magistrat musiał ją oddać do ruchu kołowego wobec zamknięcia innej drogi, prowadzącej przez most. Nasypy, wysokości 4 metrów, na których zbudowana jest droga, były pod stałą opieką inżyniera komunikacji, a sama droga budowana była również przez inżyniera” („ABC” 1932).

Oskarżeni o niedopilnowanie swoich obowiązków zostali również wiceburmistrz Józef Drzewiecki i ławnik magistratu miasta Łowicza Piotr Czerwiński. Urzędnikom zarzucono „współwinę w katastrofie samochodowej, spowodowanej złym stanem dróg na terenie m. Łowicza” („5-ta Rano” 1932). Co ciekawe, żaden z nich nie umiał odpowiedzieć na pytanie o powierzchnię Łowicza.

„Światowid” R. 9, 4.06.1932, nr 23 (408)

Bodo zjawił się na rozprawie sądowej 23 maja 1932 roku w eleganckim ciemnym garniturze, z brodą „à la szejk”, którą zapuścił na potrzeby filmu Głos pustyni.

Żaden z oskarżonych nie przyznał się do winy. Obrońcy magistratu zarzucali Bodo, że jechał brawurowo, bez zapalonych reflektorów (tak zeznał świadek Reichert, pracownik młyna), a także, że prawdopodobnie wypił alkohol przez wyruszeniem w drogę. Tłumaczyli się też, że „zbyt późno otrzymali pismo starostwa o skierowaniu ruchu samochodowego drogą okrężną” („IKC” 1932), dopiero dwa dni po tragicznym wypadku.

Bodo zeznał „głosem zwykłym, nie teatralnym, dotychczas mało znanym publiczności” („ABC” 1932), że przed podróżą sprawdził samochód, który był w pełni sprawny; większą szybkość rozwijał jedynie na szerokiej, prostej drodze i nie przekroczył 60 km/h, a na ul. Korabka Długa jechał najwyżej z szybkością 20 km/h. „Gdybyśmy jechali szybciej, nikt nie wyszedłby z życiem z tej katastrofy” („Nasz Przegląd” 1929). Stanowczo zaprzeczył, jakoby przed wyjazdem i w trakcie jazdy ktokolwiek z podróżnych pił alkohol. A światła miał na pewno zapalone, dawały one oświetlenie na jakieś 5 m. „Dojechawszy do mostu, zauważyłem, że droga jest zagrodzona, przy czym napis informował, że należy jechać na prawo ulicą Korabka Dolna. Ta droga jest mi całkowicie nieznaną, toteż jechałem z szybkością małą. Muszę zaznaczyć, że trasy naszej wycieczki do Poznania nie znałem, układał ją siedzący obok mnie p. Reczko. Zmniejszyłem prędkość do 20 km. Skręciwszy w prawo, zauważyłem rząd słupów i małe światełka migocące w prostym kierunku. Nacisnąłem więc pedał i zacząłem rozwijać większą szybkość… W tym trakcie wydarzyła się katastrofa. Nie mogę sobie przypomnieć żadnych szczegółów, pamiętam tylko jedno, że nie było żadnych znaków ostrzegawczych na drodze” – relacjonowało proces „ABC” z 1932.

Bodo miał też zeznać, że był zmęczony po dwóch przedstawieniach.

Mieszkańcy Łowicza: Ignacy Łapiński, Stachurski, Jan Szkob i Lewandowski, którzy zjawili się na miejscu wypadku jako jedni z pierwszych, zeznali, że wokół samochodu były porozrzucane butelki, ale nikt ze świadków nie umiał powiedzieć czy znajdował się w nich alkohol, czy inna substancja.

„Nowiny Codzienne”
R. 1, 24.05.1932, nr 24

Natomiast posterunkowy Brzeziński, sprowadzony przez adwokata Domańskiego, zeznał, że od wszystkich uratowanych pasażerów było czuć alkohol. Na te słowa zareagował oburzony Bodo: „Stwierdzam kategorycznie, że nikt z nas nie pił alkoholu tego wieczoru. Kiedy znalazłem się przy samochodzie już po katastrofie, poprosiłem o podanie mi czegoś do napicia się. Posterunkowemu, który stał w pobliżu, powiedziałem, żeby podał mi butelkę. Policjant ten odrzekł jednak, że butelki dać mi nie może, ponieważ to złożone będzie do dowodów rzeczowych. Powiedziałem mu wówczas, że tam jest kawa i kazałem mu dla przekonania się spróbować” („IKC” 1932). Ów policjant miał spróbować i uspokojony podał Bodo butelkę, bo rzeczywiście była tam kawa.

Jednak posterunkowy Brzeziński twardo trwał przy swoim zdaniu, że wszyscy uczestnicy wypadku byli pijani.

Jadwiga Dylewska, będąca kolejnym świadkiem, zeznała, że wiedziała o wycieczce syna i dlatego przygotowała mu na drogę prowiant, który składał się z gęsiny, jajek, trzech butelek z kawą, termosu z herbatą i butelki nasięku z wiśni. „Następnie świadek oświadcza, że syna swego pijanego jeszcze nie widziała i w ogóle nie pije on” („IKC” 1932). Sam Bodo mówił, że w butelkach znajdowały się kawa i kwas.

Sekretarz Morskiego Oka, pan Oldak, zeznał, że w bufecie nie ma alkoholu, więc aktorzy nie mogli urządzić sobie pożegnalnej libacji, a wycieczkę do Poznania planowano od dawna. „Żadnej kolacji nie było, każdy tylko coś przekąsił” mówił Bodo w sądzie („ABC” 1932).

Michał Reczko zeznał, że Bodo wsiadł do samochodu „wprost ze sceny, a na scenie wszak pijanym być nie mógł” (Kurier Warszawski” 1932). Reczko siedział obok kierowcy i też nie zauważył skrętu. Samego momentu wypadku nie pamiętał.

Nina Oldyńska zapewniała, że Bodo nigdy nie pije alkoholu. W zdenerwowaniu nie umiała opowiedzieć przebiegu samego wypadku, jednak zeznała, że podczas jazdy siedziała na tylnym fotelu między Rolandem a Marianem Reczko, a tuż przed poślizgiem Roland wstał ze swojego miejsca i wypatrywał źle oświetlonej drogi.

Świadkowie Wilemborski i Józef Cichy, ogrodnicy odpowiedzialni za sadzenie drzew wzdłuż drogi, wyjaśnili ich rolę w wytyczeniu trasy.

„Ilustrowana Republika”
R. 7, 27.05.1929, nr 143

Poproszono o konsultację inż. Henryka Liefeldta, znanego kierowcę i eksperta samochodowego, oraz inżyniera komunikacji Ryszarda Münheimera, którzy „zaopiniowali, że Bodo okazał się niedoświadczonym kierowcą. Każde nieopanowanie sytuacji dowodzi winy kierowcy. Biegli uznali tak samo winę magistratu, który nie ustawił znaków orientacyjnych w miejscu fatalnego zakrętu ul. Korabki Dolnej” („Nowiny Codzienne” 1932). Inż. Liefeld zauważył też, że ulica Korabka „nie ma bynajmniej cech ulicy miejskiej. Stąd wynika, że kierowca samochodu nie jest ograniczony co do szybkości jazdy. Biegły Liefeld odrzuca również stwierdzenie niektórych świadków, jakoby samochód był nieoświetlony. Byłoby to niemożliwością. Co do samego wypadku – to według zdania biegłego – brak wszelkich znaków ostrzegawczych mógł spowodować wprowadzenie w błąd” („Kurier Warszawski” 1932).

Münheimer zauważył z kolei, że właściwie nie ma przepisu, który by nakazywał oświetlenie ulicy, co wywołało oburzenie obrońcy – Krońskiego, który zapytał biegłego, co by było, gdyby warszawskie ulice nie były oświetlone. Münheimer uchylił się od odpowiedzi, ale również przyznał, że ulica Korabka nie była przygotowana zgodnie z planem zagospodarowania z 1926 roku, choć magistrat otrzymał na ten cel 10 000 zł kredytu. Wzdłuż niej powinny biec barierki i słupki.

Wyszło też na jaw, że inż. Wojciechowski, który prowadził prace remontowe mostu i który zarządził objazd, nie dopilnował, aby magistrat ustawił zabezpieczające drogę słupy i barierki pomalowane na biało. Tłumaczył się tym, że takie zabezpieczenia dotyczą dróg, a nie ulic w mieście.

Ogółem w procesie wzięło udział około 30 świadków. I przez cały czas podkreślano, że Bohdan Eugène Junod jest obywatelem szwajcarskim.

 

WIZJA LOKALNA
„Głos Poranny” R. 1, 27.05.1929, nr 112

W związku ze sprzecznymi zeznaniami sędziowie Sądu Okręgowego w Warszawie postanowili pojechać na miejsce wypadku i dokonać wizji lokalnej, pomimo że adwokat Jarosz protestował, gdyż, jak twierdził, biegli rzetelnie wykonali na miejscu swoje obowiązki. Mecenas Goldstein wnioskował, aby wizja lokalna odbyła się w warunkach nocnych, ale sąd odrzucił i ten wniosek.

24 maja 1932 roku o godz. 8.30 pociągiem pośpiesznym z Warszawy wyjechali członkowie trybunału, prokurator, przedstawiciel powództwa cywilnego oraz obrońcy oskarżonych Łowiczan. Bodo wraz ze swoim adwokatem Goldsteinem pojechali samochodem.

O godz. 10 przedstawiciele prokuratury zebrali się w miejscu katastrofy. Ul. Korabka Dolna wyglądała zdecydowanie inaczej niż w chwili wypadku, rozstawione były znaki ostrzegawcze, na zakręcie umieszczono pomalowane na biało słupy betonowe. W dzień widoczne były wyraźnie słupy telegraficzne przecinające w poprzek szyny kolejowe.

Bodo jednak nie zdążył na godz. 10 i na samej wizji nie był.

Zrobiono pomiary, a prokurator Petraszewicz wraz z panem Stankiewiczem, kierownikiem wydziału drogowego, przejechali zakręt z szybkością 30 km/h.

Oczywiście, znów zebrała się grupa ciekawskich.

Po wizji lokalnej trybunał udał się do gmachu sądu grodzkiego w Łowiczu, gdzie od godz. 12 przesłuchano miejscowych świadków i odbyła się mowa końcowa prokuratora, który domagał się ukarania burmistrza Baci, wiceburmistrza Drzewieckiego oraz ławnika Czerwińskiego za brak odpowiedniego nadzoru nad bezpieczeństwem przy pracach remontowych. Bodo, zdaniem prokuratora, nie wykazał się czujnością, ale przy ogłoszeniu wyroku należało mieć na względzie tragiczne skutki wypadku. Prokurator uznał, że „Bodo w krytycznym momencie stworzył sobie iluzję drogi prostej i nie szukał drogi właściwej” („Głos Poranny” 1932).

Adwokat Kroński wystąpił o zasądzenie solidarnie od oskarżonych 300 zł na koszty pogrzebu i symbolicznej złotówki za cierpienie moralne wdowy, Haliny Roland.

„Echo” R. 5, 27.05.1929, nr 128

Adwokat Domański, obrońca magistratu Łowicza „dowodził, że wycieczka automobilowa do Poznania była eskapadą ludzi młodych, którzy chcieli pokazać swoją brawurę i przejechać w rekordowo szybkim czasie trasę Warszawa – Poznań – Warszawa i jeszcze tego samego wieczoru z uśmiechem na ustach stanąć na deskach scenicznych” („ABC” 1932).

Drugi z adwokatów broniący przedstawicieli magistratu miasta Łowicza, adwokat Jarosz, poddał analizie przepisy bezpieczeństwa, argumentując, że według nich należałoby jeszcze na ławie oskarżonych posadzić osoby kierujące przebudową mostu na Bzurze i całej drogi, czyli czterech inżynierów.

Wszyscy obrońcy prosili sąd o uniewinnienie swoich klientów. Dr Bacia i pan Drzewiecki oświadczyli, że nie poczuwają się do winy, a Bodo zapewnił, że „jakkolwiek nie uważa siebie za świetnego automobilistę, jakim jest inżynier Liefeld, ale zawsze wykazywał zimną krew i opanowanie” („ABC” 1932). Oskarżone strony przez cały proces starały się wykazać większą winę przeciwnika.

Sala w trakcie rozprawy była przepełniona, ludzie stali na sąsiednich ulicach i w ogródku przy gmachu sądu, aby dowiedzieć się o wyniku rozprawy w pierwszej kolejności. Wielu z gapiących się miało pewnie jedyną okazję w życiu, aby zobaczyć z tak bliska gwiazdy filmowe. Gdy rozpoczęła się narada sądu, która trwała dwie godziny, pensjonarki otoczyły Bodo ze swoimi pamiętnikami, licząc na dłuższą dedykację lub choć sam autograf gwiazdora.

Po ogłoszeniu wyroku, „gdy artysta Bodo odjeżdżał samochodem, maszyna z trudnością przedrzeć się mogła przez zgromadzony tłum, wśród którego najwięcej było kobiet i Żydów” (Kurier Warszawski” 1932).

 

WYROK

O godz. 19.30 ogłoszono wyrok. „Sąd uznał winę wszystkich oskarżonych za uwodnioną i skazał Kazimierza Bacię, Józefa Drzewieckiego i Piotra Czerwińskiego na 3 miesiące więzienia karnego i po 10 zł opłat sądowych oraz Bohdana Junoda-Bodo na 6 miesięcy więzienia i 20 zł opłaty sądowej z zawieszeniem wszystkim kary na 3 lata.

Poza tym na rzecz wdowy po śp. Rolandzie sąd zasądził solidarnie od oskarżonych 301 zł tytułem zwrotu kosztów pogrzebu i strat moralnych” („Dzień Dobry” 1932).

Wdowa wytoczyła również kolejny proces przeciw oskarżonym w sprawie zasądzenia od nich solidarnie alimentów dla nieletniej córki, ale losów tej sprawy niestety nie znam. Jednak należy przypuszczać, że pozew został oddalony.

 

POWÓDZTWO CYWILNE WDOWY
„Ilustrowana Republika”
R. 8, 27.01.1930, nr 26

W warszawskim sądzie cywilnym (oddział XII) od początku 1930 roku toczyła się sprawa przeciwko magistratowi miasta Łowicza o odszkodowanie w wysokości 180 tysięcy zł. Sumę tę wyliczono na podstawie dochodów Rolanda z teatru, filmu i rewii, które wynosiły miesięcznie 2 tys. zł, odliczono jedną trzecią z tego na wydatki niezwiązane z utrzymaniem rodziny, więc roczne przychody sięgały rzędu 18 tys. zł, co po 10 latach dałoby 180 tys. zł.

„Skarga powodowa zaopatrzona jest wnioskiem o przyznanie powódce prawa ubogich, gdyż p. Rolandowa nie posiada funduszów na uiszczenie wpisu sądowego, który wynosi 3600 złotych” („Łowiczanin” 1930). Wdowa po Rolandzie „wystąpiła na drogę sądową przeciwko magistratowi m. Łowicza, uważając, że magistrat ten jest sprawcą tragicznej śmierci jej męża śp. Witolda Konopki-Rolanda” („Ilustrowana Republika” 1930).

Sąd Okręgowy wstrzymał się z prowadzeniem tej sprawy do czasu zakończenia głównego procesu i orzeczenia winy lub uniewinnienia oskarżonych.

1 czerwca 1933 roku Wydział Cywilny Sądu Okręgowego w Warszawie rozpatrywał sprawę Haliny Rolandowej o powództwo cywilne przeciwko magistratowi miasta Łowicza i, jak podaje „Gazeta Lwowska”, chodziło o kwotę 160 tys. zł, co pewnie było błędem.

Rodzina Rolanda wygrała ten proces. Sąd uznał, że sejmik ponosi odpowiedzialność za zły stan dróg w obrębie jego zarządu i brak znaku ostrzegawczego na 250 m przed ostrym zakrętem. Jednak przyznano odszkodowanie jedynie w wysokości 3400 zł wraz z kosztami. Sąd również zasądził na rzecz ZUPU kwotę 8600 zł wraz kosztami i procentami.

Halina Rolandowa zaznaczyła w swoim powództwie, że „nie można winić p. Bodo, który uczynił wszystko, co było w mocy ludzkiej, by zapobiec wypadkowi” („Ilustrowana Republika” 1930).

Niestety, zasądzenie tej kwoty nie oznaczało wcale, że magistrat Łowicza tę sumę wypłacił. W 1937 roku „Polska Narodowa” donosiła, że Halina Roland do tej pory nie dostała ani złotówki od miasta i suma ta wraz z odsetkami urosła do 7200 zł. Magistrat zwrócił się do Komisji Oszczędnościowo-Oddłużeniowej z prośbą o „skreślenie tej należności”, na co Komisja przystała. Umorzyła odsetki i rozłożyła Łowiczowi spłatę kwoty 3400 zł na 10 lat.

 

APELACJA
„ABC” R. 7, 7.12.1932, nr 357

7 grudnia 1932 roku z inicjatywy samego Eugeniusza Bodo odbyła się kolejna rozprawa, ale tym razem w Sądzie Apelacyjnym. Prokurator żądał podwyższenia kary, a obrona umorzenia sprawy na podstawie ogłoszonej niedawno amnestii. Sąd Apelacyjny przychylił się do zdania obrony. Amnestią objęci zostali również urzędnicy magistratu miasta Łowicza.

 

 

BŁĘDNE INFORMACJE O WYPADKU

W związku tym, że Nina Oldyńska zeznała, iż Roland w momencie wypadku stał, w kilku gazetach pojawiła się informacja, że wypadł z samochodu i został znaleziony kilka metrów dalej. I tutaj również zaczynają się sprzeczne doniesienia. W jednych nie żył już, gdy dotarli pierwsi ratownicy, według innych żył jeszcze kilka minut i powiedział: „Wydobywajcie innych – mnie nic się nie stało” („Głos Polski” i „Rzeczpospolita”).

Plotka głosiła, że samochód Bodo zderzył się czołowo ze stertą kamieni lub nasypem, co spowodowało jego wystrzelenie w górę i koziołkowanie.

 

O WITOLDZIE ROLANDZIE
„Teatr i życie wytworne” R. 3, 1929, nr 4-5

Witold Roland był synem znanego, zmarłego w 1928 roku, aktora Teodora Konopki-Rolanda i wybitnej aktorki Heleny Rolandowej. Ukończył szkołę handlową Jeżewskiego, studiował na Politechnice na Wydziale Architektury, a w chwili wypadku miał 32 lata. Podczas wojny polsko-bolszewickiej służył w ułanach krechowieckich. Na tydzień przed śmiercią otrzymał stopień podporucznika w rezerwie. Osierocił żonę, siedmioletnią córeczkę oraz matkę. Witold był również zapalonym automobilistą, ale – jak zauważa Włast – „przed pół rokiem kupił sobie – z naszą pomocą – mały samochód, w którym jeździł z zawadiacką brawurą; kłaniając się znajomym, puszczał np. luzem kierownicę itp.” („Ilustrowana Republika” 1929). Pierwsze kroki na scenie Roland stawiał w teatrach na Pomorzu, potem występował przez dwa lata w Teatrze Letnim w Warszawie, następnie przez pół roku w teatrze Ćwiklińskiej i Fertnera, by na końcu zająć miejsce w trupie teatrzyku Morskie Oko.

„Straszną śmierć Rolanda odczuliśmy głęboko, był to bowiem najmilszy, złoty chłopak, który nie miał wrogów. Zawsze pełen przygody i młodzieńczego humoru miał żywiołową werwę i fantazję zwycięskiej młodości, która, kto wie, czy nie przyczyniła się do jego tragicznej śmierci. Boć przecież szaleństwem było jechać do Poznania nocą, by na następny dzień na godz. 6 już być z powrotem w Warszawie” – mówił dyrektor Andrzej Włast „Ilustrowanej Republice” zaraz po wypadku.

 

ŁOWICZ RAZ JESZCZE
Plenery filmu Paweł i Gaweł
z 1938 roku, FINA

Eugeniusz Bodo wrócił do Łowicza jeszcze raz, ale już w 1938 roku, aby na rynku nakręcić plenery do filmu Paweł i Gaweł. Być może była to spłata moralnego długu wobec miasta, które miało problemy finansowe ze względu na zobowiązania wobec Haliny Roland.

A 8 października 2016 roku na kamienicy, która zagrała dom, gdzie mieszkali Paweł i Gaweł zawisła tablica upamiętniająca to wydarzenie. W uroczystości wziął udział Antoni Królikowski, aktor odgrywający rolę młodego Eugeniusza Bodo w nieudanym serialu Bodo.

 

 

NIE OSĄDZAM…

Nie potrafię ukryć swojego uwielbienia do Eugeniusza Bodo i to pewnie widać w każdym moim artykule o Bodku. Jednak staram się pozwolić mówić wszystkim świadkom i nikogo nie pomijać. Jeżeli widać w tej relacji sympatię i wyrozumiałość dla Eugeniusza Bodo, to tylko dlatego, że ówczesne gazety stały za nim murem.

Okoliczności wypadku są jasne, dyskusyjne pozostaje jedynie, czy wycieczkowicze byli pijani, choć wszystko wskazuje na to, że jednak nie.

Nie udało mi się ustalić czym był „nasięk z wiśni”, o którym wspominała Jadwiga Dylewska, a Bodo nazwał „kwasem”. Czy to był jedynie gęsty sok z wiśni? Czy może niskoprocentowy alkohol nie traktowany w latach dwudziestych jak wódka? Nie wydaje mi się, aby matka zapewniająca, że syn był trzeźwy, jednocześnie w sądzie przyznawała, że dała mu nalewkę z wiśni. Jeżeli wiecie, napiszcie do nas.

Myślę, że był to po prostu splot wielu nieszczęśliwych okoliczności. Jak można wyczytać z wielu artykułów, Bodo bez braci Reczków nie ruszał się poza Warszawę. Co świadczy o tym, że był niedoświadczonym, ale jednak ostrożnym kierowcą.

A co Wy sądzicie o tym wypadku? Czekamy na wasze komentarze pod tym artykułem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.