Jerzy Leszczyński w anegdocie

Opowiadał Jerzy Leszczyński, że kiedy Karol Frycz zamierzał wystawić w krakowskim teatrze Wesele, zaproponował panu Jerzemu, by mu towarzyszył do Węgrców, gdzie wówczas ciężko już chory Wyspiański w swojej skromnej wiejskiej posiadłości przebywał.
Krakowski fiakier dowiózł ich do jego domu. Gości przyjęła dość niechętnie żona autora Wesela. Wprowadziła ich do izby, gdzie w olbrzymim góralskim łożu ujrzeli małą, skurczoną postać.
Wyspiański bardzo się ucieszył. Pytał o panią Honoratę, a kiedy już się żegnali, prosił pana Jerzego, by zdjął z szafy rulon.
– To szkic do portretu pańskiej mamy – powiedział – proszę go jej zawieźć, może się ucieszy.
Kiedy wracali, jesienne ciepłe słońce i rytmiczne postukiwania kopyt końskich uśpiły pasażerów fiakra.
– Ocknąłem się – opowiadał pan Jerzy – i z przerażeniem stwierdziłem brak rulonu. Poszukiwania nie dały rezultatu. Wydawało mi się – kończył opowiadanie pan Jerzy – że słyszę głos Wyspiańskiego:
– Miałeś, chamie, złoty róg!

***

Jerzy Leszczyński grając Papkina we Fredrowskiej Zemście powiedział swoją kwestię:

Podziwienia rzecz jest warta, że uniosłem z sobą jeńca –
Teraz, panie, czekam wieńca.

I nagle stwierdził, że jeńca na scenie nie ma. Młody aktor, grający rolę Wacława, spóźnił się z wejściem.
Bynajmniej nie tracąc kontenansu Leszczyński ciągnął dalej:

Ale mówiąc między nami zostawiłem go za drzwiami.

***

W tejże Zemście, kiedy Jerzy Leszczyński gościnnie występował w roli Cześnika, aktor miejscowego teatru, grający u boku mistrza rolę Dyndalskiego, „sypnął się” i zamiast powiedzieć: „Reumatyzmy jakieś łupią”, powiedział: „gniotą”. Na co Leszcz zamiast kwestii Fredrowskiej: ,,Ot, co powiesz, wszystko głupio”, kiwając głową wycedził: „Ech, ty stary idioto!”

***

Pierwsza sztuka Fanny, grana u Szyfmana, cieszyła się dużym powodzeniem, bo też i obsada była „daj nam Boże”: Ćwiklińska, Leszczyński, Buszyński. Ale właśnie, jak fama niesie, ci znakomici aktorzy uwielbiali grę w karty czy domino w przerwach między aktami albo w wolnych chwilach, podczas spektaklu. W Fanny między prologiem a epilogiem panowie mieli sporo wolnego czasu i właśnie wtedy grali sobie spokojnie w pokera. Pewnego wieczoru hazard zawładnął nimi do tego stopnia, że dopiero głos Kojałłowicza – ówczesnego inspicjenta – wyrwał ich na scenę. Buszyński ma cztery walety, powiada więc:
– Panowie, chować karty, skończymy po epilogu!
Po czym wchodzi na scenę i ma powiedzieć: „Ta sztuka ma wady i zalety”. Myśląc jednak o pokerze powiada:
– Ta sztuka ma zady i… walety.

***

Jerzy Leszczyński uwielbiał robić kolegom kawały. Kiedyś, w krakowskim teatrze, upatrzył sobie pan Jerzy takiego właśnie „śmieszka”. Był to Stanisław Stanisławski. Grając z nim w jednej ze sztuk, doprowadził biednego pana Stasia do takiego stanu, że chciał on uciec ze sceny. Leszczyński zastawił sobą drzwi, mówiąc tekstem, którego w sztuce nie było:
– Jak to, chcesz w takiej chwili mnie opuścić, ty niecnoto!
Stanisławski, dusząc się ze śmiechu, dopadł okna (było ono w dekoracji) i… wyskoczył. Leszczyński złapał się za głowę.
– O Boże! – wykrzyknął. – Wyskoczył z czwartego piętra!
Podczas przerwy, w garderobie, kiedy Stanisławski już ochłonął, spojrzawszy na przyjaciela rzekł tragicznym tonem:
– Jurku, co teraz będzie?
Leszczyński udał zmartwionego.
– Fatalna sytuacja – powiedział – muszę coś wymyślić.
I wymyślił. Kiedy w drugim akcie Stanisławski wszedł na scenę, Leszcz zagrał zdumienie i zwracając się do publiczności wykrzyknął:
– Prawdziwy cud, wylizał się!

***

W krakowskim Teatrze TUR niedługo po wojnie występowały takie tuzy, jak Dulęba, Leszczyński, Ciecierski. W 1947 roku wystawiono Rozbitki Blizińskiego. Leszczyński grał swoją wielką rolę – Strasza. Z nie mniejszą jednak radością i pasją grywał w garderobie z młodszymi kolegami w karty. Uwielbiał hazard. Kiedyś pasjonowała Leszcza sztubacka zabawa polegająca na tym, że ktoś pisał pierwszą i ostatnią literę jakiegoś słowa, kreskami wypełniając brakujące. Należało odgadnąć to słowo.
–  Byliśmy dumni – opowiadał Zaczyk – że mistrz wciągał nas do takiej zabawy. Szczęście sprzyjało mu niebywale. Papierosy, o które grano, wędrowały do papierośnicy mistrza. W budżecie młodych aktorów, niewiele wówczas zarabiających, stanowiły one pokaźną sunnę.
–  Postanowiłem – opowiadał dalej Zaczyk – wymyślić takie słowo, którego by pan Jerzy w żaden sposób nie mógł odgadnąć. Wreszcie mi się to udało. Zaczynało się ono bodaj na „p” i na „a” się kończyło. Leszcz wściekły nie mógł tego rozgryźć. Inspicjent zawołał nas na scenę. Gromkie brawa przywitały wchodzącego na scenę mistrza. Leszcz łypnął na mnie okiem.
–  Słuchaj, czy „r” jest w środku? – wyszeptał.

***

W pierwszych latach po wyzwoleniu w Katowicach znalazłem się w gościnnym domu państwa Z. Jakiż byłem uradowany, gdy pani domu zakomunikowała zebranym, że za chwilę ma przybyć Jerzy Leszczyński, który występował wówczas gościnnie w Teatrze Śląskim. Zjawienie się pana Jerzego wywołało wielkie ożywienie. Był wtedy jeszcze w sile wieku. Czarujący, dowcipny, bawił całe towarzystwo opowiadaniami, dykteryjkami i w miarę wypitych kieliszków opowieści jego stawały się coraz barwniejsze, dawał się bez reszty ponosić fantazji. Byłem urzeczony, nie tylko zresztą ja. Słuchając pana Jerzego, nie mogłem sobie darować, że nie udało mi się zobaczyć go w roli Fredrowskiego Papkina. Mogłem sobie tylko wyobrazić, jak wspaniała musiała to być kreacja. Powiedziałem mu o tym. Leszczyński roześmiał się szeroko i klepiąc mnie po ramieniu niemal wykrzyknął:
– Widziałeś go dziś!

***

Jerzy Leszczyński reżyserował w latach pięćdziesiątych w opolskim teatrze Zemstę Aleksandra Fredry, występując równocześnie w roli Cześnika. Dyndalskiego grał Życki. Starszy pan miał kłopoty z ucze­niem się roli. Sypał się, łatając potknięcia tekstowe niezbyt wybrednymi gierkami. Leszczyński wściekał się i w rozmowie z Andrzejem Strachockim, który do owej Zemsty projektował dekoracje, poddawał ostrej krytyce grę Życkiego. Strachocki próbował bronić aktora, mówiąc, że „to przecież stary ramol”.
– Ramol? Stary ramol?… – Leszczyński spurpurowiał. – On jest o trzy lata młodszy ode mnie! – wykrzyknął.

***

Jerzy Leszczyński w latach pięćdziesiątych grał w pewnej współczesnej sztuce rolę, której grać nie miał ochoty, nie uczył się więc jej na pamięć. Napisał sobie natomiast tekst wszędzie, gdzie to było możliwe. Monolog zaś wykaligrafował na… sztywnych mankietach koszuli.
Na próbie generalnej Leszczyński korzystał z tych pomocy genialnie. Przed premierą zaś garderobiany zmienił mistrzowi owe cenne mankiety. Kiedy doszło do monologu, pan Jerzy w pięknym geście uniósł rękę i spojrzał na odsłonięty mankiet. Spurpurowiał. Śnieżna biel nie skalana była żadną literą. Grał już do końca przy kulisie, w której siedziała suflerka. Kiedy w przerwie wrócił do garderoby, krzyknął:
– Zniszczył mi rolę!
– Mistrzu – spokojnie rzekł garderobiany – zmieniłem tylko mankiety.

***

W roku 1956 w Teatrze Polskim weszły w próby Rozbitki. Jerzy Leszczyński miał powtórzyć swoją świetną rolę Czarnoskalskiego. Mariusz Dmochowski, wówczas początkujący aktor, obsadzony został w roli Maurycego. Na jednej z prób Dmochowski przeciwstawił się propozycjom reżysera Karola Borowskiego. Jego koncepcja roli była inna. Powstał spór. Po próbie Leszczyński przysłał po Mariusza inspicjenta. Kiedy miody aktor wszedł do garderoby mistrza, Leszczyński wskazał mu krzesło.
– Nie kłóć się z Lolkiem – powiedział – słuchaj, co mówi, a rób swoje. A jeśli chodzi o twoją rolę, to wejdź spokojnie, stań bez pośpiechu rozejrzyj się, a potem… potem możesz już zejść.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *