Józef Węgrzyn w anegdocie

Znany artysta scen warszawskich Józef Węgrzyn pewnego razu posilał się przy bufecie Teatru Polskiego. Raptem podchodzi do niego jakiś jegomość i mocno jąkając się prosi o ogień do papierosa. Węgrzyn podał zapałki i odpowiedział:
– Słu-użę sza-ano-owne-e-emu pa-anu!
Na to jegomość oburzony robi wyrzuty Węgrzynowi, że kpi sobie z jego kalec­twa, bo przecież ze sceny mówi zupełnie normalnie. Wielki artysta spokojnie, lecz ze smutkiem odpowiada cicho:
– Mó-ój pa-anie, cze-ego nie ro-obi się dla chle-eba, na-awet czło-owiek mu-usi mó-ówić be-ez jąka-ania, gdy mu-u za to pła-acą.

* * *

Ze znakomitą rolą w Kresie wędrówki jeździł Węgrzyn po całej Polsce.
Zapytany o powodzenie spektaklu w Radomiu, odpowiedział:
– Wyobraźcie sobie, że mimo kolosalnego powodzenia, ten jeden spektakl w Radomiu nie opłacił mi się. Był tak wielki zjazd z okolicy na to przedstawienie i taki tłok w hotelach, że musiałem z konieczności spać w restauracji, na bilardzie. Nie byłoby to najgorsze, gdyby mi ten paskarz restaurator nie policzył za nocleg od godziny bilardu…

* * *

Suflerzy bywają różni. Bywali i tacy, na których zdaniu polegali nieraz najwybitniejsi aktorzy. Zdarza się to zresztą czasem i teraz. Józef Węgrzyn zaprzyjaźnił się z takim właśnie suflerem. Próby prowadził wybitny reżyser, a Węgrzyn nie mógł znaleźć właściwego tonu dla kreowanej przez siebie postaci. Po jednej z nieudanych prób Węgrzyn zaprosił swego suflera na obiad. Przy którymś już kieliszku sufler spojrzał na mistrza.
– Józiu – rzekł głośniej i szybciej.
Węgrzyn rady usłuchał. Premiera udała się znakomicie.

* * *

Do siedzącego w kawiarni Józefa Węgrzyna podchodzi pewien aktor.
– Co słychać, mistrzu? – zagaduje kłaniając się przesadnie.
Węgrzyn nie przerywa czytania gazety.
– Można się przysiąść?
Węgrzyn unosi brew.
– Ale upał – mówi dalej natręt sadowiąc się na krzesełku obok. – A jak zdróweczko, mistrzu?
Węgrzyn nadal milczy, potrząsa tylko nerwowo gazetą.
– A jak tam, mistrzu, w Polskim?
Wreszcie Węgrzyn nie wytrzymuje i rzuciwszy gazetę prawie krzyczy:
– Coś się pan do mnie przyczepił, tyle ludzi naokoło, a pan do mnie?!

* * *

Józef Węgrzyn pracując z pewnym reżyserem wysłuchał uważnie wielu uwag dotyczących roli, którą miał grać. Długo milczał, wreszcie rzekł:
– Oj, kochany, bo zagram tak, jak pan to sobie wyobraża.

* * *

Kiedy nestorowi sceny polskiej Ludwikowi Solskiemu oznajmiono, że umarł Józef Węgrzyn, żywotny starzec nieco skrzekliwym głosem zapytał:
– Ile miał lat?
– Sześćdziesiąt osiem – odpowiedziano.
– O, to najwyższy czas – stwierdził mistrz.

* * *

Wyobraźcie sobie – opowiada Franciszek Fiszer – co za fenomenalna historia! Stoję przy przystanku tramwajowym, a nie widzę numeru mojego tramwaju (w ostatnich latach życia miał słaby wzrok). Więc zwracam się do jakiegoś jegomościa: „Zechce mi szanowny pan powiedzieć, jak będzie tramwaj na plac Teatralny”. „Z przyjemnością, właśnie też tam jadę”. Jedziemy. Rozmawiamy o teatrze. Powiadam mu: „Mamy tylko dwóch wielkich aktorów – Kazio Junosza i Stefan Jaracz resztato niemożliwa szmira”. Zgodził się. Po wyjściu z tramwaju przedstawia mi się: „Jestem Józef Węgrzyn”.

* * *

Henryk Mamugiewicz, który mówił o sobie: „Henio, złamane życie”, wieloletni pracownik warszawskich teatrów, po wojnie jakiś czas pracował także w Artosie.
Kiedy zmarł Józef Węgrzyn, Manugiewicz poprosił dyrektora owej instytucji o pozwolenie pójścia na pogrzeb wielkiego artysty.
–  Grałem z nim – powiedział wzruszony Manugiewicz, pokazując na dowód zdjęcie z jakiegoś spektaklu.
–  Węgrzyna widzę – dyrektor wskazał palcem – ale gdzie jest pan?
–  Ja grałem wtedy nagrobek – z dumą odrzekł Manugiewicz.

* * *

W Teatrze Polskim miały się rozpocząć próby z Dziadów Adama Mickiewicza. Jeden z kolegów zwraca się do Węgrzyna ze słowami:
– No, ty nie  będziesz miał wile roboty z nauczeniem się roli. Grałeś Konrada chyba już z 500 razy.
A inny kolega, przysłuchujący się tej rozmowie, robi uwagę:
– Jeszcze nie wiadomo. Bo jeżeli to będzie w przeróbce Hemara…

* * *

Afisze rozlepione we Włochach pod Warszawą obwieściły, że dnia 19 marca 1945 roku na tutejszej scenie wystąpi Józef Węgrzyn. Program składał się z dwóch części. W pierwszej mistrz wystąpić miał we fragmentach sztuk klasycznych, w części zaś drugiej w lżejszym repertuarze.
Owego wieczoru sala wypełniona była po brzegi. Przed kurtyną ukazał się młody, uróżowany konferansjer. Po krótkim wstępie zapowiedział mistrza. Kurtyna się rozsunęła i oto wszedł Węgrzyn. Ubrany był w odpowiednio pozszywane czerwone wsypy, które tworzyły kostium Stańczyka. Swoim pięknym głosem rozpoczął dialog z tymże konferansjerem, który pełnił rolę postaci z Wesela.
W pewnej chwili uwagę widowni odwróciły głośne krzyki dochodzące z tylnych rzędów. Ktoś tam kogoś uderzył, ktoś tamtemu oddał. Wreszcie awanturę udało się zażegnać. Na scenie mistrz, jak gdyby tego nie słysząc, „mącił narodową kadź”.
W przerwie zjawili się w garderobie Węgrzyna przedstawiciele władz. Ponieważ był to dzień imienin mistrza, pragnęli złożyć życzenia i podziękować za artystyczne przeżycia. Węgrzyn uśmiechnął się.
– Przeżycia artystyczne – powtórzył. – Był to raczej nie zamierzony początek wesołego wieczoru – dodał. – Teraz dopiero, w drugiej części będzie przewidziany humor, i to w moim wykonaniu.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.