Alicja Pawlicka. Gwiazda wśród gwiazd

Redakcja „Starego Kina” miała wyjątkową okazję porozmawiać ze wspaniałą aktorką Panią Alicją Pawlicką, która przez szereg lat odnosiła sukcesy na scenie Teatru Polskiego w Warszawie (w latach 1955–1994), a także w Teatrze Telewizji. Zagrała również w kilku filmach.

„Ekran” 17.06.1962, nr 24

Wcieliła się w cztery różne postacie w popularnym do dziś filmie Godzina pąsowej róży z 1963 roku. Pamiętamy ją również z epizodu w kultowej komedii Nie lubię poniedziałku w roli pani Kubasińskiej. Ostatni raz pojawiła się na szklanym ekranie w 1978 roku w serialu Życie na gorąco.

Urodziła się 12 maja 1933 roku w Warszawie. W 1955 ukończyła studia na Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Pierwszy raz pojawiła się, w roli Berty, na scenie Teatru Nowej Warszawy (dzisiejszy Teatr Rozmaitości) w Niemcach Leona Kruczkowskiego 30 grudnia 1954 roku. Była to praca dyplomowa studentów, a reżyserował Jerzy Rakowiecki. Jej prawdziwym debiutem była rola w Odwiedzinach Leona Kruczkowskiego 8 października 1955 roku w Teatrze Polskim.

Angaż dostała z przydziału ministerialnego do Teatru Polskiego, gdzie miała okazję grać u boku największych gwiazd polskiego kina i teatru przedwojennego i powojennego. W swojej karierze grała m.in. u boku Gustawa Holoubka, Stanisława Jasiukiewicza, Tadeusza Fijewskiego, Seweryny Broniszówny, Adama Hanuszkiewicza, Kaliny Jędrusik, Czesława Wołłejki i wielu innych wybitnych aktorów. Aktorka popularnego do dziś Teatru Sensacji Kobra, do którego chętnie była angażowana ze względu na swój profesjonalizm i zaangażowanie.

Jej karierę przerwała ciężka choroba męża, legendarnego prezentera Telewizji Polskiej Jana Suzina, którego wspierała przez wiele lat. Jan Suzin zmarł 22 kwietnia 2012 roku.


10 października 2019 roku
Warszawa

MIRELA TOMCZYK: Pani Alicjo, jak zrodził się pomysł, że zostanie Pani aktorką?

„Film” R. XVIII, 12.05.1963, nr 19
fot. Zofia Nasierowska

ALICJA PAWLICKA: W szkole miałam dwie pasje: humanistykę i matematykę. Pewnego dnia, nie wiem, z jakiego powodu, do jedenastej klasy nie przyszedł profesor. I koledzy namówili mnie, abym prowadziła lekcję. Uważałam, że matematyka jest królową nauk, że uczy logicznego myślenia. I tak samo jest z aktorstwem, które wymaga wyciągania logicznych wniosków. Wystawiałam więc w szkole sztuki, głównie bajki, które reżyserowałam i grałam w nich, oczywiście, główne role, zupełnie jak Hanuszkiewicz, chociaż go wtedy nie znałam. Miałam też cudowną nauczycielkę historii, która mnie przekonała, abym zdawała do szkoły teatralnej. Egzaminy były wtedy na Reja. Zaprosiła mnie do siebie. Gdy do niej poszłam, to już miałam wybrany wiersz i fragment prozy, których nauczyłam się na pamięć. Przesłuchiwała mnie, dawała wskazówki. Wciąż jednak wahałam się, czy nie zdawać na historię sztuki, ale w końcu zdecydowałam się na szkołę aktorską. Na co najmniej sto siedemdziesiąt zdających osób przyjęto siedemnaście, w tym siedem kobiet, w tym mnie. W komisji był m.in. Aleksander Zelwerowicz.

 

MT: Pani Alicjo, proszę nam opowiedzieć o sztuce Abelard i Heloiza Rogera Vaillanda w reżyserii Adama Hanuszkiewicza, w której zagrała Pani Heloizę w słynnym premierowym przedstawieniu Teatru Telewizji 6 maja 1957 roku.

Kazimierz Opaliński, Alicja Pawlicka, Andrzej Szalawski w Abelardzie i Heloizie
reż. Adam Hanuszkiewicz (6.05.1957)

AP: To było niesamowite przeżycie, bo jeszcze nie zdążyłam skończyć studiów, jak Hanuszkiewicz zaproponował mi zgranie Heloizy w sztuce, którą reżyserował. A wtedy spektakl, proszę o tym pamiętać, nie był jeszcze utrwalany i musieliśmy grać na żywo przed kamerą. Zresztą miałam to szczęście, że później bardzo dużo grałam u Adama. A wracając do spektaklu, to muszę przyznać, że jeszcze wtedy nie znałam dobrze tej historii miłosnej i jak zaczęłam czytać scenariusz, to mi po prostu mowę odebrało. Już nie chodziło o to, że to cudowna rola, zresztą w tej sztuce każda rola jest wspaniała, genialna do zagrania, ale sama opowieść jest niesamowita, prawdziwa jak życie. Historia miłości tych ludzi nie była zmyślona przez autora, to wszystko przecież miało miejsce. Później pojechałam na grób kochanków na cmentarz Père-Lachaise, kiedy byłam w Paryżu na stypendium aktorskim.

Abelarda i Heloizę graliśmy w sumie trzy razy, dwa razy telewizji w Warszawie i raz w ośrodku telewizyjnym w Poznaniu. W premierowym spektaklu w Warszawie w roli Abelarda wystąpił Andrzej Szalawski, a w kolejnych dwóch Adam Hanuszkiewicz. Starca, ojca Heloizy, grał Opaliński. Kalina Jędrusik – kochankę Księcia. Księcia, oczywiście, Aleksander Żabczyński. Dostaliśmy zaproszenie do Poznania, bo pierwsze przedstawienie zebrało najwyższe pochwały i entuzjastyczne recenzje. Gdy jechaliśmy nocą pociągiem do Poznania, to Kalina była w pełnym makijażu. Nie wiem, jak ona spała, ale na drugi dzień wyglądała fantastycznie.

Alicja Pawlicka i Adam Hanuszkiewicz w spektaklu Teatru TV Orfeusz (1958)

Kalina, jak to Kalina, na początku naszej znajomości była ostra, ale jak poznałyśmy się bliżej, to pokochałyśmy się. Mówiła mi, że ma do mnie zaufanie. Kiedyś, po kilku latach od naszego pierwszego spotkania, gdy podjechałam po nią, aby zawieźć ją do telewizji na spektakl, to mi powiedziała, zresztą powtórzyła do Guciowi Holoubkowi: „Alicja, myśmy już były”. Byłyśmy, to prawda, ale najważniejsze, że BYŁYŚMY. Nie mam w sobie żalu za minioną przeszłością. Było, minęło. Byłam bardzo szczęśliwa, że udało mi się przeżyć to, co przeżyłam i zagrać tyle wspaniałych ról, ile zagrałam. Nie ma o czym mówić, tak się życie toczy.

 

MT: A jak wyglądały pierwsze próby?

AP: Och, były fantastyczne. Wtedy po raz pierwszy spotkałam się z Kaliną, która grała jeszcze w Teatrze Wybrzeże i ten spektakl był jej debiutem w Warszawie. Bardzo się polubiłyśmy, choć kontrasty między nami były nieprawdopodobne!

Alicja Pawlica w sztuce Achilles i panny
(15.09.1956)
Instytut Teatralny

Aleksander Żabczyński był cudownym człowiekiem. Wcześniej graliśmy razem w 1956 roku w Achillesie i pannach w Teatrze Polskim na Scenie Kameralnej. Żabczyński grał Achillesa, a Odysa Gogolewski. Spektakl szedł ponad dwieście razy, co świadczy o ogromnym sukcesie tego przedstawienia. Pan Aleksander był wspaniałym amantem, bardzo mnie polubił. Często przychodził do naszej garderoby i rozmawialiśmy długo. Zresztą Żabczyński mieszkał w tym samym domu, co mój mąż, ale o tym dowiedziałam się później.

Przy Scenie Kameralnej była restauracja Kameralna, naprzeciw wejścia do garderób. Gdy Żaba stamtąd wychodził „niechcący go zarzucało” w przeciwną stronę. Wypijał tam kieliszeczek i szedł do swojej garderoby. Był przeuroczym człowiekiem. Wszyscy go bardzo, ale to bardzo, lubili. 

A z panią Żabczyńską również grałam. Ona często wracała do domu sama, choć proponowałam jej, że ją podwiozę, ale odmawiała.

Żabczyński był dżentelmenem pod każdym względem, odnosił się do nas jak do kwiatów. Prywatnie bardzo lubił rzeźbić i wspaniale mu to wychodziło. Kiedyś wziął ołówek i na jego końcu wyrzeźbił główkę dziewczyny z długimi włosami. To było cudowne widzieć, jak rzeźbi na tym niewielkim kawałku drewna. Dostałam od niego ten ołówek, z czego byłam bardzo dumna. Ale, niestety, nie wiem, gdzie dzisiaj może być.

Mało tego, okazało się, że mojemu mężowi Żaba też dał taki ołówek z wyrzeźbioną główką, tyle tylko, że to był gruby, profesjonalny ołówek do szkiców, bo mój mąż był architektem. Prześliczne były te główeczki, wyrzeźbione z niesamowitą precyzją. Żaba był niezwykle zdolny manualnie. Żabczyńscy mieli niewielką daczę niedaleko Warszawy i tam realizował swoje hobby.

Scena zbiorowa sztuki Achilles i panny w Teatrze Polskim w Warszawie (15.09.1956)
fot. Franciszek Myszkowski  
Instytut Teatralny

Pewnego dnia przyszłam na próbę rano i słyszę wielki krzyk, że Żaba umarł, że miał atak serca. To było okropne, koszmarne… Nie mogłam zrozumieć, co oni mówią: „Jak to? Co wy mówicie? Jak to umarł?”. O mało nie zemdlałam, bo to mnie bardzo uderzyło. Uwielbiałam go, traktowałam go jak swojego ojca. Proszę sobie wyobrazić, że po pół godzinie przychodzi wiadomość, że Żaba wciąż żyje. Żaba żyje! A po trzech dniach on naprawdę umarł. A myśmy wtedy, w teatrze, nie uwierzyli. Dopiero po trzech godzinach ktoś przyszedł ze szpitala i potwierdził tę tragiczną wiadomość.

Bardzo, ale to bardzo przeżyłam jego śmierć. To było w sezonie, gdy razem graliśmy Achillesa i panny, gdy złapaliśmy nić wzajemnego porozumienia w zespole. Było dwóch mężczyzn, a nas kilka dziewcząt. Atmosfera była wspaniała.

Maria Żabczyńska załamała się, ona kochała męża, był miłością jej życia. To było widać.

Poszłam na jego pogrzeb i na mszy żałobnej w kościele Św. Krzyża stanęłam z boku, dyskretnie, w lewej bocznej nawie, dosyć blisko. Emocje wzięły górę i bardzo się popłakałam, było mi potwornie żal, takie to było nagłe… Przecież kilka dni temu z nim grałam! Nie mogłam tego zrozumieć, dla kolegów ze sceny to jest straszne. Na mszy i na Powązkach był cały zespół aktorski.

Gdy tak płakałam, usłyszałam z tyłu szept: „Ty, popatrz, to jego córka”. Po chwili zorientowałam się, że to o mnie chodziło. To było bardzo przykre przeżycie.

A wracając do mojego męża, to byłam zaskoczona, gdy kiedyś mi powiedział: „Czy wiesz, że Żabczyński do nas przychodził co wieczór?”. „Żabczyński? Gdzie?” – zapytałam. „A tu, widzisz te okna naprzeciwko?”. Tylko podwórko ich dzieliło na Poznańskiej. Oboje znaliśmy pana Darka, ale nie rozmawialiśmy o nim wcześniej. Ja od strony zawodowej, Janek od strony prywatnej. I panią Marię, oczywiście. Ona była złotym człowiekiem, miała taką dobroć i ciepło w sobie. Janek opowiadał, jak Żabczyński przychodził do jego rodziców codziennie po przedstawieniu, aby porozmawiać przy herbacie.

 

MT: Jak środowisko aktorskie odbierało małżeństwo Marii i Aleksandra?

Andrzej Szczepkowski
i Alicja Pawlicka w Pigmalionie w Teatrze Polskim (19.11.1961)
fot. Franciszek Myszkowski
Instytut Teatralny

AP: Pani Maria była bardzo dobrą, bardzo zakochaną i bardzo wybaczającą kobietą. Wiem o ich życiu prywatnym przez znajomość z moim mężem, bo ja znałam ich tylko z desek teatralnych. Bardzo się z panią Marią zaprzyjaźniłam, serdecznie się do mnie odnosiła. To była szlachetna osoba, miała coś w wyrazie twarzy, w całej sobie coś ciepłego, że nietrudno się dziwić, że on się w niej zakochał.

Poza tym mieli podobne poczucie humoru. Pan Aleksander liczył się z jej zdaniem we wszystkim. Wielbił ją za jej wyrozumiałość, on ją naprawdę bardzo kochał.

 

MT: Czy wspominał czasy wojenne?

AP: O wojnie pan Darek opowiadał mało. Uważał, że lepiej tego nie wspominać, zapomnieć. Być może to po tych doświadczeniach wojennych miał zniszczoną, zniszczoną cerę.

 

MT: Pani Alicjo, czy grała Pani z Marią Gorczyńską? Czy Pani ją pamięta?

AP: Pamiętam! Jak przyszłam po raz pierwszy do Teatru Polskiego, odbywała się próba generalna Domu kobiet. Gorczyńska była przepięknie ubrana, szczuplutka, nieduża. Miała wielką klasę, była piękna i delikatna, miała białą, porcelanową twarz. Podeszłam do niej i powiedziałam, że chciałabym się przedstawić, bo właśnie zostałam zaangażowana do teatru. A Gorczyńska podeszła do mnie blisko, pogładziła mnie po twarzy i powiedziała: „Dziecko, jak miło, że cię widzę”. Świetnie ją pamiętam, ale, niestety, nie grałyśmy razem. Ona już nie występowała, gdy ja zaczynałam. Ale widziałam ją na scenie, gdy byłam w szkole.

„Ekran” R. I, 1961, nr 31 (225)
fot. Zofia Nasierowska

Moje pierwsze przedstawienie, jakie widziałam w swoim życiu, a byłam jeszcze uczennicą, to Lilla Weneda w Teatrze Polskim. Siedziałam wysoko, na „jaskółce”, i widziałam z góry, w dole tę całą scenę. Bardzo przeżyłam tę historię i nie sądziłam, że kiedyś będę sama mówiła monolog na tej samej scenie i będę wtedy się patrzyła na tę jedną osobę siedzącą na „jaskółce”. W Lilli Wenedzie grali Barszczewska, Osterwa i Milecki. To było takie odległe i wspaniałe. A potem sama grałam w tym teatrze, na tej wielkiej scenie. To było ciekawe przeżycie, bo wszyscy adepci szkoły aktorskiej chcieli grać w Katowicach u Holoubka, uważaliśmy, że to jest nowoczesny teatr, a artysta wielki. Poszliśmy grupą do ministra kultury i prosiliśmy o przydzielenie angażu do Katowic, do teatru Holoubka. Ale ten się nie zgodził i porozdzielał wszystkich po całej Polsce. Nikt z nas nie dostał się do Holoubka, a ja, niestety, dostałam przydział do Teatru Polskiego, w którym ostatni rok dyrektorem był Arnold Szyfman. Ale zdarzyła się ciekawa rzecz, bo Holoubek zaangażował się do Polskiego i w sztuce, którą zagrałam w tym teatrze, a był to Trąd w pałacu sprawiedliwości, wystąpiłam właśnie z nim. On grał rolę główną, a ja zostałam obsadzona w jedynej żeńskiej roli w tym przedstawieniu. I potem grałam z nim wielokrotnie w telewizji. I taki był mój początek.

 

MT: Wspomniała Pani Elżbietę Barszczewską. Czy miała Pani okazję z nią grać?

AP: Nie. Widziałam ją tylko na scenie, za kulisami i na uroczystych premierach. Tak jak ĆwiklińskąDomu kobiet. To było duże przeżycie – zobaczyć wielką Ćwikłę. Nawet poszłam wtedy za kulisy, aby podziękować jej „na kolanach”.

 

Alicja Pawlicka z Franciszkiem Pieczką w Karlovych Varach podczas festiwalu filmowego, gdzie prezentowano film Drugi brzeg (1962)

MT: A Nina Andrycz?

AP: Pani Nina Andrycz była niesamowitym zjawiskiem. Pewnego dnia dyrektor wywiesił obsadę Balladyny. I cóż my widzimy? Balladyna – Nina Andycz, Alina, jej siostra – Alicja Pawlicka. Ja wtedy byłam młodą dziewczyną, a ona już starszą panią, choć, oczywiście, według pani Niny była niewielka różnica wieku między nami. Nic nie powiedziałam, ale byłam trochę zszokowana.

Pani Seweryna Broniszówna grała matkę. To była wspaniała artystka. Bardzo się zaprzyjaźniłyśmy i ona odtąd traktowała mnie jak wnuczkę. Seda Broniszówna przyjaźniła się od wielu lat z Justyną Kreczmarową, były zżyte jak najbliższa rodzina.

Zresztą z Justyną Kreczmarową, prywatnie żoną Jana Kreczmara, też bardzo się zaprzyjaźniłam i byłam częstym gościem u nich w domu. Justyna mnie w pewien sposób hołubiła. Bywa tak, że te starsze aktorki biorą pod skrzydła młodsze, a że Jan Kreczmar był rektorem szkoły aktorskiej, która skończyłam, to bardzo żeśmy się szanowali.

Justyna, wiedząc, że ciężko chorowałam na sepsę i cudem wyzdrowiałam, poprosiła mnie, abym porozmawiała z Seweryną Broniszówną. Pani Seda miała wtedy 92 lata i leżała ciężko chora w klinice na Emilii Plater. Justyna powiedziała do mnie: „Alicja, ona już nie chce żyć. Błagam, idź do niej i ją namów, wstrząśnij nią i powiedz jej, że ma żyć! Zmobilizuj ją. Daj jej swój przykład”. Odpowiedziałam: „Justysiu, dobrze. Oczywiście, że pójdę”. Poszłam, zobaczyłam ją, ale ona już była bardzo chora, choć nadal mocna w spojrzeniu. Powiedziała: „Alicja, już ty mnie na nic nie namawiaj” – ona już wiedziała, z czym ja przyszłam – „Aliczko, dziecko, proszę cię, na nic mnie nie namawiaj, ja już nie chcę żyć. JA JUŻ NIE CHCĘ ŻYĆ, JA NIE CHCĘ ŻYĆ JAK ROŚLINA, ROZUMIESZ?”. Takim dobitnym tonem mi to powiedziała. Próbowałam z nią jeszcze rozmawiać: „Pani Sedo, ja wiele przeżyłam, chorowałam. Przyszłam do pani i mogę śmiać się, rozmawiać i żartować, a jutro wychodzę na scenę. Może nie dla siebie, ale dla innych dobrze, żeby pani zechciała żyć”. Ona powiedziała: „Nie, nie chcę żyć. Mam już tego życia dość”. Nie wiedziałam, co powiedzieć, ale wydusiłam z siebie słowa: „Pani Sedo, tak bardzo chciałam, aby pani długo żyła, aby cieszyła się dobrym zdrowiem, ale…”. Ona powiedziała: „Dziecko, uściskaj mnie, Aliczko, uściskaj mnie”. Uściskałyśmy się bardzo, bardzo gorąco. Wtedy jej nie rozumiałam, ale dzisiaj już rozumiem…

Alicja Pawlicka w telewizyjnym przedstawieniu Nie igra się z miłością (1958)

I rzeczywiście, kilka dni później umarła. Miała problemy zdrowotne z nerkami. I nie chciała żyć… To było trudne przeżycie, bo to była wspaniała postać.

Pani Seda była osobą bezpośrednią, formułowała zadania krótkie i rzeczowe. Chętnie opowiadała mi o swoim przedwojennym życiu. „Przyjrzyj się mi, ja nigdy piękna nie byłam” zaczęła, na co jej przerwałam, mówiąc, że była cudowną artystką. Widziałam przedwojenne filmy z nią, w których grała bardzo współcześnie, co się rzadko wówczas zdarzało. Jej aktorstwo mnie urzekło, bo było cudowne i bardzo bezpośrednie. Pani Seda jednak nie dawała za wygraną: „Nigdy piękna nie byłam, ale powodzenie miałam, nie myśl sobie. Przed wojną mężczyźni na scenę rzucali aktorkom brylanty, a nie jak dziś, czasami posyłają wam kwiaty. Byłyśmy zapraszane do restauracji, na dancingi, na wielkie przyjęcia, bale i to było życie”. Słuchałam tych opowieści z ogromną ciekawością. Opowiadała mi też o pani Barszczewskiej: „To była artystka! Za nią się uganiały tłumy wielbicieli. Zagrała wiele wspaniałych ról filmowych i teatralnych. No, miała męża… – pani Seda zrobiła minę – był niewysoki” powiedziała, pokazując dłonią wzrost Wyrzykowskiego. Jednak było to małżeństwo bardzo szczęśliwe, bo przecież miłość jest miłością i nie wybiera.

Olgierd Łukaszewicz, Alicja Pawlicka, Barbara Burska w Teatr TV
Mała uroczystość (1974)

Właśnie takich starych przyjaciół w teatrze miałam dużo. I mieliśmy taki zwyczaj, że mówiliśmy do siebie na „ty” niezależnie od wieku.

A pani Nina miała jedną fantastyczną cechę aktorki przedwojennej. Gdy grała ze mną, a ja mówiłam ważny monolog, to wycofywała się maksymalnie do tyłu. Chodziło jej o to, abym, kiedy powinnam grać z panią Niną twarz w twarz, stała tyłem do widowni.

Szczególnie było to widać, gdy występowałyśmy razem w Intrydze i miłości, w której pani Andrycz grała księżnę Jagę. Stałyśmy naprzeciwko siebie, wygłaszając długie monologi. I w pewnej chwili pani Nina zaczynała się cofać w głąb sceny, co zmuszało mnie do odwrócenia się plecami do widowni. W pewnej chwili powiedziałam sobie: „Dość tego!” i porozmawiałam z reżyserem: „Pani Wando, ja już nie chcę tak całej roli tyłem grać. Poza tym to jest moja rola i chcę grać po swojemu”. Reżyser porozmawiała z panią Niną, aby się tak nie cofała, bo przecież sobie sama szkodzi. Nic to nie dało, więc ja zaczęłam grać z nią „przez ramię”. Panią Andrycz to rozzłościło, ale ja pomyślałam: „nie dam się tej premierowej” i wciąż stałam do publiczności przodem. Za kulisami wszyscy się śmiali, a po spektaklu mi gratulowali.

Alicja Pawlicka z Ryszardem Filipskim w filmie Wycieczka w nieznane (1968)
reż. Jerzy Ziarnik

Garderoba pani Niny miała numer 15, a ja byłam w 14. Pewnego wieczoru ktoś zajął moją 14, więc ubierałam się w 15, choć koledzy mnie ostrzegali, że to przecież garderoba Niny Andrycz. A ja im odrzekłam, że to garderoba jak każda inna, aktorska. Pani Nina uważała ją jednak za swoją prywatną i sprowadziła nawet do niej swoje okrągłe lustro. Nagle pani Andrycz weszła do garderoby i powiedziała: „Pani Alicjo, to jest moja garderoba”, a ja jej odpowiedziałam: „Pani Nino, to jest nasza garderoba. Ja wprawdzie mam przydzieloną inną, ale tam się ktoś ubiera”. „No, dobrze” – odpowiedziała i pozwoliła mi łaskawie pozostać u siebie. Niestety, wykorzystała tę sytuację, aby mi się zwierzać z życia prywatnego, co nie było wcale takie przyjemne. Ale trzeba też przyznać, że pani Nina bardzo pomogła swojej garderobianej. Załatwiła jej mieszkanie i wyższą pensję.

Grałam z nią jeszcze w Uczniu diabła. I choć wszyscy mi współczuli, to jakoś dawałam sobie radę.

Kolejną osobą, która bardzo kochałam była Zofia Małynicz, która była już starą kobietą. Miała ponad 90 lat, kiedy umarła. Grałyśmy razem. Była postawną kobietą, miała cienki nos, cienkie wargi, półokrągłą buzię, ale mocno skonstruowaną twarz, krótkie włosy. Bardzo interesująca.

 

Podczas realizacji spektaklu Teatru TV Droga do Dover (1963)

MT: Czy pamięta Pani może Karolinę Lubieńską? W 1963 roku zagrały panie razem w Drodze do Dover.

AP: Tak, oczywiście. Pani Karolina mieszkała przy Teatrze Kameralnym, na Foksal. Kiedyś u niej byłam. Ona miała taką fantastyczną cechę „uwielbiaj mnie” – całą sobą to mówiła. To było absolutnie cudowne. I wszyscy ją uwielbiali. Była piękną, wspaniałą, pogodną damą. Bardzo sympatyczna, nie traktowała nikogo z góry. Dawała mi różne rady na temat gry aktorskiej, ale również jak mam się zachowywać przy starszych koleżankach. Zresztą właśnie jedna z tych starszych koleżanek powiedziała mi kiedyś: „No, moja droga, jak ty wyglądasz z tymi brwiami? Masz je wyprowadzić prosto, prościutko!”. Ja jej już nie chciałam mówić, że tak się przed wojną malowało. Podziękowałam jej, ale nic z tym nie zrobiłam.

Pani Karolina z uroczą miną wspominała, jak to przed wojną biegali za nią wielbiciele, że żyła jak w bajce. Uwielbiała snuć te wspomnienia.

 

MT: Czy wśród Pani koleżanek była również Barbara Ludwiżanka?

Elżbieta Czyżewska, Barbara Ludwiżanka i Alicja Pawlicka w filmie Godzina pąsowej róży z 1963 roku
reż. Halina Bielińska

AP: Cudowna osoba, cudowna. Ona była troszeczkę mniejsza ode mnie. Miała charakterystyczny sposób wysławiania się i myślę, że nikt nie umiałby jej naśladować. Myśmy zawsze serdecznie się ściskały. Grałam z nią i jej mężem, Władysławem Hańczą. On zwykle grał mojego ojca, np. w Nie igra się z miłością. Natomiast w Intrydze i miłości Hańcza grał Księcia, Fijewski mojego ojca, pani Nina też tam grała. Graliśmy dużo przedstawień. Hańcza pewnego dnia powiedział w garderobie: „Jeżeli rano obudzisz się, wstaniesz i nic cię nie boli, to znaczy, że nie żyjesz”. Barbara Ludwiżanka i Władysław Hańcza przygarnęli mnie i wprowadzili w meandry zawodu aktorskiego.

Grałam też ze Zbigniewem Sawanem. Z Klemensem Mielczarkiem spotkaliśmy się „w przelocie”, jak to mówią. Wspaniałym człowiekiem był Józef Kondrat, coś niebywałego, jaki on był, a był czarujący. Ja wprawdzie z nim nie grałam, ale go obserwowałam na scenie i poza nią. Był niezwykły, jedyny w swoim rodzaju. Niósł ze sobą radość życia, był cały czas uśmiechnięty, a dowcip miał „z cicha pęk”, bo gdy niespodziewanie coś powiedział, można było pęknąć ze śmiechu. Wszyscy bardzo lubili go za to jego poczucie humoru. Umiał się śmiać z siebie, co jest niezwykle rzadkie. A u aktorów szczególnie.

 

MT: Pani Alicjo, chcemy zapytać o Pani szkołę aktorską. Czy czerpali Państwo wzorce od przedwojennych aktorów? Czy uczyli się Państwo o przedwojennym kinie w ramach studiów aktorskich?

AP: Tak. Nie tylko uczyliśmy się o kinie przedwojennym, ale mało tego, chodziliśmy, bo mieliśmy blisko z Miodowej na Długą, do Instytutu Sztuki Filmowej, oglądać filmy przedwojenne w ramach zajęć.

 

MT: Czyli jak Pani wchodziła w świat aktorski, to wiedziała Pani, kto to jest Smosarska, Brodniewicz…

Władysław Hańcza, Henryk Bąk,
Leon Pietraszkiewicz, Alicja Pawlicka, Tadeusz Fijewski w sztuce Chłopcy w Teatrze Polskim (8.11.1970)
fot. Franciszek Myszkowski 
Instytut Teatralny

AP: Oczywiście, że wiedzieliśmy. Świetnie znaliśmy ich role. Zresztą jeszcze wtedy Barszczewska działała w teatrze. Występy teatralne z tymi gwiazdami to z jednej strony było spotkanie z legendą, a z drugiej strony to po prostu byli koledzy. Mieliśmy całkiem normalny wzajemny stosunek. Oni nas traktowali jako dzieciaki, a my ich jako cudownych, wielkich kolegów.

 

MT: Czy sądzi Pani, że współcześni wielcy aktorzy, np. Hanuszkiewicz czy Holoubek, wzorowali się na wybitnych przedwojennych aktorach, np. Junoszy?

AP: Nie. Wydaje mi się, że nie, ponieważ współczesna sztuka polegała już na czymś innym. Oni starszych kolegów i koleżanki szanowali, wielbili, cenili jako wspaniałych ludzi i artystów, ale nie udawali ich. Nie naśladowali ich.

Natomiast Tadzio Fijewski miał w sobie taką cechę współczesnego, nowoczesnego aktora. Co prawda, on już grywał starców, gdy ja przyszłam do teatru, grał mojego ojca w dwóch sztukach i miał ten swój specyficzny sposób mówienia, ale on się mieścił w ramach naszego współczesnego życia. To było wspaniałe. Poza tym był niesamowicie zabawny. Wielbiłam go i on mnie też lubił, choć czasami mi groził palcem i mówił: „No, no, no, córeczko, córeczko”. Jak zmarł, długo po nim płakałam. Niestety, nie wiem nic o jego życiu prywatnym, o jego żonie… To była bardzo tajemnicza, skryta para.

 

Alicja Pawlicka i Czesław Wołłejko w sztuce Teatru TV Szczęście małżeńskie (1963)

MT: Pani Alicjo, w czasie gdy Pani przyszła do teatru, nastąpiła „zmiana warty”. Z jednej strony ci odchodzący wielcy przedwojenni aktorzy, a z drugiej pojawiają się już nowe nazwiska: Gogolewski…

AP: Jasiukiewicz i trochę później Gogolewski… Te pokolenia aktorskie bardzo różniły się grą aktorską. Ale się szanowały. Choć Czesław Wołłejko był także przedwojennym aktorem (debiutował na scenie w 1939 roku), ale był do końca wspaniałym aktorem. Miał niesamowite poczucie humoru, co było widać na scenie i w poza nią, w życiu prywatnym.

 

MT: Przed wojną gra w filmie przez środowisko aktorskie nie do końca uważana była za sztukę wyższą. Natomiast po wojnie nastąpił w latach sześćdziesiątych wysyp seriali: Stawka większa niż życie, Czterej pancerni… Jak to było postrzegane? Czy Państwo chętnie szli do tych filmów i seriali? Czy jednak teatr nadal był najważniejszy?

AP: Zastanawiam się w tej chwili. Seriale jednak były wtedy drugorzędne. Prawdziwą nobilitacją było zagranie w teatrze telewizji, tam byli wspaniali aktorzy, wspaniali reżyserzy, wspaniałe sztuki. Przyznam się, że będąc we Francji, oglądałam francuski teatr telewizyjny. Byłam wtedy dumna z polskiego teatru. Nasz stał na najwyższym poziomie pod każdym względem, wtedy jego klasa była dużo wyższa od francuskiego. Niestety, to był taki czas, że polska sztuka nie przebijała się do Europy, a wielka szkoda. Miałam też okazję oglądać we Francji próby do teatru telewizji. Tamci twórcy całkiem inaczej pracowali.

Na początku, jak powstawał ośrodek telewizyjny, to nikt z nas nie wiedział, na czym to polega, jak się w tym odnaleźć, jak ustosunkować się do nowej sztuki, jaką była telewizja. To było nieznajome zjawisko i wszyscy uczyliśmy się na nowo swoich zachowań przed kamerą. Pomału zdobywaliśmy doświadczenie, my: aktorzy, scenografowie i reżyserzy. Nawet Janek! Myśmy się uczyli, ale Janek od razu wpadł na jedną, świetną rzecz. Powiedział, jak spotkaliśmy się pierwszy raz, że on jest architektem i pracował z wieloma, dla wielu, ale jak został prezenterem, to pracuje on jeden dla tego jednego. I to było jego zwycięstwem. On mówił do jednej, tej jedynej osoby, która jest po drugiej stronie ekranu. Podziwiałam to i gdy mówiłam monologi bezpośrednio do kamery, to brałam z niego przykład. To był czas nauki, a uczyliśmy się od siebie wzajemnie, bo przecież nikt nie wiedział, jak telewizja powinna wyglądać. Braliśmy od siebie i to wszystko się zlepiło, tworząc ówczesną Telewizję Polską. To wielka zasługa i determinacja całej społeczności telewizyjnej: reżyserów, kamerzystów, techników, operatorów, oświetleniowców, wszystkich. To był jeden jedyny okres w telewizji, który był cudowny, bo byliśmy zjednoczeni. Na szczęście jeszcze wtedy nie było polityki.

Alicja Pawlicka i Danuta Szaflarska
fot. Jerzy Troszczyński, FINA

Chciałabym jeszcze opowiedzieć o Danusi Szaflarskiej, która była dużo starsza ode mnie, ale nie było to w żaden sposób odczuwalne. Świetnie się dogadywałyśmy. Miałyśmy wspólne próby dla teatru telewizji. Jakieś dwa tygodnie po tych próbach wyjechałam nad morze, gdzie się mocno przeziębiłam. Oczywiście z mojej winy, bo morze było przeraźliwie zimne, ale ja musiałam się wykąpać, bo kochałam pływać. Poszłam jak najszybciej do lekarza i pani doktor przepisała mi streptomycynę. A muszę dodać, że nigdy wcześniej nie brałam antybiotyków. Wykupiłam lek i zaczęłam go zażywać. Pierwszego dnia czułam się bardzo dobrze, ale już drugiego zaczęłam słabnąć, a gdy trzeciego wzięłam rano antybiotyk, to na porannej próbie o mało nie zemdlałam. Potem pojechałam do telewizji i tam znów zasłabłam, czułam ogólny ból, kręciło mi się w głowie, straciłam kontrolę nad sobą. Danuśka natychmiast się zainteresowała, wypytała mnie, czy czegoś nie brałam. Jak jej powiedziałam, że brałam streptomycynę, to natychmiast krzyknęła: „Ludzie, przerywamy próbę! Alicja, wsiadaj w samochód, jedziemy!”. Była ostra i zdecydowana, choć ja się broniłam: „No co ty, kochanie? Jak to? Mamy przerywać próbę? Po co?”. Zawiozła mnie do szpitala, w którym dyrektorem był jej znajomy, doktor Pawlak. Wparowała ze mną do jego pokoju: „Panie dyrektorze, przywiozłam panu pacjentkę. Coś z nią jest niedobrze. Badajcie ją natychmiast. Wzięłam ją prosto z próby”. Doktor Pawlak, z wielkiej atencji dla pani Szaflarskiej, natychmiast się mną zajął. Zrobili mi badania, na wyniki których czekałam tylko pół godziny i powiedział: „Proszę pani, jak dobrze, że pani w tym momencie do nas trafiła, bo po kolejnym proszku już by pani nie żyła”. Okazało się, że ja mam poważne uczulenie na streptomycynę. Kochana Danusia uratowała mi życie. Będę jej wdzięczna do swojej śmierci.

Byłyśmy potem razem na wczasach w Szklarskiej Porębie. Przywiozła mi z rodzinnego domu ogromny słój marynowanych rydzów. Panie nie mają pojęcia, co to jest za pyszota! Danuta Szaflarska to wielki człowiek, wielka kobieta, wielka artystka, pod każdym względem wielka. Uwielbiałam ją.

 

MT: Czy miała Pani jakąś jedną ulubioną aktorkę, którą w szczególny sposób Pani lubiła i podziwiała?

AP: Nie, nie ma takiej jednej, o której mogłabym powiedzieć, że to jest ta jedyna. Uważam, że było tak wiele wspaniałych aktorek, kobiet, że nie jestem w stanie ograniczyć tego do jednej osoby.

 

Alicja Pawlica i Jan Suzin podczas Turnieju Miast w Kazimierzu

MT: A Jan Suzin lubił kino?

AP: Lubił kino, ale nie bardzo lubił telewizję. Być może dlatego, że znał jej kulisy.

Zresztą myśmy się tak poznali, właśnie za kulisami. To były zabawne okoliczności. Grałam w sztuce, nie pamiętam już, w jakiej, ale to była ostatnia moja sztuka, o tematyce śląskiej, w studiu na pl. Powstańców Warszawskich. Grałam główną rolę żeńską. Kręciliśmy na żywo na scenie, która składała się z trzech wgłębień, gdzie znajdowały się dekoracje do poszczególnych scen. A z boku była taka malutka dziupla, w której siedział Jan Suzin i zapowiadał tę sztukę. Po zakończonym spektaklu, było to w zwyczaju aktorskim, aktorzy grający główne role zapraszali resztę kolegów do charakteryzatorni, która była największa, na małego drinka. A ja w ogóle nie piłam alkoholu, ale że byłam zobowiązana, więc poszłam do delikatesów na Nowym Świecie i poprosiłam panią ekspedientkę o bardzo dobry alkohol. „Dla pani ten będzie pyszny!” odpowiedziała. Nie spojrzałam na etykietę, zaufałam jej i po prostu go kupiłam. Dopiero w garderobie się zorientowałam, że to była słodka, damska wiśniówka. Dla tych moich kolegów to było okropne, ale potem mi przebaczyli i mówili: „Z tobą, Alicja, to tylko wiśniówkę pić”. Zaprosiłam też do charakteryzatorni Janka. To było odruchowe, my mieliśmy się bawić, a on stał z boku. Podeszłam i powiedziałam: „Proszę, panie Janie, do nas, zapraszam”. I Janek przyszedł.

Była tam też inspicjentka Zosia, z którą się bardzo przyjaźniłam, była wspaniałą osobą. W trakcie tego spektaklu, w drugiej scenie miałam zmienić garderobę ze spódniczki na spodnie. Operator zrobił zbliżenie na moją twarz, mówię swój monolog, a inspicjentka nagle mnie maca, ściąga spódniczkę i podnosi jedną nogę, potem drugą, i zakłada mi spodnie, a ja gram na zbliżeniu! Ona mi nie powiedziała wcześniej, że to zrobi, dla mnie to było całkowite zaskoczenie. Potem mi powiedzieli koledzy, że dla sztuki było to korzystne, bo „grałaś z taką namiętnością”. Takie sytuacje zdarzały się bardzo często, ale jednak uprzedzano mnie. A wtedy nie miałam tej świadomości, ponieważ Zosia zagapiła się i nie zrobiła tego wcześniej.

Alicja Pawlicka w filmie Godziny nadziei (1955)
fot. Franciszek Kądziołka, FINA

Gdy wyszliśmy z tej charakteryzatorni, to Janek zaprosił mnie na spacer. Była już noc. Zaprosił mnie do Kameralnej, zamówiliśmy po kieliszeczku alkoholu. Ja tylko umoczyłam usta. Było przyjemnie, a na koniec Janek odwiózł mnie do domu taksówką. Pożegnaliśmy się. Ale od tego czasu trafialiśmy na siebie codziennie i zaczęło się coś bardzo pięknego… Od tego dnia do dnia jego odejścia żyliśmy razem. Tak zaczęło się i tak skończyło.

 

MT: Pani Alicjo, zachowała się fotografia Aleksandra Żabczyńskiego ze zdjęć próbnych do Godzin nadziei. Czy kiedykolwiek wspominał, dlaczego nie zagrał w tym lub innych filmach po wojnie?

AP: Nie, nie mówił o tym. Żabczyńskiemu proponowano role, ale takie, których nie chciał i nie mógł przyjąć. To były role towarzyszy partyjnych, bonzów. Powiedział: „Skończył się mój etap filmowy na wojnie, dziękuję, do widzenia, nie, nie, nie”. I był bardzo zdecydowany w tym oświadczeniu. Ale za to zaczął grać dużo w teatrze.

Natomiast ja grałam w tym filmie jeszcze jako studentka szkoły teatralnej. Bardzo miło go wspominam. To były najwspanialsze wakacje naszego artystycznego życia, nie tylko studentów, którzy byli ze szkoły warszawskiej, łódzkiej i krakowskiej. Wielu znanych aktorów zaprzyjaźniło się wtedy z nami, studentami. Mieszkaliśmy w Łagowie Lubelskim przez trzy miesiące i robiliśmy sobie psikusy. Bardzo się zżyliśmy.

Alicja Pawlicka i Stanisław Mikulski podczas prób do sztuki
Intryga i miłość (1969)

Grał tam też Stanisław Mikulski, ale nie polubiliśmy się wtedy ani później, choć graliśmy parę kochanków w dwóch sztukach i całowaliśmy się namiętnie na scenie. Cóż, musieliśmy to znieść.

 

MT: Czy Ludwik Sempoliński stanął na Pani drodze kariery?

AP: Profesor? Profesor Sempoliński? Oczywiście znam, ale nie miałam z nim zajęć. On był profesorem w szkole teatralnej na Miodowej na wydziale estrady, a ja studiowałam na wydziale dramatycznym. Cóż za niebywała pogoda ducha była u niego! Wspaniały człowiek. Studenci go uwielbiali.

Był wzorem dla Bohdana Łazuki, którego nauczył swobodnego zachowania na scenie.

 

MT: Pani Alicjo, podobno Pani mąż, Jan Suzin, napisał książkę o kulisach swojej pracy, gdzie również znalazły się osobiste wspomnienia o Aleksandrze Żabczyńskim. Kiedy możemy się spodziewać jej na rynku księgarskim?

AP: Tak, mąż napisał książkę Nieźle się zapowiadało o swoich początkach w telewizji, nic mi o tym nie mówiąc. Odkryłam ją przypadkowo dopiero po jego śmierci i podpisałam umowę z wydawnictwem. Wszystko wskazuje, że ukaże się jeszcze w tym roku i bardzo się z tego cieszę.

 

MT: Pani Alicjo, bardzo dziękuję za pasjonujący wywiad.

AP: Bardzo Pani dziękuję za spotkanie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.