Grossówna, Żabczyński, Bogda, Dymsza i Sielański: Najmilsza chwila w życiu (1936)

Pańska najmilsza chwila w życiu? – spytał reporter „Kina” Aleksandra Żabczyńskiego.

Kochany panie, było ich tysiąc i jedna. Niełatwo się rozeznać człowiekowi w tej uroczej i miłej gęstwinie „przyjemnych chwil”. Już mam: mój pierwszy egzamin. Tak, zapewniam pana, że nie miałem nigdy większej przyjemności, jak wtedy, gdy mój profesor prawa rzymskiego zadał mi pytanie, na które umiałem odpowiedzieć. A potem przyszła taka chwila, kiedy przewodniczący komisji egzaminacyjnej rozdzielał indeksy i czytał wyniki. Kiedy z jego ust padły słowa: „Żabczyński – celująco” – otworzyły się przede mną niebiosa i byłem najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem.

Dziękuję. A pani? – zwróciłem się teraz do uroczej Heleny Grossówny.

Czy ja muszę panu odpowiedzieć na to pytanie? Nie mógłby pan zapytać mnie o „najstraszniejszą chwile w życiu”? Można by to frapująco i niesamowicie opowiedzieć. Ale tak bez przygotowania wspomnieć najmilszy dzień, boje się, że zapeszę swe szczęście, które dotąd nie odstępowało mnie ani na krok. Czy muszę odpowiedzieć?

Tak jest! – odparłem twardo.

Trudno, zaczynamy. Akcja mojej „najmilszej chwili” toczyła się na zapadłej prowincji. Objeżdżałam wówczas cała Polskę, grając w operetce Yacht miłości. We Lwowie, do którego zawitaliśmy pewnego dnia, powitał mnie portier hotelu, który zaciągając po galicyjsku z dygiem wręczył mi telegram. Treść zawarta była w lakonicznie rozkazującym zdaniu: „Przyjeżdżać natychmiast – rola w filmie”. Tego samego wieczoru spakowałam manatki, a następnego dnia miałam już kontrakt w kieszeni.

Teraz przystępuję z moim pytaniem do Adolfa Dymszy.

Nie nawalaj facet uprzejmie – odpowiada mi. – Nie mam forsy na jakieś „przyjemne chwile”. Wywiadzik może być, owszem czemu nie. Nie takie rzeczy się już robiło. Słuchaj bratku, co ci powiem i nastaw te swoje długie uszy. Grałem dwa tygodnie temu w piłkę nożną. Stan do ostatniej minuty gry 0:0. Sędzia miętosił już gwizdek w ustach i za chwilę zawody się kończyły. I w takim momencie jak nie podjadę pod bramkę, jak nie wsunę drabowi obok siatki gola! Uff! Aż się kawaler zatoczył, ale gol był! I jeszcze jaki! Na kilka sekund przed zakończeniem meczu. Pisz pan: To była moja najmilsza chwila w życiu. Szlus. Skończyłem.

Skłoniłem się uprzejmie i sunę dalej.

Pani najmilsza chwila w życiu?

Śliczna Bogda uśmiecha się.

– Sprawa moja ciągnęła się od tygodni. Siedziałam już od pewnego czasu w stolicy i czekałam z drżeniem na wyrok. Wyrok miał nadejść w zamkniętej kopercie ze Lwowa. Chodziło o to, czy moi rodzice pogodzą się ostatecznie z tym, że opuszczę ich dom i będę grała do filmu. Listy codziennie prawie szły w obie strony. Rodzice byli nieustępliwi i zacięci w swym uporze. Aż pewnego dnia – nadeszła najradośniejsza wiadomość:  mogę zostać w Warszawie. Ten dzień wspominam do dziś z rozczuleniem.

Lipa panie! Ot co! – odpowiada mi z miejsca Stanisław Sielański – We w ogóle, o co pan szanowny się pęta niby wykałaczka w eleganckiem towarzystwie? Moment? Panie łaskawy z byka pan spadłeś? Jak babcię kocham, chyba mi nigdy nie było tak przyjemnie w żołądku, jak tego dnia, gdy kupiłem gazetę KINO, gdzie jak słoń stało wydrukowane: „Stanisław Sielański w małej rólce ordynansa spisał się wcale nieźle. Uważamy, że ten aktor powinien…” To była moja pierwsza jak wy to nazywacie – recenzja i tę chwile mam zanotowana w buchalterii wydarzeń jako wielki plus…