Jutro nadeszło szybko

Marika Krajniewska

Opowieść dziewiętnasta
Jutro nadeszło szybko

Tego dnia wiało. Wiatr jednak nie miał zwiastować dobrych zmian. Apolonia sprawnie posługiwała się łopatą, odkopując resztkę już tegorocznych ziemniaków. Ile to trwa? Nikt nie li­czył. Już nie. A odliczać nie było do czego. Nadzieja wciąż nie umierała, ale… To malutkie słówko kryło w sobie zmęczenie, wątpliwości i wreszcie ubity strach, jak ta ziemia mocno ugnie­ciona stopami Niemców, Polaków i Żydów. Czarna ziemia, po­datna na przymrozki, podatna na pozostawiane ślady, wymie­szane ze sobą, jakby nie było prześladowań, gonitwy, wyłapy­wania, zabijania. Tylko ta ziemia mogła znieść bezsens wojny, przyjmując pod swoją opiekę kolejne ciała.

– Co się guzdrzesz? – Alicja pojawiła się na polu, dzwoniąc pustym wiadrem.

– Nie dźwigaj – Apolonia zerknęła spode łba, nie prostując się znad łopaty.

– Puste jest, poza tym mogłoby się to wreszcie skończyć – Alicja stanęła, pogłaskała wielki brzuch i wytarła pot z czoła.

– Ileż można! Kopie jak szalony.

– Na jego miejscu nie spieszyłabym się tak na świat. Nie te­raz.

– Łatwo ci mówić – westchnęła Alicja, a potem opuściła wia­dro i zastygła bez ruchu.

– Już niedługo, zobaczysz, będziemy tęsknić za ciszą, jak się wydrze wniebogłosy – Apolonia wyprostowała się, wrzu­ciła kilka ziemniaków do wiadra i spojrzała na przyjaciółkę.

– Co ci jest? – spytała zdezorientowana i powoli się odwróci­ła.

Za nimi stał Hans. Miał wyciągnięte dłonie, w których trzy­mał trzy niewielkich rozmiarów czekoladki. Wyglądało na to, że szedł w kierunku Apolonii, lecz w pewnym momencie to on zamarł bez ruchu, wpatrzony w wystający brzuch Alicji.

– Kind – odezwał się zachrypniętym głosem.

Opuścił ręce, a łakocie wypadły z nich na lekko zmarzniętą ziemię. Zrobił trzy kroki w stronę Alicji i ponownie się zatrzy­mał, reagując na jej uniesienie dłoni, lekkie drżenie ramion i cofnięcie się o krok.

– Hab keine angst – odezwał się łagodnie. – Nie – powie­dział po polsku – nie bój – podszedł bliżej. Alicja tym razem nie poruszyła się wcale, wpatrując się w twarz Hansa i ciężko oddychając.

Stanisława Umińska
późniejsza siostra Benigna
„Panorama” 1924, nr 4

Apolonia powoli schyliła się po wiadro wypełnione karto­flami. Chwyciła też mocniej łopatę i lekko uniosła trzonek, jak­by szła na polowanie. Może i faktycznie tak było. Przemknęła jej myśl, że tą oto łopatą posłuży się, jeżeli Hans podejdzie bli­żej i będzie choć w minimalnym stopniu zagrażał Alicji. Je twarz nabrała rumieńców, ale i złości. Nic się nie dzieje, po­wtarzała sobie w myślach, nie przestając bacznie przyglądać się Hansowi. Alicji nie widziała. Zasłaniał ją. Nic się nie dzie­je. Zaczęła lekko stukać zębami, choć wcale nie czuła zimna On pomógł, on przecież pomógł, wmawiała sobie, jeszcze moc­niej zaciskając pięść na trzonku łopaty.

– Hans – Alicja brzmiała niepewnie, jej głos otulony chrypą, jak zdarta płyta wciąż powtarzał: – Hans, Hans, Hans.

Apolonii wydawało się, że przyjaciółka zaraz się rozpłacze albo zacznie krzyczeć. Słyszała jej oddech, szarpany, nerwo­wy, taki nie jej. Zrobiła kilka kroków w bok, by zobaczyć twarz Hans też się poruszył i podszedł jeszcze bliżej. Jego wielka dłoń spoczęła na wydatnym brzuchu. Ukląkł w błocie, na te wojennej ziemi, skażonej tysiącami sekretów, oszustw, morderstw, unicestwień. Oplótł Alicję rękoma i przyłożył policzek do brzucha, a po chwili zaczął nucić nieznaną dziewczętom melodię. Była spokojna. Pełna dezaprobaty, ale i nadziei. Jakiej nadziei?

Apolonia wciąż ściskała trzonek, powolutku przesuwając się coraz bliżej Alicji. Ręka jej zdrętwiała, ale tego nie czuła. Ciężar kartofli nie grał teraz roli, nie spuszczała wzroku z twarzy przyjaciółki, próbując odgadnąć, czy ma interweniował jeśli tak, to w jaki sposób.

Alicja stała sztywna, a jej ręce wciąż bezwładnie zwisały wzdłuż tułowia, wzdłuż jego tułowia, przy brzuchu, w którym nosiła ich wspólne dziecko.

– Nie – krzyknęła Alicja i szarpnięciem odtrąciła ręce Han­sa, odwróciła się i ruszyła biegiem przed siebie, a on zdołał je­dynie otworzyć usta ze zdumienia, a potem zamarł bez ruchu, lecz tylko na ułamek sekundy.

Strzał rozległ się niespodziewanie. Hans odwrócił głowę i ujrzał stojącego przy ogrodzeniu swojego dowódcę, który ze spokojem chował pistolet do kabury, odwrócił się i niespiesz­nym krokiem ruszył w przeciwnym kierunku.

Świat zawirował. Wiadro i łopata spadły na ziemię. Gdy Apolonia dobiegła do Alicji, Hans już przy niej był. Pochylał się nad leżącą dziewczyną, której oczy nie miały już blasku, nie miały już życia.

– Arzt! – wykrzyknął Hans. – Doktor, szybko!

Wstał i poszedł tam, gdzie skrył się esesman. Apolonia zdą­żyła tylko zauważyć, że po drodze wyjął broń, odbezpieczył ją i wycelował w plecy oddalającego się dowódcy.

– Alicja – wyszeptała, próbując brudnymi rękoma wyczuć puls. Nie potrafiła. – Dziecko – powiedziała na wydechu – dziecko – i pognała do domu, krzycząc ile sił w płucach.

Leon Schiller
Encyklopedia Teatru Polskiego

Pochowali Alicję w nocy. Stanisław przywiózł najprawdziw­szą trumnę. Pomimo godziny policyjnej. Przy bramie widzia­no postać niemieckiego żołnierza. Nie przekroczył jej, nie zakłócał spokoju swoją obecnością. Marek widział go przez dziurę w zaciemnieniu. Długo na niego patrzył, a jego myśli rozedrgane, nieprzytomne z bólu, płynęły pod prąd, w zupeł­nie inny świat. W tym świecie świeciło słońce i panowała ci­sza. Nieskazitelna. Słodka. Tajemnicza. Taką ciszę zapewne słyszała teraz Alicja. I jej syn, którego doktor próbował rato­wać.

– Jak będzie miał na imię? – dopytywał Marek w ostatnich dniach. To, że zbliża się poród wiedzieli chyba wszyscy. Tylko Alicja kręciła głową, jakby zaprzeczała nowej roli, jaką lada chwila miała zacząć pełnić.

– Jak się pojawi, to się zobaczy – odpowiadała.

– Na co chcesz patrzeć? – Marek nie dawał za wygraną

– Na to, co będzie między nogami – śmiała się Alicja, a Apo­lonia wówczas rozpływała się w uśmiechu, który Marek lubił najbardziej. To była mieszanka zawstydzenia, radości, spoko­ju i tremy. Tak to wtedy oceniał, jakby wszystkie te emocje by­ły wypisane na jej twarzy.

– To będzie Mieczysław – prorokował Marek. – Po tacie.

– Po tacie to by musiał być Hans – upierała się Zosia, któ­rej Alicja wreszcie uwierzyła, że dzieło na gazetce ściennej nie było jej sprawką. Nabrała przekonania do tej hipotezy co praw­da dopiero, gdy Apolonia przyłapała Dankę marnotrawną, jak o niej mówiono, na pisaniu kontynuacji oszczerstw. Danka zwiała z zakładu następnej nocy. Póki co nie zjawiła się z po­wrotem. Stanisław mówił, że widział ją u Niemców. Ponoć się tam zadomowiła.

– Mieczysław – Marek wiedział swoje wtedy.

Teraz też wiedział swoje.

– Mieczysław – szeptał wpatrując się w plecy Hansa, wciąż stojącego przy bramie.

Budynek Sióstr Samarytanek w Henrykowie przy ul. Modlińskiej 257
TuBialoleka.pl

Apolonia nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. To było zrozumiałe, ale siostra przełożona nie mogła z pełnym przekona niem zostawić tak sprawy, kwitując, że czas pomoże i jej przejdzie. Samej siostrze nie było łatwo pogodzić się z tym, co mia­ło miejsce. Na Marka żal było patrzeć. Przestał jeść, przestał gadać. Tylko włóczył się całymi dniami za Stanisławem, me odstępując go na krok.

– Partyzant nam rośnie – powiedziała siostra przełożona na na głos, choć nikogo w pokoju nie było. Westchnęła, a potem wstała zza biurka, wyszła na korytarz i krzyknęła:

– Apolonia!

Dziewczyna zjawiła się po minucie. Miała na sobie fartuch  i grobową minę. Szła z kuchni, wycierając ręce o ścierkę prze­wieszoną na ramieniu. Bez słowa weszła do gabinetu, bez słowa stanęła na środku. Na jej twarzy nie pojawił się nawet najmniejszy grymas.

– Zosia pójdzie z tobą – powiedziała siostra Benigna, kiwa­jąc głową, jakby na potwierdzenie własnych słów. – Tak – za­pewniła.

– Dobrze – odparła beznamiętnie Apolonia, odwróciła się i skierowała do wyjścia.

– Nie wiesz dokąd przecież – siostra mówiła łagodnie. Apo­lonia przystanęła i oparła się o ścianę. Nie miała siły, nie mia­ła chęci, by tę siłę z siebie wykrzesać. – Byłam dziewczynką, kiedy po raz pierwszy obejrzałam obrazy Grottgera. Wrażenie pozostało na całe życie. A jego Znak poruszył we mnie stru­nę, która do dziś się odzywa. Wydaje mi się, że przychodzi ta­ki dzień, kiedy istnienie to nie tylko powierzchnia zjawisk, lecz głębsze, bardziej ukryte złoża.

Apolonia słuchała. Z uwagą i powagą, bo czuła, że to waż­na chwila, słowa chłonęła, choć nie wiedziała, czy rozumie je tak jak powinna. Lecz czy to miało teraz jakiekolwiek znacze­nie? Ta powinność wobec życia czy wobec nieuchronnej śmier­ci, która czai się za płotem, budynkiem, wszędzie tam, gdzie się tego spodziewamy bądź nie, gdy na ułamek sekundy zapo­minamy o niebezpieczeństwie, próbując normalnie żyć.

– Będziemy dalej żyć normalnie – usłyszała Apolonia i na­gle uwierzyła w te słowa, które mogły paść lub równie dobrze zostać nigdy niewypowiedziane.

I żyli, przynajmniej próbowali. Po to, by zostać superbohaterami, walczącymi o zwykłą codzienność.

Tego dnia panował mróz. Apolonia z Zosią wybrały się do Warszawy. Trzeba wszystko było zrobić tak, by nikt nie nabrał żadnych podejrzeń. Zostały wysłane na kursy kroju i szycia, na których potwierdziły swoją obecność i posłusznie wykony­wały wszystkie polecenia. Po skończonych zajęciach, zanim dopięły uszyte bluzki, każda swoją, na ostatni guzik, wymie­niły spojrzenia i zsynchronizowały zegarki. Choć to ostatnie nie było do niczego potrzebne, jednak poczucie misji zawład­nęło nimi na całego. W drodze powrotnej miały przekazać list. Musiały iść piechotą. Nie było daleko. Do Znachora szło się na Boduena 4. Apolonia konspiracyjnie zapatrzyła się na sma­kołyki na witrynie, a potem wstąpiła do środka. Zosia schyli­ła się, rozwiązując i zawiązując na powrót sznurowadło.

– Smakowało? – spytała Zosia, wciąż kucając, widząc nogi Apolonii przed kawiarnią.

– Aha – dziewczyna odpowiedziała, z gracją udając, że prze­żuwa ostatni kęs.

– Możemy zatem wracać – Zosia wyprostowała się, lekko uśmiechnęła do przechodzącego obok Niemca i pociągnęła Apolonię za rękę.

– Myślisz, że przekaże? – spytała Apolonia.

– Tak, wcześniej pani Irena dała jej znać. – Zosia wiedział więcej. Siostra przełożona wprowadziła ją w detale, choć nie była zbyt wylewna. Nie wiedziała bowiem, czy całe przedsię­wzięcie się uda i na wszelki wypadek nie chciała rozbudzać na­dziei dziewcząt na cokolwiek.

– Co było w liście? – spytała Apolonia, gdy siedziały w kolejce wąskotorowej i przemierzały drogę do Henrykowa. Zosia obejrzała się i rozejrzała. O tej porze nie było wielu podróż­nych.

– Nie czytałaś? – spytała z zaciekawieniem.

– Nie – stwierdziła Apolonia, której nie przyszło w ogóle do głowy, by zerknąć na treść przekazywanej wiadomości. Nie wiedziała nawet, kim był jej adresat.

– Chwali się – skwitowała Zośka – będą z ciebie ludzie.

– No wiesz co! – oburzyła się Apolonia. – Chyba nie podejrzewałabyś mnie… – zaczęła, ale spojrzenie koleżanki kazał: jej przerwać.

– A kto ukradł moje zaświadczenie lekarskie? – spytała gniewnie.

– Działałam w imię wyższych celów, poza tym w ścisłej konspiracji – wytłumaczyła spokojnie.

– No, chyba w konspiracji ze sobą samą – burknęła Zosia.

– Gdybym ci nie powiedziała, nigdy byś się nie dowiedzia­ła.

Zosia milczała.

– No dobra, co było w tym liście? – Apolonia nie dawała za wygraną. Im mniejsza odległość dzieliła je od Henrykowa, tym większa ciekawość budziła się w nastolatce.

– Nie wiem, czy mogę ci powiedzieć… – zaczęła Zosia.

– Jestem w to również zamieszana – przypomniała jej Apo­lonia.

Maleńki liścik z benedyktyńskim hasłem PAX w naczółku dzięki kelnerce Żydówce został przekazany Leonowi Schille­rowi wieczorem tego samego dnia, tuż przed godziną policyj­ną, gdy jeszcze goście, w większości aktorzy, prowadzili dysputy o teatrze przyszłości.

– Siostra Benigna poprosiła Leona Schillera o pomoc w wy­stawieniu jasełek – odezwała się wreszcie z konkretami Zoś­ka.

– Jasełek? – Apolonia była nieco zbita z tropu.

Pastorałka Leon Schiller
wydanie z 2005 roku
Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego
Słowo/obraz terytoria

– Święta idą – wyjaśniła Zosia, lecz dla Apolonii nie były to wyjaśnienia wystarczające.

– Jakie tam święta, Niemcy dookoła – naraz obie sobie uzmysłowiły, że nie chcą żadnych świąt ani jasełek, nawet ze wsparciem jakichś wybitnych osobistości z Warszawy. Po co to komu?

Jechały w milczeniu, a do Przystani wtargnęły pełne bun­tu. Minęły siostrę przełożoną, wciąż nie odzywając się słowem, tylko skinęły na znak wykonania zadania.

– A im co się stało? – zapytał Marek, nie licząc na odpo­wiedź. Od śmierci Alicji rzadko wdawał się w rozmowy, zato­piony we własnych myślach. Nawet czerwona lokomotywa poszła w odstawkę. Jedyną towarzyszką była Klaudia, modystka, może dlatego, że jej pokoik, na który mówiła „kanciapa królowej”, znajdował się w piwnicy, dobrze było się tam zaszyć i wspólnie pomilczeć.

– Dlaczego nic nie mówisz? – spytała kiedyś Apolonia, chcąc w jakiś sposób nawiązać dawną nić porozumienia z młodszym przyjacielem.

– Za dużo – burknął.

– No – przytaknęła.

– Nie rozumiesz – oznajmił, zamiast przemilczeć, jak robił to ostatnio.

– Czego? – teraz to faktycznie nie wszystko pojmowała.

– Nie rozumiesz, czego za dużo… – odpowiedział zwyczajnie, ze spokojem i jakoś tak po dorosłemu. Jak nie Marek, za­gorzały patriota, czekający na sprzyjającą okazję do zwiania na front.

– No czego? – spytała, chcąc wreszcie ukrócić tę rozmowę, która od samego początku zmierzała w dość dziwnym kierun­ku.

– Buntu – jego spokój ją przeraził. – Gniewu też dużo – po­wiedział i poszedł sobie, zostawiając Apolonię sam na samą z myślami, z którymi miała się bić przez kolejne dni.

– Też mi wymyślił – powiedziała pod nosem, ale sama zwróciła uwagę na własną buńczuczność i niepogodzenie, które narastało jak śnieżna kula.

Teraz Markowi zdawało się, że zamienili się rolami. Choć gniew pozostał, wparowały w milczeniu i to one, Apolonia i Zosia, zniknęły i zaszyły się w kątach zakładu.

– Każdy przeżywa na własny sposób – odezwała się siostra łagodnie, ale Marek już dreptał do królewskiej kanciapy modystki, zupełnie bezwiednie nucąc „oj dana, dana”.

A potem zaczęła się nadzieja. Tak jakby Alicja odeszła zabierając ze sobą nie tylko swoje dziecko, ale także ciągnąc po­woli ciężkie brzemię, spoczywające na mieszkańcach Przystani; ciągnąc jak burłacy na Wołdze ciężar swojej egzysten­cji. Odejmując z każdym dniem kruszynę męki wojenne m wydawało się niemożliwe, ale jednak. Odczuwać zaczynali to wszyscy, choć w różnym czasie i z zupełnie inną intensywnością.

Leon Schiller w otoczeniu uczniów wystawiających Pastorałkę w 1943 roku
Encyklopedia Teatru Polskiego

– Odpisał! – Apolonia chciała krzyknąć, ale w porę ściszyła głos, dziwiąc się sama sobie i swojej ekscytacji. Nie sądziła m przerośnie bunt, którego szczerze miała już dość.

Zosia skłaniała się nad szarymi rajstopami, które wzięły i przedarły się na kolanie. Marzyła o tym, by mieć ubrania z pierwszych stron paryskich żurnali, a potem karciła się w myślach za te marzenia po brzegi wypełnione małostkowo­ścią i płytkością. Choć pani Klaudia zachęcała do snucia wizji przyszłości, wychodzącej jak najdalej poza wojenną rzeczywi­stość, dziewczyna czuła, że tak robić nie powinna. „Przed kim masz poczucie winy?” – pytała nauczycielka. A Zosia, choć nie dawała na głos odpowiedzi, doskonale wiedziała, że przed Bo­giem. Jednej z takich rozmów przysłuchiwała się siostra Benigna. Pokiwała głową, a potem ziewnęła przeciągle, odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku drzwi, rzucając na odchodne: „A czy Bóg zabrania się cieszyć i żyć dostojnie?”. Te słowa pomogły, ale tylko na chwilę.

– Odpisał – Apolonia powtórzyła i usiadła na łóżku obok Zosi.

– Aha – Zosia właśnie trzymała w ustach nitkę, na którą miała nawlec igłę – ale kto? – zapytała wreszcie, wprawiając Apolonię w stan większej euforii.

– No ten pan z Warszawy, od Znachora – wyjaśniła, lecz Zosia najwyraźniej nadal nic nie rozumiała.

– Znachor? – powtórzyła, wykonując pierwszy ścieg. – Co mówi?

– Nie znachor. Kawiarnia Znachor, pamiętasz? List, pa­miętasz? Zośka!

Ręce opadły, Apolonia wstała, podeszła do okna i zastano­wiła się nad swoimi emocjami. W zasadzie dlaczego tak bar­dzo ją ucieszyła odpowiedź? Usiadła z powrotem na łóżku, a po chwili opadła na poduszki, rozłożyła ręce na boki, stopa­mi wciąż pozostając na podłodze.

Zosia się roześmiała.

– Pamiętam. Co pan Leon napisał?

– Tak, pan Leon! – ucieszyła się Apolonia.

– A tak w ogóle to skąd wiesz o odpowiedzi? – Zośka udała podejrzliwość, a Apolonia zalała się rumieńcem.

– List leżał na biurku siostry, widziałam kątem oka – wy­tłumaczyła się szybciutko.

– Aha – burknęła Zosia. – No i? – ponagliła.

– Wielce szanowna i czcigodna siostro! – zaczęła Apolonia tonem recytatorskim. – W krótkiej odpowiedzi pozwalam so­bie przesłać egzemplarz Pastorałki, coś tam, coś tam, w eg­zemplarzu zaznaczyłem zielonym i czarnym ołówkiem kwestie i śpiewy, mogące wejść w skład skróconego widowiska, coś tam, coś tam, z prawdziwą radością z zaproszenia wielce sza­nownej siostry skorzystam i, jeżeli można, przyjadę „we wtorek przedpoł.”. Dwudziesty siódmy listopada – ostatnie zdanie wydukała, zastanawiając się, jaka data widniała na kalendarzu w gabinecie siostry. – Czekaj, który dziś jest?

Zosia patrzyła na Apolonię w zdumieniu.

– Ile razy czytałaś ten list? – zapytała.

– Ze trzy – rzuciła Apolonia, zdając sobie sprawę, że „wtorek przedpoł.”, jak było napisane w liście, nadchodzi jutro.

I jutro nadeszło. Szybkie i intensywne, przynoszące wzloty, upadki i oczyszczenie, o którym nie śniło się nawet najbardziej nawróconym dziewczętom z przybytku owianego nie­chlubną sławą.


Dziękujemy Fundacji AVE za udostępnienie fragmentu książki Mariki Krajniewskiej Przystań.

Zdjęcie wprowadzające: W marcu 1943 roku chłopcy z IX Szkoły Dokształcającej Zawodowej i dziewczęta z III  Miejskiej Szkoły Zawodowej wystawili Pastorałkę w gmachu szkolnym przy ulicy Konopczyńskiego. Reżyserowały – Krystyna Rokitnicka i Anna Buterlewicz. Heroda grał Ludwik Berger, aktor Reduty, twórca Baszty (słynnego pułku AK). Leon Schiller, trzykrotnie obecny na tym przedstawieniu, sfotografował się z wykonawcami. Źródło: Encyklopedia Teatru Polskiego.

Like
2