Dlaczego Harry Cort został gwiazdorem filmowym?

Weekendy z reżyserem w zacisznym pensjonacie. Zgnilizna za kulisami toruje ciemnym typom drogę do filmu

„Dzień Dobry” 1935.12.27, nr 357

Przed kilkoma dniami obiegła prasę wieść o aresztowaniu zagranicą znanego na bruku warszawskim „amanta” filmowego, występującego pod pseudonimem Harry Cort. Nie zajmowalibyśmy już dzisiaj uwagi Czytelników tą, w gruncie rzeczy bardzo mierną osobistością, gdyby na przykładzie Harry Corta, false ,,księcia” Bielskiego, nie uwypuklała się zgnilizna, jaka, niestety, panuje w pewnych zakamarkach naszej branży filmowej. Nie jest to zresztą tajemnicą, a raczej jest tajemnicą publiczną, że młodzi, przystojni chłopcy dostają się do filmu, że mieli szczęście wpaść w oko któremuś z reżyserów filmowych. Nie należy jednak rozumieć, że to talent, lub wybitne zdolności tak ujęły reżysera; nie! Jego „sympatie“ dla kandydata na bohatera filmowego wyrastają zazwyczaj na podłożu innym, ściśle powiedzmy, osobistym i nie mającym nic wspólnego ani ze sztuką, ani z filmem.

I w tym kryje się tajemnica wielu miernot aktorskich, które nie wiadomo po co, nie wiadomo dla kogo – zajmują nieraz poczesne miejsce na srebrnym ekranie.

W tym wypadku – było jeszcze gorzej: do grona filmowców, wśród których jest przecież i wielu rzetelnych i pracowitych ludzi, dostał się młodzieniec o typie i upodobaniach gigolaka, obdarzony przy tym bardzo słabym charakterem.

Jeszcze zanim spróbował filmu, zanim zajęli się nim bliżej pewni „przyjaciele – Harry Cort usiłował dostać się do sfer towarzyskich stolicy, ufny w swój wygląd zewnętrzny, swoją ogładę, no i tytuł „księcia”, który przecież w Warszawie tak łatwo wmówić w otoczenie.

Jeszcze przed kilkoma laty młody „książę” doszedł do przekonania, że jest mu koniecznie i zaraz potrzebne auto, a że był to okres powstawania w Warszawie licznych salonów automobilowych – „książę” pod pretekstem zawarcia transakcji próbował coraz to nowe wozy, oczywiście żadnego nie kupując.

Zresztą słaby był z Bielskiego automobilista i miał kilka wypadków samochodowych, a niedawno poważ nie się potłukł.

Dostaje się Bielski wreszcie do filmu. Wpada, jak już rzekliśmy, w oko pewnym panom, którzy znajdują, że Harry Cort ma w sobie iście „książęce warunki” do pewnych, bardzo specyficznych celów. Pod pozorem rozwijania i budzenia w nim talentu – reżyser filmowy p. Z. spędza z Harry Cortem weekendy, w zacisznym pensjonacie pod Warszawą na linii otwockiej.

Idylla trwa, „talent” się rozwija, i mimo protestów fachowej i obiektywnej krytyki, postać Harry’ego Corta ukazuje się kilkakrotnie na ekranie.

Ale młody amant ma „talenty” me tylko w kierunku filmowym i szczęście nie tylko do pewnych reżyserów. Jest „wszechstronny”, a więc kokietuje swoją wiotką postacią i panie, zwłaszcza te bardziej tęgie i już w latach zaawansowane.

„Książę” z filmowej bajki jest nie tylko romantykiem; jest on również i materialistą i widocznie dlatego w jego obecności i przy jego pomocy „zdematerializowała” się biżuteria pewnej pięknej pani. W obawie przed skandalem – pani milczała, ale gdy wreszcie prawda wyszła na jaw – mąż owej pani pokwitował „romantyczność” Biel­skiego siarczystym policzkiem, po którym „książę” musiał na pewien czas zniknąć z Warszawy.

Przy boku oddanego „przyjaciela” rychło się wszakże pocieszył, ale stał się w działaniach ostrożniejszy. Zaczął grasować po prowincji podpisywał panienkom fotosy, szukając przy tym nowych okazji. Widocznie jednak – skończyły się na ziemiach Polski złote czasy dla niebieskich ptaszków. Harry Cort wyjechał za granicę, gdzie mu wreszcie za sprawki, podobne do warszawskich, nałożono kajdanki.

„Amancik” filmowy osiadł za kratkami. Ale co będzie z „opiekunem” Bielskiego, który niewątpliwie ma swój udział w sprowadzeniu młodego chłopca na manowce?

Niestety, nasz kodeks karny jest pod tym względem bardzo liberalny.       

(old.)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.