Aleksander Żabczyński w anegdocie

Aleksander Żabczyński opowiadał zabawną wojenną historię, gdy leżał w szpitalu w Campebasse we Włoszech.
Przyszedł do mnie jakiś żołnierz i prosił, żebym mu napisał po włosku list do dziewczyny. Mówię mu, że nie znam zbyt dobrze włoskiego, a on na to:
– Jak to? Przecież pan kapitan grał w filmie włoskim.
Okazało się, że wyświetlali tam zdubbingowany na włoski film Pani minister tańczy, gdzie oczywiście świetnie „mówiłem” po włosku.

***

Mówią, że Aleksander Żabczyński jest do tego stopnia grzeczny i dobrze wychowany, że zanim otworzy pudełko sardynek – puka najpierw trzy razy. 

***

Do wychodzącego z teatru Aleksandra Żabczyńskiego podeszła młoda dziewczyna i wręczyła mu kwiaty.
– O dziękuję – uśmiechnął się popularny, przyzwyczajony do hołdów aktor – te róże są wspaniałe!
– Tak – powiedziała dziewczyna. – Płaci pan trzy złote. 

***

Aleksander Żabczyński, piękny amant przedwojennego filmu, usłyszał kiedyś w kawiarni rozmowę pensjonarek.
– Patrz, Żabczyński! – powiedziała jedna.
Koleżanka jej, rezolutna czarnula, westchnęła zawiedziona:
– Eee… na fotografii jest bardziej podobny. 

***

Najprawdopodobniej w jakiejś garderobie usłyszałem – opowiadał Roman Dziewoński – historię dotycząca pana Aleksandra. Tę o latającej szczęce Żaby. 
Ta latająca szczęka zaintrygowała mnie do tego stopnia, że drżącym głosem zapytałem, dlaczego pan Aleksander bawił się „latającą” szczęką i  o co tu właściwie chodzi. Oświecony zostałem błyskawicznie. Że został ciężko ranny i, chociaż nie wiedzieli, czy pod Monte Cassino, stracił zęby. I czasami, kiedy w SPATIFF-ie… popił sobie, wyjmował sztuczną szczękę, rzucał o podłogę, mówiąc, że przynajmniej to Anglicy zrobili solidnie. I klął ich zdradę, ale przede wszystkim Sowietów. Do tego serwował głośny komentarz dotyczący tego, co działo się w Polsce stalinowskiej.
W rozmowach prywatnych pojawiały się komentarze, że Żaba jest taką gwiazdą, tak znanym aktorem, że chroni go to przed represjami.

***

Ignacy Gogolewski wspominał, że przed spektaklem Achilles i panny pieczołowicie przykładał się do charakteryzacji, chodząc co rusz do ogromnego lustra w holu. Dodatkowo musiał mieć podkręcane włosy.
W tym czasie Aleksander Żabczyński, który był już starszym panem w kwiecie wieku, przed wyjściem na scenę, zawsze brał zajęczą łapkę, która była znakomitym i przede wszystkim podstawowym rekwizytem charakteryzacji, maczał ją w mące, potem kładł na twarz i wychodził na scenę. Tak jak stał, tylko w kostiumie.
– Któregoś dnia, kiedy przyglądał się, jak pieczołowicie zajmowałem się charakteryzacją moich rzęs, – ciągnął swoją historię Gogolewski – zwrócił się w moją stronę i powiedział „po czterdziestce ci to przejdzie” i faktycznie, miał rację, przeszło mi.

***

Żabczyński, już po wojnie, postanowił zażartować z Toli Mankiewiczówny. Wiedział, że będzie szła Nowym Światem, więc umówił się ze znajomym. Tola szła sobie ulicą, a tu z naprzeciwka idzie Żabczyński i mijając ją pięknie się kłania. Tola idzie dalej, a po chwili z naprzeciwka znów idzie spacerkiem Żabczyński i się kłania. Po paru minutach znów. I znów.
Ledwo co minął Mankiewiczównę, wskakiwał do czekającego samochodu, kolega go kawałek podwoził i znów na luzaku szedł, aby przypadkiem natknąć się na Tolę.

***

Podczas kręcenia sceny walca w Manewrach miłosnych ciągle były jakieś problemy techniczne i bez końca musieli go powtarzać. Kręcili tę scenę kilka godzin bez przerwy. Mankiewiczówna wspominała, że jak się wreszcie udało, to czuli się zupełnie jak w pierwszych wersach tej piosenki:
Księżyc za oknem od dawna już zbladł
W oczach wiruje, zatacza się świat…

***

Maria Zielenkiewicz tak wspominała swój ślub z Darkiem: „Na ślub przyszła cała Reduta. Gdy odwróciłam się od ołtarza, zobaczyłam wokół same znajome twarze. Byli aktorzy, prawie cały personel techniczny, ale szczególną uwagę zwróciłam na kilka pań w… czerni. Przyszły na ślub Darka. .. opłakiwać stratę ukochanego”.


***


Dla postaci Karola ze sztuki Nowy Don Kiszot, a ra­czej dla urody Żabczyńskiego, przychodziła do Reduty pewna pani, która za wszelką cenę usiłowała się z nim spotkać. By zwrócić na siebie uwagę, głośno oklaskiwała go w chwilach do tego zupełnie nieodpowiednich. W antraktach zaś lub po zakończeniu spektaklu domagała się wpuszczenia za kulisy. Zmęczony jej natarczywością, świeżo zaślubiony mąż Maryni Zielenkiewicz po­stanowił dać za wygraną, spotkać się z adoratorką i… skutecznie do siebie zniechęcić. Przywitał ją wytwornie, ale gdy się odezwał, jego wielbicielka zanie­mówiła.
– Czu, czu, czu, ję, ję, ję, się, się, się… zaszczycony spotkaniem z panią – dokończył, jąkając się okropnie, Żabczyński.
Po chwili powiedziała:
– Na scenie mówił pan płynnie i z nienaganną dykcją. Skąd ta zmiana?
– Czegóż się nie robi dla pieniędzy – odpowiedział Żabczyński, jąkając się jeszcze bardziej.

Like
1