„Głos pustyni”, czyli afrykańskie przygody (1932)

Mirela Tomczyk

program kinowy

Po sukcesie Bezimiennych bohaterów spółka B.W.B. Film postanowiła sięgnąć po kolejny ambitny projekt. Adam Brodzisz był pod ogromnym wrażeniem afrykańskich przygód swojego przyjaciela, Kazimierza Nowaka, kapitana polskiej marynarki handlowej, „który zawsze tyle cudownych rzeczy miał mi do opowiedzenia o Afryce, że rozpalił we mnie już dawno chęć zobaczenia «czarnego lądu». Zwłaszcza przy nakręcaniu filmu Wiatr od morza w Gdyni, dwa lata temu, nasłuchałem się opowiadań Kazia, który wówczas ładował tam węgiel na eksport do Włoch i Afryki. Zacząłem marzyć o Afryce na dobre” („ABC Nowiny Codzienne”, 1932). I tak namówił Bodo i Waszyńskiego do realizacji filmu w Afryce.

Artyści zwrócili się do prof. Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego, niezwykle popularnego podróżnika, działacza politycznego i dziennikarza, autora wielu poczytnych powieści egzotycznych, z prośbą o napisanie dwóch scenariuszy, których akcja będzie osadzona w Afryce. Ossendowski bardzo chętnie podjął się tego wyzwania. Dziennikarzowi z „Kina” w lutym 1932 roku powiedział, że oba scenariusze zostały przez spółkę przyjęte i ruszyły przygotowania do wyjazdu.

W pierwszym filmie, o tytule Cienie pustyni, mieli grać Jadwiga SmosarskaEugeniusz Bodo, bohaterami drugiego filmu, zatytułowanego Podmuch samum, mieli być Adam Brodzisz, Maria Bogda i Witold Conti. Brodzisz grający polskiego arystokratę, który uciekł do Maroka, aby zaciągnąć się do Legii Cudzoziemskiej, poznał arabską piękność, tancerkę, graną przez Norę Ney, która nazwała go „Sidi o smutnych oczach”. Bohater jednak zainteresował się piękną Amerykanką, w którą wcieliła się Maria Bogda. Zazdrosna tancerka wydała swojego ukochanego w ręce bandytów, jednak Polakowi udało się uciec i dotrzeć do Biskry, gdzie znalazł list Amerykanki, w którym wyznała mu ona swoją miłość i napisała, że pojechała na pustynię, aby ratować go z rąk zbirów. Legionista wyruszył na poszukiwania ukochanej. Zerwała się burza piaskowa, bohaterowie się szukali, a gdy nagle burza ustąpiła, to wpadli sobie w ramiona. Happy end.

Eugeniusz Bodo i Witold Conti na warszawskim dworcu,  NAC

Honorarium Ossendowskiego wynosiło sześć tysięcy zł płatne w kilku ratach. Zaliczkę w wysokości dwóch tysięcy zł wypłacono mu natychmiast. Koszt całego przedsięwzięcia wyceniono na dwieście tysięcy franków.

Nie wiadomo, w którym momencie spółka B.W.B. Film postanowiła zmienić swoje plany i z dwóch filmów zrobić jeden. Tym razem scenariusz napisał Eugeniusz Bodo (Adam Brodzisz w wywiadzie udzielonym dziennikarzowi „ABC Nowin Codziennych” powiedział, że scenariusz napisał Bodo z Waszyńskim), ale Ossendowski cały czas patronował przedsięwzięciu i wyjechał z ekipą do Algierii. Był bardzo pomocny przy organizowaniu pracy filmowców, załatwianiu spraw z przedstawicielami władz miejscowych i rozmach z mieszkańcami Biskry. Dzięki niemu w scenie batalistycznej wzięło udział 1500 konnych spahisów (francuskie oddziały wojskowe składające się z Europejczyków i Arabów) oraz pieszych Senegalczyków wraz z dowodzącymi nimi oficerami. Poza tym ekipie towarzyszyły przez cały czas dwa oddziały francuskich wojsk regularnych, pomimo formalnego zakazu francuskiego ministerstwa wojny wypożyczania regularnych oddziałów imprezom filmowym do zdjęć batalistycznych. Ossendowski zadepeszował do francuskiego ministra wojny, który po dwóch dniach odpowiedział i zalecił Francuzom udzielić polskiej ekipie filmowej wszelkiej pomocy.

Dzięki znajomościom Ferdynanda Ossendowskiego ekipa filmowa weszła z kamerą do café „Maure” w El Kantarze, gdzie „występują tancerki Ouled Nail z plemienia, którego córy uprawiają zawodowo taniec i miłość do wynajęcia” („Świat”, 1932). Filmowcy dzięki niemu podpatrywali również codzienne życie zwykłych Arabów.

Ossendowski spędził z ekipą w Afryce prawie półtora miesiąca. Wrócił wcześniej do Polski i zajął się kampanią reklamową filmu, udzielając wywiadów i publikując w czasopismach wspomnienia z wyjazdu.

Być może wpływ na zmianę planów związanych ze scenariuszem miał fakt, że to Eugeniusz Bodo sprawował pieczę nad finansami całego przedsięwzięcia. Pisał: „Wieczór odjazdu upłynął dla mnie w koszmarze liczb. (…) Patrzyłem z trwogą i czułością na te bezradne dzieci, jakimi są Brodzisz i Maria Bogda, Nora Ney, Steinwurzel i Conti, widząc poza każdym z nich cyfry dziennego utrzymania, tańczące kolumny znaków, sarabandę walut. Kochane twarze odprowadzających, tłumnie zgromadzone postaci przyjaciół naszych i sympatyków, ich okrzyki pożegnania i życzenia sukcesów przesłoniła mi zasłona gazowa cyfr, chybotliwa i niedostępna. Przyjaciele, wybaczcie mi!” („Dobry Wieczór”, 1932).

Maria Bogda i Nina Biernacka w jednej ze scen filmu, NAC

27 lutego 1932 roku o godzinie dwudziestej drugiej (lub 28 lutego o godzinie dwudziestej drugiej czterdzieści pięć) wyruszyła pociągiem z Polski ekspedycja filmowa do Afryki. W jej skład weszli: Eugeniusz Bodo, Nora Ney, Adam Brodzisz, Maria Bogda, Witold Conti, Michał Waszyński, Seweryn Steinwurzel oraz Dorota Dylewska. Ekipa wystarała się o paszporty ulgowe, ale w Polsce nie dostali żadnych zniżek kolejowych. Dopiero w Afryce koszt podróży potaniał dzięki nim o 50%.

 „Waszyński, entuzjasta, rozprawia z żarem i ferworem, który najzwyklejszym jego powiedzeniom nadaje wagę i doniosłość; Brodzisz dziwaczy i odpowiada monosylabami; Maria Bogda tuli się zmarznieta w płaszcz, mimo że jest gorąco jak w kotłowni okrętu; Nora Ney, płomień, który zwinął się kłębek, strzela skrami niespokojnych spojrzeń; Conti rozpłaszcza czoło o szybę okien; jedynie Steinwurzel dodaje nam otuchy optymistycznym spokojem swojego uśmiechu”  – wspominał Bodo („Dobry Wieczór”, 1932). Granicę polsko-niemiecką ekipa przekroczyła w Zbąszynie.  Po kilku dniach dotarli do Paryża, gdzie czekał na nich prof. Ossendowski, „duchowy ojciec scenariusza Głosu pustyni i mentor naszej ekspedycji” („Dobry Wieczór”, 1932).

Tak Eugeniusz Bodo dziękował później profesorowi: „Wielostronny pisarz, wybitny znawca Wschodu, umysł o lwim pazurze i człowiek o gołębim sercu, był naszym Wergiliuszem po kręgach afrykańskich i w wielu wypadkach naszym mężem opatrznościowym. Na obczyźnie dopiero uprzytomniliśmy sobie rozpiętość i zasięg jego sławy. W całym szeregu sytuacji autorytet jego rozplątywał powikłania, usuwał przeszkody i prostował nam drogi. Na dźwięk jego nazwiska francuscy dygnitarze przybierali życzliwy uśmiech, mówiąc: «Je sais, l’illustre ecrivain…»1” („Dobry Wieczór”, 1932).

Po trzech dniach ruszyli do Marsylii, gdzie wsiedli na statek „Sidi Brahim” należący do Compagnie des Messageries Maritimes, płynący do Algieru. Podróż trwała 28 godzin, a statkiem mocno rzucało. Jedynie Bodo, Waszyński i Conti nie ulegli chorobie morskiej. „Brodzisz klnie w żywy kamień, wymyślając na morze i łupinę, zwaną okrętem. Steinwurzel z kwaśną miną oświadcza, że rewiduje swój stosunek do Conrada. Panie wychodzą z kajut dopiero pod wieczór, blade i omdlewająco wolne. Mimo wszystko zaczynają się zarysowywać na tle mlecznego nieba sylwetki par oparte o burtę. Miłość zwycięża chorobę morską?”  – wspominał Bodek („Dobry Wieczór”, 1932).

Adam Brodzisz jako sierżant Milczek
i Nora Ney jako Dżemila, żona szejka, NAC

Na przystani, zaraz po zejściu na ląd, nasi bohaterowie zostali szczelnie otoczeni przez drobnych handlarzy,  tragarzy, wyłudzaczy i złodziei. Na szczęście udało im się wyrwać z tej hałastry bez uszczerbku na zdrowiu i portfelu.

Kilka godzin później spotkali się z byłym polskim konsulem honorowym p. A. Rozée, który podczas całego pobytu ekipy filmowej w Algierii pomagał im pokonywać trudności.  Wśród osób, które Bodo życzliwie wspominał byli: pułkownik Labbé, kapitanowie Burot de Lille i Jardell, porucznik Roquin, sierżant Delacour, mer miasta i jednocześnie komisarz policji Schmitt. Kapitan Burot de Lille zaprosił ekipę filmową do siebie i poczęstował ich lodami własnego wyrobu. Natomiast porucznik Vial, który miał żonę Polkę i świetnie mówił po polsku, kiedyś tak się zagadał z Bodo na terenie koszar, że gdy podszedł do niego podwładny i o coś go spytał po francusku, ten odrzekł mu odruchowo po polsku. Zdezorientowany podoficer „wybałuszył oczy”, na co Bodo i porucznik Vial wybuchnęli śmiechem.

Twórcy filmowi, spragnieni wrażeń, w pierwszej kolejności po przybyciu do Afryki wybrali się na zwiedzanie dzielnicy Algieru, Kasby, która do połowy XIX wieku była siedzibą korsarzy. Przespacerowali przez uliczki arabskie, trafili na zaułek z domami uciech, w końcu usiedli w gwarnej i zadymionej kawiarni. Gdy w progu pojawili się dwaj przystojni, świetnie zbudowani, jasnowłosi podoficerowie, Norze Ney wyrwało się: „Jacy oni przystojni!”. Panowie zatrzymali się, zasalutowali i wtedy jeden z nich najczystszą polszczyzną odpowiedział: „Dziękujemy za komplement”. Reszta towarzystwa bardzo żałowała, że nie mieli aparatu, bo chętnie by uwiecznili zaskoczoną minę Nory Ney.

Ekipa w końcu wyruszyła do Biskry, gdzie miały rozpocząć się zdjęcia do filmu. Bodo podczas podróży pociągiem wdał się w rozmowę po francusku z pewnym Arabem, który miał dosyć dużą wiedzę o Polsce. Okazało się, że ekipy  filmowe nie są niczym nadzwyczajnym w Algierze, ale filmowcy z dalekiej Polski wzbudzili zainteresowanie.

Na dworcu w Biskrze Polacy znów zostali otoczeni przez różnego typu naciągaczy, z trudem udało im się wyrwać z tłumu. Zamieszkali w Hôtel du Sahara oferującym kuchnię francuską. Właściciel hotelu, pan Jean-Jean, udzielił naszym artystom kilku cennych wskazówek dotyczących rozmów z tubylcami, którzy zostali rozpieszczeni przez turystów i ekipy filmowe. Nasi bohaterowie nazwali Biskrę „ichnim Otwockiem”.

„Myśmy nie byli turystami. Przyjechaliśmy pracować. Więcej – stworzyć film, którego tło afrykańskie, koloryt lokalny i byt arabski miały być autentycznie niepodrabiane. A więc zadaniem naszym było nawiązać kontakt z ludnością, zjednać sobie sympatię i zaufanie, wślizgnąć się w łożysko arabskiego życia” – wspominał Bodo („Dobry Wieczór”, 1932).

Eugeniusz Bodo wybrał się wieczorem do podrzędnej dzielnicy Biskry w celu zdobycia oryginalnego stroju arabskiego, który miał nosić w filmie. Spotkał staruszka w typie mędrca z bajek Szeherezady, z którym rozmawiał przez godzinę w kawiarni. Staruszek nie tylko pomógł znaleźć Bodkowi idealny strój, ale także nauczył aktora go nosić. „Po kilku dniach Arabowie na ulicach Biskry brali mnie za wybitnego szejka i dostojnika, i witali mnie głębokim ukłonem, chyląc głowę na piersi i przykładając rękę do serca. Turyści przystawali na mój widok, spoglądali na mnie z wytężoną ciekawością i respektem, obstrzeliwali mnie kodakami i rysowali do szkicowników” – opowiadał aktor („Dobry Wieczór”, 1932). Bodo wspominał również, jak jakaś Niemka na ulicy wykrzykiwała na jego widok, że musi to być wielki pan. Gdy grzecznie wyjaśnił jej po niemiecku, że jest polskim aktorem, była wyraźnie rozczarowana. Arabki zachwycały się „Quel joli Arabe!”2 na widok bladego lica aktora i czarnej brody z opadającymi wąsami.

Rdzenne mieszkanki Biskry nie wierzyły, że uczerniona Nora Ney jest Europejką. Myślały, że ich siostrze udało się zrobić karierę wśród białych i prosiły ją o protekcję. Dopiero kiedy dotykały jej policzka i na ich rękach pozostawał makijaż, to się dawały przekonać.

W pierwszych dniach pobytu w Biskrze Bodo z Waszyńskim wyruszyli na spacer po pustyni, aby wybrać plenery do filmu. Nie zaznajomieni z pustynią stracili się z oczu, choć stali blisko siebie…

Po długich rozmowach zostały przez nich wybrane charakterystyczne oazy: Sidi-Okba, Bu-Saada, Bab-el-Darb i Sfa. Nie ulegli sugestiom prof. Ossendowskiego, który namawiał ich na pokazanie dziewiczego krajobrazu gór kabylskich. Filmowcy wykręcili się, przekonując Ossendowskiego, że w Polsce i tak nie uwierzą, że to „prawdziwa Kabylia i powiedzą złośliwie, iż «nabraliśmy» publiczność, robiąc zdjęcia po kryjomu… pod Zakopanem!” („Kurier Warszawski”, 1932). Zresztą filmowcy od początku wyprawy żartowali, że publiczność będzie przekonana, iż te wszystkie plenery były kręcone w Wołominie.

„Kino” R. 3, 24.05.1932,
nr 17

Ekipa wyjechała do Touggourt, aby tam nakręcić scenę napadu na karawanę. Niestety, gdy filmowcy dotarli na miejsce, okazało się, że wszystkie karawany wyruszyły już w drogę. Arabski asystent filmowców M’Saud zaproponował, aby wysłać posłańca na szybkobieżnym wielbłądzie, by zatrzymał ostatnią karawanę. Tak też zrobili. Bodo stanął przez starcem z długą siwą brodą i grzecznie zapytał, czy jego karawana mogłaby wziąć udział w filmie. Starzec popatrzył na karabiny trzymane przez statystów i wyraził wątpliwość, czy aby strzały kinowe są bezpieczne? Po długiej rozmowie udało się go przekonać na tyle, że entuzjastycznie zaangażował się w scenę napadu na karawanę.

W El Kantara filmowcy z kolei znaleźli zarośla kłujących fig berberyjskich, które również tworzą tło w Głosie pustyni.

Prof. Ossendowski w swoim scenariuszu nie nazwał postaci Nory Ney i tak już pozostało podczas kręcenia scen. Wprawdzie w końcowej fazie jej postać dostała imię – Djemilla, ale wiąże się w tym „bezimieniem” miła historia. Cała ekipa siedziała pewnego wieczoru w kasynie w Biskrze w towarzystwie szejka i kilku arystokratów arabskich. Na pytanie szejka o imię bohaterki Nora Ney popadła w zakłopotanie. Szejk odpowiedział: „«Moim zdaniem pani powinna nazywać się Oreida, co po naszemu znaczy róża». A powiedział to z taką galanterią i elegancją, jakiej nie powstydziłby się europejski causeur. I tak oto związana zostałam z imieniem Oreida nie tylko w filmie, ale i w życiu, bo ilekroć spotykałam na ulicy któregokolwiek z tych panów, witał mnie zawsze słowami: «Bonjour, madame Oreida!» To było miłe i onieśmielające. W ogóle muszę stwierdzić, że każdy zeuropeizowany Arab jest bardzo kulturalny i dobrze wychowany” – wspominała aktorka („Kino”, 1932).

„Kino” R. 3, 22.05.1932, nr 21

W filmie jest scena modlitwy muzułmanów, którzy przed wyruszeniem na świętą wojnę, proszą Allaha o zwycięstwo. Scena ta przysporzyła Waszyńskiemu i Bodo sporo kłopotów. M’Saud wyjaśnił, że modlitwa jest świętym obrzędem i nie może zostać sprofanowana grą przed kamerą. Ale po chwili namysłu zasugerował, że jedynie mułła mógłby rozgrzeszyć współwyznawców. Filmowcy postanowili odwiedzić duchownego i przekonać go do swojej artystycznej wizji. Mułła ich wysłuchał i przyznał, że jest taka możliwość. Wspomniał amerykańskich filmowców, którzy – złożywszy dar w wysokości pięciu tysięcy franków – dostali odpuszczenie grzechu dla swoich statystów. Bodo z Waszyńskim, zażenowani, zaczęli się wycofywać, tłumacząc, że są filmowcami z Europy, gdzie szaleje kryzys. Że jednak nie zamierzają ostatecznie „robić zamachu na święty zakon Mahometa” („Dobry Wieczór”, 1932). Bodo poradził sobie w inny sposób. Poprosił M’Sauda, aby przyczepił mu do turbanu dwie czerwone przepaski na znak tego, że był dwa razy w Mekce.

„Kino” R. 3, 1.04.1932, nr 18

„Statystom naszym, a swoim rodakom powiesz, że przybywa do nich znakomity szejk i hadżi Abdallah, wracający z Mekki. Że mają mnie przywitać z należną mi czcią i ściśle według ceremoniału. Że za staranne i wzorowe powitanie otrzymają po pięć franków więcej za dzisiejszy dzień. Zrozumiane?

M’Saud wyszczerzył zęby w szelmowskim uśmiechu:

– Tak, sidi, tak!… to będzie zupełnie jak modlitwa!” – wspominał Bodo („Dobry Wieczór”, 1932).

Witold Conti spędzał wolne chwile na wycieczkach krajoznawczych. Pewnego razu wybrał się w góry Atlasu, aby się wygrzać w słońcu i opalić. Położył się i zamknął oczy, kontemplując w ciszy, gdy nagle usłyszał trzepot skrzydeł. Nad nim zataczały kręgi dwa orły, które systematycznie zniżały swój lot. Conti natychmiast zareagował i zaczął głośno gwizdać, co wystraszyło ptaki. Trochę przeraziła go ta historia.

Bodo miał w filmie scenę, w której uciekał przed Brodziszem i musiał wyskoczyć z okna z wysokości pierwszego piętra. Dopiero po czwartym ujęciu Steinwurzel był zadowolony. Bodo pewny siebie zaczął prowokować kolegę, że mógłby jeszcze tak skakać kilka razy. Steinwurzel zastanowił się i poważnie odrzekł, że chętnie by nakręcił skok z drugiego pietra. Bodo rozejrzał się i, nie zauważywszy żadnego dwupiętrowego budynku w okolicy, odrzekł butnie: „Mogę!”. Niestety, Steinwurzel wypatrzył gdzieś taki budynek i cała ekipa ruszyła w jego stronę. Na szczęście dla Bodka pierwsze piętro okazało się jedynie niskim parterem, a drugie – niewysokim piętrem. Wyraźnie rozczarowany Seweryn Steinwurzel westchnął: „No… twoje szczęście…”.

„W następnej scenie uciekam na koniu przed ścigającym mnie Contim. Witek mnie dopędza biegiem, wskakuje z tyłu na siodło i – sensacja nieprzewidziana w drehbuchu! (scenariusz filmowy – M.T.) – siodło pęka, Conti i ja degrengolujemy z mknącego rumaka na ziemię, gdzie w jakimś filmowym natchnieniu staczamy zaciętą walkę. W mózgu kłującą iskrą wiruje mi myśl: czy aby Steinwurzel kręci?…

Kręcił z właściwą sobie sumiennością i zimną krwią. Mam wrażenie, że gdyby lew nagle wyskoczył z głębi Sahary i rzucił się na nasze skłębione ciała, Steinwurzel uznałby to jedynie za dobrą gratkę dla operatora” – pisał Bodo dla „Dobrego Wieczoru” w 1932 roku.

Witold Conti nie miał dobrych relacji z miejscową ludnością. Jak wytłumaczył jeden z Arabów Bodkowi, wynikało to stąd, że Conti od samego początku odnosił się do nich obojętnie. Conti wspominał w jednym z wywiadów groźną historię, jaka mu się przytrafiła pewnej nocy. Usłyszał dwukrotne skrzypnięcie okiennic. Usiadł na łóżku i bacznie obserwował okno. Gdy zobaczył ręce wsuwające się do pokoju kolbą rewolweru wymierzył ciosy. Ręce natychmiast zniknęły. Conti dla pewności wystrzelił dwa razy w powietrze. Cała sytuacja nie obudziła kolegów i koleżanek z planu. Wszyscy smacznie spali.

Innym razem cała ekipa wybrała się z samego rana na zdjęcia poza Biskrę. Przez kilka godzin padał intensywny deszcz, a miasto okalał mały strumyk, który po deszczu stał się rwącą rzeką. Zmęczeni filmowcy wieczorem nie chcieli uwierzyć, że ta rwąca rzeka kiedyś znów stanie się strumykiem, przez który bez trudu przeszli jeszcze kilkanaście godzin temu. Na szczęście spotkali kelnera ze swojego hotelu, który uspokoił ich i zapewnił, że za kilka godzin rzeka wróci do normalnych rozmiarów. Niemniej noc spędzili na oczekiwaniu pod gołym niebem.

Ekipa filmowa powiększyła się niespodziewanie o pannę Ninę Biernacką, absolwentkę Wyższej Szkoły Dziennikarskiej w Warszawie, która właśnie odbywała podróż po Afryce. Panna Biernacka jako wolontariuszka zagrała razem z Marią Bogdą „przed wspaniałym i malowniczym hotelem Transatlantique i przed kawiarnią, pokazując piękne suknie i dając dwa wesołe, pełne wyrazu epizody filmowe” w Głosie pustyni („IKC”, 1932).

„Kino” R. 3, 2.10.1932, nr 40

W Touggourt, już w drodze powrotnej do kraju, Bodo i Waszyński przechadzali się uliczkami, oglądając wystawy sklepowe. Bodo zwrócił uwagę na niewielką rzeźbę wystruganą w czarnym drewnie, więc przyjaciele weszli do sklepu. Bodo, już doświadczony relacjach handlowych, zaczął oglądać wszystkie przedmioty w sklepie, wyrażając swoje zainteresowanie, a na koniec mimochodem zapytał o figurkę. Gdy sklepikarz wycenił ją na trzysta franków, Waszyński odezwał się po polsku, aby Bodo odpuścił, bo to zbyt drogo. „«A w Warszawie pan to dostanie taniej?…» – wtrąca nagle po polsku, z dobrze nam znanym szmoncesowym akcentem, kupiec «arabski». – A w Paryżu pan to dostanie taniej? (…) Zdębieliśmy. Rodak kontynuował: «– Panowie z Warszawy? Uj, ja już widzę, że panowie są z samej Warszawy, z mojego rodzinnego miasta… Co tam słychać? (…) Mnie jest tęskno do Warszawy». (…) Kupiłem posążek murzyński za sto franków” – opowiadał Bodo („Dobry Wieczór”, 1932). Rodak nazywał się Ajzyk Einstein.

Witold Conti przywiózł do Polski kilka skorpionów, bo – jak twierdził – to „bardzo miłe stworzonka” („Kino”, 1932).

Film został udźwiękowiony w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej. Wersję francuską ukończono w październiku 1932 roku. W 228. numerze paryskiego tygodnika „Cinemonde” artykuł L’Aventure et le gout du risque został opatrzony fotosem z Głosu pustyni. Czytelnicy francuskiego pisma „Ciné-Miroir” dopytywali się o Norę Ney.

Bodo w ostatniej swojej relacji z podróży dziękował całej ekipie: „Cóż powiedzieć o kolegach i towarzyszach pracy, współtwórcach Głosu pustyni? Niech mi wolno będzie złożyć im tutaj hołd najszczerszy, hołd najwyższy, jakim aktor może obdarzyć aktora: dobrze pracowali. Pracowali wytrwale, nie bacząc na rygory i kaprysy afrykańskiego klimatu, na żar tropikalny, na niepogody zawsze nieoczekiwane i dojmujące; pracowali w tempie forsownym, narzuconym koniecznością wykonywania maksimum pracy w minimum czasu; pracowali ochoczo i z młodzieńczą werwą, mimo że warunki bytowania nie zawsze były dogodne i mimo niedomagań, wywoływanych częstokroć zmianą atmosfery i reżimu; pracowali gorliwie i z zapałem, dając z siebie co najlepsze i nie skąpiąc swych talentów” („Dobry Wieczór”, 1932).

Ekipa wróciła do Warszawy pociągiem paryskim 30 kwietnia 1932 roku o szóstej dwadzieścia rano. Podróż powrotna trwała około dwóch tygodni. Podczas tej wyprawy zostało nakręconych kilkanaście tysięcy metrów zdjęć.

Premiera Głosu pustyni odbyła się 29 września 1932 roku w kinie Majestic. Panowała uroczysta atmosfera. Wszyscy filmowcy byli bardzo zdenerwowani. Brodzisz biegał po schodach, Conti ukręcił sobie guzik w marynarce, Nora Ney chwytała Waszyńskiego za kolano, a Bodo powtarzał stare dowcipy.

„Kino” R. 6, 3.11.1935, nr 44

Nora Ney po powrocie do Warszawy zaszyła się w Skolimowie. Od czasu do czasu pojawiała się opalona i uśmiechnięta w Konstancinie, na dancingu w „Elicie”. Maria Bogda podróżowała incognito i tylko od czasu do czasu ktoś donosił, że była widziana w Zakopanem lub w Krynicy. Adam Brodzisz wypoczywał na tarasie „Europy” w Warszawie. Eugeniusz Bodo rzucił się w wir pracy i od razu przystąpił do prób w przedstawieniu „Jim i Jill” w Teatrze Polskim. Witold Conti odpoczywał w Pieninach. Steinwurzel szalał za kierownicą swojego fiata na ulicach Warszawy.

Z produkcją tego filmu wiąże się też afera kryminalna. We Lwowie na początku listopada 1932 roku został aresztowany inżynier Hintzinger, który naciągnął kilkadziesiąt osób na znaczne kwoty pieniężne. Hintzinger puścił w obieg weksle ze sfałszowanymi podpisami, m.in. weksel podpisany przez Janinę Marię Kopaczek (znaną nam jako Maria Bogda), a gdy nadszedł czas spłaty listownie zawiadomił Zofię Frankowską, udzielającą pożyczki, że na poczet zniesienia długu wysłał jej trzysta pięćdziesiąt zł. Oczywiście żadnych pieniędzy nie przesłał. Pani Frankowska wniosła sprawę do Wydziału Śledczego we Lwowie i Hintzingera aresztowano. Jak donosiła „Chwila” z 1932 roku: „W toku dalszych dochodzeń okazało się, że H. pożyczył pieniądze od inż. Aleksandra Frankowskiego, zamieszkałego we Wiedniu, Kunitzgasse 85, kwotę trzy tysiące pięćset zł, wręczając jako pokrycie weksle. Pieniędzy później w dniu płatności nie zwrócił. Jak się okazało, inż. Hintzinger pożyczył z powyższej kwoty wytwórni B.W.B. Film dwa tysiące zł. Pieniądze te zużyte zostały dla pokrycia kosztów nakręcenia filmu Głos pustyni. Jak wiadomo, film ten nakręcony został w Afryce przy współudziale Brodzisza, Nory Ney, Marii Bogdy, i Eugeniusza Bodo. Poza tym inż. H., pożyczył artyście Brodziszowi tysiąc zł. Pieniądze te pochodziły także z sumy trzy tysiące pięćset zł, pożyczonej u inż. Frankowskiego. Zainterpelowany Brodzisz oświadczył, że w dwa dni później zwrócił Hintzingerowi zaciągnięty dług. Również Maria Bogda oświadczyła, że podpisy na wekslach, opiewające na jej rodzinne nazwisko, są sfałszowane”.

„Głos Poranny” z 1933 informował, że w Jerozolimie zakazano projekcji Głosu pustyni ze względu na sceny walki Francuzów z Arabami, ale po interwencji konsula generalnego dr. Kurnikowskiego ten zakaz został uchylony.

Lopek Krukowski tak oceniał film: „Głos pustyni to także jeden z pionierów nowego kierunku. Kręci go Bodo, więc możemy być pewni, że będzie to obraz stojący na wysokim poziomie artystycznym” („IKC”, 1932).

„Kino” R. 3, 8.05.1932, nr 19

W celach reklamowych wytwórnia B.W.B. Film zaangażowała ułanów. Otóż pewnego niedzielnego popołudnia, ulicami Warszawy: Mazowiecką, placem Saskim i dalej Wierzbową przeszła kawalkada wzbudzająca sensację tłumów. Na siwych koniach siedzieli jeźdźcy w białych burnusach i turbanach. Tylko jadący przodem miał na sobie mundur spahisów z oficerskimi odznakami.

Recenzje były umiarkowanie pozytywne lub zdecydowanie negatywne. Film chwalono za świeżość pomysłu, rozmach i odejście od łzawych salonowych historii.

 A ja? Nie potrafię być obiektywna. W końcu to film Eugeniusza Bodo… Ale myślę, że pomimo pewnych dłużyzn film jednak jest wybitny w kontekście ówczesnej kinematografii polskiej.


1Je sais… (franc.) Wiem, sławny pisarz…

2Quel joli… (franc.) Jaki ładny Arab!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.