Loda Niemirzanka. Gwiazdy na weekendzie

„AS” 20.08.1939, nr 34

Loda Niemirzanka podczas letniego wypoczynku w 1939 roku, NAC

Gdyby Dante tworzył swe Piekło w dzisiejszych czasach, nie omieszkałby z wszelką pewnością zainscenizować jednego z obrazów w atelier filmowym, w upalny dzień letni. Byłby to obraz przejmujący grozą i dreszczem. Taki nowoczesny kocioł czarownic, podsycany tysiącami wolt rozżarzonych jupiterów. Leje się ogień z góry, z dołu, tryska strumieniami z boku, z przodu, ogarnia de całego, przenika od pięt do mózgu. Nie wyminiesz mu się, nie uciekniesz nieszczęsny potępieńcze! Na rozkaz wielkorządcy piekieł w osobie wszechwładnego reżysera musisz cały dzionek prażyć się w tej ognistej lawie słońc elektrycznych. Tańczyć, skakać, chociaż pot ciurkiem spływa ci na gors wy krochmalonej koszuli frakowej, a najcieńszy jedwab wykwintnej toalety zamienia na kostium kąpielowy prosto „spod rynny”. Musisz prawić czułe słówka, roztaczać urok najsłodszych uśmiechów, gdy najchętniej zgrzytnąłbyś z rozpaczy zębami, rzucił wszystko do diabła i poszedł pod prysznic.

I nasza przemiła gwiazda filmowa Loda Niemirzanka smaży się tego la­ta w tym filmowym piekiełku. Za jakie grzechy? — pytam. Wiadomo. Jest śliczna, zgrabna, ładnie śpiewa, tańczy, posiada pełnych 100% sex-appealu i jest niezastąpiona w rolach rozkosznych kobieciątek. To wystarczyło, żeby jej zaaplikować męki pierwszego stopnia, ze specjalnym przysmażaniem „na żywca.

– Pani Lodo, jak pani znosi te męczarnie? – pytam artystki, odwiedziwszy ją w przerwie zdjęć, w ogródku atelier filmowego przy ulicy Wolskiej, gdzie nakręcają obraz Ja tu rządzę.

Pani Lody nikt jeszcze nie widział w złym humorze. Więc i teraz mimo zmęczenia i upału jaśnieje cała uśmiechem.

– Doskonale – odpowiada na moje pytanie. – Kocham „grać” tak na scenie, jak i w filmie. A wiadomo przecież, że aktor za dobrą rolę poszedłby w ogień. Cóż zatem znaczy te czterdzieści czy pięćdziesiąt stopni „ciepełka” jupiterów!

– A ma pani przynajmniej dobrą rolę?

– Owszem, gram taką trochę zwariowaną aktoreczkę.

– Ale mimo całego zapału do sztuki taka praca w filmie i to w dodatku latem musi jednakże szalenie wyczerpywać aktora?

– To swoją drogą. Grunt jednakże nie przejmować się. To moja zasada. W okresie nakręcania filmu ma się przecież dosyć wolnych dni i można je, nawet siedząc w Warszawie, cudownie wykorzystać.

– Wobec tego niech pani zdradzi tajemnicę swego dobrego samopoczucia.

– A więc przede wszystkim wycieczki za miasto. Mamy moc w najbliższym sąsiedztwie Warszawy pięknych miejscowości letniskowych, wspaniale zalesionych, z plażami, basenami, no i z dobrymi restauracjami, co jest również bardzo ważne. Nie samem powietrzem człowiek żyje, nieprawdaż? Och, wygląda to tak – śmieje się artystka – jakbym była jakąś specjalną smakoszką i wielkim żarłokiem. Nic podobnego! Chciałam tylko zaznaczyć, że i u nas wreszcie, za przykładem zagranicy, zaczynają w podmiejskich letniskach dbać o gości. Pod Warszawą powstają coraz to nowe bardzo eleganckie restauracje i pensjonaty, gdzie latem zjeżdża najlepsze towarzystwo na niedzielne weekendy.

– A co pani porabia, gdy nie ma czasu na całodzienną wycieczkę za miasto?

Loda Niemirzanka podczas letniego wypoczynku w 1937 roku, NAC

– Wtedy idzie się do Jacht Clubu nad Wisłę. Tam znów swoboda nieograniczona. Kostium kąpielowy, słońce, plaża. Wprawdzie Wisła to nie morze, ale dla mieszczucha jest i tak źródłem nieograniczonych rozkoszy. A grunt to ten orzeźwiający wiaterek, powiewający od wody. Tak na dobrą sprawę, przy odrobinie fantazji i z zamknięciem oczu na beznadziejną szarość nurtów Wisły, można sobie, leżąc na nadwiślańskim piaseczku, wyimaginować najcudniejsze obrazy, które się kiedyś nad błękitnym morzem Południa widziało. Zwłaszcza, że nasz tegoroczny upał nie ustępuje w niczym południowemu.

– Jest pani wspaniała w swym optymizmie życiowym!

– Och – śmieje się pani Loda. – Ten mój pogodny światopogląd zawdzięczam piosence, którą ongiś śpiewał Krukowski. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Nie mogąc tego lata jak zazwyczaj wyjechać do Italii, zadawałam się miejscowymi przyjemnościami i rozrywkami sezonu letniego stolicy. Innym urozmaiceniem są moje wyjazdy na gościnne występy do miast prowincjonalnych. Obecnie wybieram się z zespołem Teatru 8.15 do Krakowa, gdzie grać będziemy Barona Kimmla, operetkę, która podbiła Warszawę. Sądzę, iż to samo stanie się i w Krakowie tym bardziej, że razem ze mną wystąpią artyści tej miary, co Sielański, Z. Ordyńska, I. Soboltówna, W. Zdzitowiecki, E. Wojnar i in.       

Z.O.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.