Ignacy Gogolewski: Moim idolem na zawsze pozostanie Żabczyński

Ignacy Gogolewski jest dziś uznawany za jednego z najwybitniejszych polskich aktorów. Ma w swym dorobku wiele ról filmowych. Występował w filmach najlepszych polskich reżyserów, a na deskach teatrów kreował niezapomniane role dramatyczne. W rozmowie ze „Starym Kinem” Ignacy Gogolewski opowiedział o artystycznych wzorcach, od których uczył się sztuki aktorskiej oraz o spotkaniach z wielkimi mistrzami polskiej sceny i filmu.

Ignacy Gogolewski i Irena Eichlerówna w sztuce Brytanik, 1963 rok, NAC

Stare Kino: Panie Ignacy, to jest pytanie, które obowiązkowo zadajemy wszystkim naszym rozmówcom.  Kto jest Pana ulubionym przedwojennym aktorem lub aktorką?

Ignacy Gogolewski: Moim ulubionym aktorem przedwojennym był i jest nadal oczywiście Aleksander Żabczyński. Proszę sobie wyobrazić, że miałem zaszczyt siedzieć w jednej garderobie, obok mistrza, który był przeuroczym panem. To był szczyt elegancji. Zachowywał wszelkie zasady savoir-vivre, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Pierwszy raz widziałem też starszego, siwego pana, który w tak niesamowity i uroczy sposób uwodził konduktorkę w tramwaju, która notabene chciała tylko sprawdzić jego ważny bilet. I właściwie sprawa była już jasna, ale Pan Aleksander musiał zaraz wysiadać do teatru na Foksal i tak też się skończył ten krótki „romans”.

Poza tym przyglądałem się jego dłoniom. To nie były dłonie pianisty, ale rzeźbiarza. Duże, grube palce, które po prostu musiały mieć swój wyraz w tym co on w tym małym drewienku potrafił ukształtować i cieszył oczy tysiącom nabywców, bo rzeczywiście te wszystkie ptaszki, które sprzedawał za symboliczną sumę do Cepelii, były chodliwe. Natomiast jeżeli chodzi o charakteryzacje, to po raz pierwszy zetknąłem się z takim spostrzeżeniem, które mnie zaskoczyło. Mianowicie, w szkole teatralnej na ogół, a był to osobny przedmiot, który wykładał bardzo charakterystyczny aktor Henryk Małkowski. Bardzo wymagający i używający dosyć brutalnych określeń w stosunku nas, którzy nie potrafiliśmy tego wszystkiego zrozumieć i robili różnego rodzaju bohomazy… To był czas, kiedy charakteryzacja w teatrach była obowiązkowa. Trzeba było doklejać nosy, zmieniać twarz nie do poznania, zakładać peruki, ogólnie aktor winien był przypominać postać, którą miał zagrać. Był to etap, kiedy sugerowano aktorowi i wymagano od niego, aby w każdej roli był inny i nie powinien się powtarzać. To tak naprawdę nastąpiło w czasach, kiedy zetknęły się charakteryzacje Woszczerowicza, Świderskiego i Gustawa Holoubka, który jak się przebierał w sztuce pt. Fantazy, to po prostu był taki śmiech, że koledzy musieli się wręcz powstrzymywać od uśmiechów, ponieważ ta charakteryzacja do Gucia Holoubka nie pasowała w żaden sposób. Był to jakiś przebrany człowiek i w momencie, kiedy zetknęliśmy się w jednej sztuce telewizyjnej, którą telewizja nadała w pierwszym okresie, kiedy interesowano się teatrem i kiedy Woszczerowicz cały poklejony i zmieniony wyszedł na scenę, wówczas Holoubek pojawił się na scenie tylko z przeczesaną grzywką i swoimi wielkimi oczyma, którymi czarował nie tylko Panie, ale i tysiące widzów przed telewizorami. I rzeczywiście w pewnym momencie, ta estetyka przeszła na tę stronę. Ale do momentu, kiedy było trzeba się charakteryzować, ja uparcie, musiałem dbać o swoją pełną charakteryzację. Dzisiaj może to się wydawać bardzo śmieszne, jednak na tamte czasy, było to nie do ominięcia. Wspominając jeszcze jedną bardzo wziętą sztukę Achilles i panny, gdzie grając tytułową rolę Achillesa, musiałem uwodzić cztery piękne panny, w tej roli wystąpiły moje koleżanki, między innymi moja pierwsza żona. Przykładałem się cały czas do tej charakteryzacji, chodząc co i rusz do ogromnego lustra w holu, chociaż mój strój był bardzo skromny, ponieważ składał się jedynie z przepaski na biodra i wielkiego czerwonego płaszcza.

Ignacy Gogolewski, zdj. Edward Hartwig, NAC

Dodatkowo musiałem mieć podkręcane włosy. Jednak pomimo tych wszystkich zabiegów, nie wyglądałem tak okazale jak wspomniany już tytułowy bohater Achilles. W tym czasie Aleksander Żabczyński, który był już starszym panem w kwiecie wieku, przed wyjściem na scenę, zawsze brał zajęczą łapkę, która była znakomitym i przede wszystkim podstawowym rekwizytem charakteryzacji, maczał ją w mące, potem kładł na twarz i wychodził na scenę. Tak jak stał, tylko w kostiumie. Któregoś dnia, kiedy przyglądał się, jak pieczołowicie zajmowałem się charakteryzacją moich rzęs, zwrócił się w moją stronę i powiedział „po czterdziestce ci to przejdzie” i faktycznie, miał rację, przeszło mi. Może nie zupełnie, gdyż jestem z tego pokolenia, które nawet dzisiaj, musi przed wyjściem na scenę, wziąć chociaż odrobinę tego puszku na twarz, żeby móc poczuć się kimś innym niż w rzeczywistości.

Aktualnie gram w Teatrze Polonia u boku Krystyny Jandy, gdzie gram trzy postacie. Pierwszą z nich jest stary niedołężniały jej sługa, drugą jest jej ojciec, który jest już starszym człowiekiem w sile wieku, oraz przewrotnym dyrektorem teatru, gdzie moja charakteryzacja ogranicza się już tylko do odcieni i koloru twarzy. Jasny kolor ma sugerować starego człowieka, o ile w moim wieku można jeszcze grać starszego od siebie, szary – człowieka w średnim wieku i kolor ciemny, sugerujący człowieka młodego.

Kończąc jeszcze o Aleksandrze Żabczyńskim, należy nadmienić iż był on niedoścignionym dżentelmenem, mężczyzną, synem generała rosyjskiego, gdzie podejrzewam, że kindersztuba była utrzymywana na wysokim poziomie. A poza tym przeszedł szlak z armią Andersa, gdzie zmieniały się kultury, zmieniały się sytuacje. On w pewnym momencie był takim adiutantem generała Andersa, w związku tym nabrał nie tylko tej ogłady wczesno-warszawskiej, gdzie był tym przystojnym amantem we fraku, ale jednak przeszedł świat, gdzie doznał całego szeregu radości i zawodów, gdzie także miał bardzo skomplikowaną podróż do Polski. Podobno przyjechał tutaj raz incognito, bo nie wiedział jaka jest sytuacja. Różnie mówili, jednych zostawiali, drugich przeciągali na swoją stronę, żeby im donoszono i w pewnym momencie, kiedy już zbadał dokładnie, jaka jest tutaj sytuacja, co mu ewentualnie grozi i że ewentualnie Szyfman, byłby skłonny, który był wieloletnim dyrektorem  teatru Polskiego oraz jego założycielem, że go zaangażuje, zdecydował się i przyjechać na stałe.

Ignacy Gogolewski, NAC

Grałem z nim w Miesiącu na wsi, gdzie był takim „przyjacielem domu”, do którego mnie zaproszono, żebym jako młody człowiek kształcił jedenastoletniego chłopaka. We wspomnianym Achillesie i pannach, gdzie najpierw byłem dziewczyną, ponieważ chciano na początku ukryć płeć Achillesa. W jednej ze scen, kiedy podbiega do nas Amor i  w pewnym momencie, kiedy moje siostry zaczynają mówić po kolei, że nazywają się Beta, Alfa i Omega, a Achilles w przebraniu kobiety, odzywał się grubym głosem Gamma, co oczywiście wywoływało wśród widowni salwy śmiechu, gdyż domyślali się, że pod tą kiecką kryje się jednak chłopak.

Aleksander brał wazę, na której były różnego rodzaju rysunki, w jakiś sposób pornograficzne, ponieważ w starożytności takie obrazki były na porządku dziennym i na podstawie których próbował uczyć młodego Achillesa, jak postępować z kobietami. Żabczyński, który problemów z kobietami nie miał żadnych, w przeciwieństwie do mnie, kiedy to zawsze sprowadzałem się przy nim do roli ucznia, młodego chłopaka, który dopiero wkracza w tą sferę życia.

SK: Jakim kolegą z pracy był Aleksander Żabczyński?

I.G.: Był życzliwy temu pokoleniu, nie powiedziałbym, że mnie wyróżniał, ponieważ do wszystkim osób, nie tylko do młodzieży, ale też i do starszych potrafił elegancko się odnosić, odpowiedzieć, bez fanaberii, bez takich odruchów „artystowskich”. Od razu zyskał akceptację swoich doskonałych kolegów z teatru, między innymi Mieczysławy Ćwiklińskiej, Niny Andrycz,  Lecha Madalińskiego, którzy byli już w tamtym czasie świetnie sytuowanymi aktorami Teatru Polskiego. Za kulisami zachowywał się w sposób nienaganny. Czasami aktorzy rozmawiają, nie biorąc pod uwagę tego, co się dzieje na scenie, a on to doskonale szanował. A to, że miałem to szczęście siedzieć u boku takiego człowieka, a z czasem dochodziły również  zdjęcia z przedwojennych filmów, to po prostu ta postać urastała mi do jakiejś niebywałej rangi.

O sprawach kiedy był za granicą, kiedy wędrował z armią Andersa w ogóle nie rozmawiał. Podejrzewam, że było to pewnego rodzaju umową z ówczesnymi władzami, a on ani tego nie deprecjonował, ani nie wywyższał, że to właśnie wolność itd. W związku z czym był także, co podejrzewam i o czym nie mówił, wzywany co jakiś czas na rozmowy. Być może próbowano z niego wydobyć jakieś sprawy, jak się zachowuje środowisko, w którym on przebywa. Wiem tylko, że kiedy odwiedził nas teatr niemiecki i gdzie z tamtej strony, wkroczyła na salę galeria znakomicie ubranych pań, bo to jednak była znaczna różnica, jeżeli chodzi o nasze możliwości, oraz panów na czele których kroczył jakiś pan inaczej kochający, nie zrobiło to takiego wrażenia, kiedy w pewnym momencie otworzyły się drzwi i Aleksander Żabczyński wszedł w niebieskim smokingu i nie było nikogo. Przyćmił wszystkich!

Emilia Krakowska i Ignacy Gogolewski w filmie Chłopi

SK: A jakim człowiekiem był prywatnie?

I.G. Jeżeli chodzi o kobiety, to przekraczał on kilkakrotnie wszystkie granice. Poza tym różnica pokoleniowa była tak wielka, że to się w głowie nie mieści. Wśród wszystkich aktorów tamtego czasu oni mieli solidny warsztat… Kiedy miałem odpowiedzialną rolę w Miesiącu na wsi – dużą rolę, która otworzyła mi drogę do największej roli w polskim teatrze, mianowicie do roli Gustawa Konrada… i gdzieś tam za kulisami chodziłem, szeptałem, powtarzałem tekst, byłem mocno podenerwowany. Wówczas Nina Andrycz rzekła do mnie, żebym się nie denerwował, bo oni tam czekają na nią i w tym samym momencie nerwy odchodziły, wychodziłem na scenę i spokojnie wypowiadałem swoje kwestie. W kulisie zobaczyłem starszego kolegę Kurnakowicza, który miał wtedy wolny wieczór. A wiadomo jak Kurnakowicz miał wolny wieczór, to nie obywało się to bez… czegoś mocniejszego. Ja mówiłem wtedy swój monolog. Grałem rosyjskiego zbuntowanego studenta, na co, kiedy stanąłem przy tej kulisie taką miałem sytuację i na raz słyszę szept Kurnakowicza „Synu! Synu!” Mówiąc to bardzo zaciągał przy tym, co przypominało bardziej syczenie. „Synu! Pauza jest duszą gry. Pauza!” Wtedy zrozumiałem, że nie trzeba tak cały czas mówić. Bo gdyby nasi oratorzy, często występujący jako literaci, dziennikarze i  politycy wzięli to pod uwagę, to brzmienie języka polskiego inaczej by wyglądało. Musi być pauza. Tę pauzę właśnie wykonał jeden z byłych aktorów, ale dostał najlepszą szkołę, a mianowicie ten z teatru rapsodycznego, poszedł do seminarium i został Papieżem. On powiedział, żeby oblicze odmieniło ziemi (była długa pauza) i powiedział „Tej ziemi”. I dlatego to jest powtarzane, nie tylko, że powiedział to Jan Paweł II, ale jak to powiedział.

SK: Czy prawdziwe są pogłoski, że Aleksander Żabczyński z Jerzym Pichelskim, tak średnio się lubili? W sensie takim, iż Żabczyński tak jak to się teraz mówi, nabijał się z Jerzego Pichelskiego, oczywiście już po wojnie, że on prowadzi takie wystawne życie, że nawet by do Paryża karetą pojechał. Coś wiadomo Panu na ten temat?

IG: Niestety nic nie wiem o tych ekstrawagancjach Jerzego Pichelskiego. Pamiętam go przede wszystkim, że gdzieś na Ochocie, gdzie nas zaprosił, graliśmy do piątej w pokera. I ja tam wygrałem, mając karetę asów. A w teatrze zachowywał się w sposób normalny. Nie był jakiś ekstrawagancki i zarozumiały. Broń Boże, całkiem normalny człowiek!

Ignacy Gogolewski z wizytą w redakcji „Starego Kina”

To Żabczyński mógł przyjechać i patrzeć z dystansem co się w tej Polsce Ludowej dzieje, a Pichelski wkomponował się w to. No, był popularny, kobiety szalały na jego punkcie. Jak się go ogląda na ekranie, zwłaszcza w tych filmach przedwojennych – żyleta! Mężczyzna fantastyczny pod każdym względem. Na scenie był jednak trochę stonowany. Proszę zwrócić uwagę, że ci, którzy zdobywają laury filmowe, oni na scenie są tacy nie do końca wypowiedziani. Na czym polega pewien mankament, pewne niedouczenie? Zawodu można się nauczyć tylko w teatrze. W telewizji i filmie tego się nie nauczy. Tam można wejść z dobrze przygotowanym zawodem i aktor teatralny może, choć tak to bywa, że jednych kamera lubi a drugi omija. Albo w każdym razie, kiedy się zatrzyma to niewiele mówi.

SK: Jak Pan uważa, czy warsztat aktora filmowego i aktora teatralnego, może być porównywalny? Czy aktor filmowy, równie dobrze może sobie poradzić na scenie w teatrze? I oczywiście w drugą stronę, czy aktor teatralny, tak samo odnajdzie się grając przed kamerą filmową? Czy możemy postawić między nim znak równości?

I.G: Gdyby Państwo widzieli początki Bogusława Lindy na scenie, to przyznam się, że byłem na paru przedstawieniach i spuszczałem oczy. Stanie przed kamerą wszystko mówi. Szczególnie w ostatnim filmie, szkoda, że został wyeliminowany, jeżeli chodzi o konkurencję filmy zagraniczny i promowany do Oscarów. Podejrzewam, że gdyby ten film przeszedł to sito, zwrócono by uwagę na Lindę. W skali międzynarodowej oczywiście. No ale film jest słaby, rzeczywiście w jakimś stopniu Linda mu pomaga, ale scenariuszowo, tematycznie jest gdzieś zakręcony.

To rzeczywiście zdawałoby się, że to są dwa różne zawody, ale jeden jest podstawowy. Widziałem wiele takich momentów, że czasem publiczność bardziej zwraca uwagę na aktora, który akurat stoi gdzieś z boku i czeka na swoją kolej i patrzą co on robi w tym momencie, jak się zachowuje. I tutaj pojawia się jakiś dar, którego nie można nazwać, ani nie można się go nauczyć. Człowiek rodzi się z pewną umiejętnością współdziałania z drugim człowiekiem, niezależnie czy to jest widownia i scena albo to jest po prostu takie gadanie.

SK: Proszę nam opowiedzieć o tych trzech kobietach, które wywarły na Panu tak wielkie wrażenie i odcisnęły swojego rodzaju piętno na Pana życiu aktorskim.

I.G: Należały do nich trzy piękne kobiety: Irena Malkiewicz, Elżbieta Barszczewska oraz Danuta Szaflarska. Może zacznijmy od pani Ireny Malkiewicz, o której wiem najmniej, ale miałem zaszczyt zaprosić panią Irenę, wiedząc że jest to aktorka filmowa, do filmu, który zrealizowałem, bo i to mnie w życiu spotkało, pt. Dom św. Kazimierza. Tam była taka rola apodyktycznej i surowej przełożonej w domu św. Kazimierza, w którym przebywał Norwid. Ja tylko patrzyłem, jak robiliśmy taką scenę na próbę. Nawet nie chciałem, żeby te próby w jakikolwiek sposób zmęczyły lub obciążały panią Irenę i zawsze po takich próbach,  pytałem się jej, czy możemy kręcić. „No jeżeli pan uważa, że ta wstępna próba idzie w dobrym kierunku, to możemy zaczynać” – mówiła. Zaczęliśmy kręcić, ja tam miałem mało do powiedzenia, pani Irena wypowiadała mi regulamin… Ja kiwałem głową, bo pozwoliłem sobie w moim drugim filmie i zagrać i reżyserować. Zawsze uważałem, że w momencie, kiedy się gra i reżyseruje, to jedno ucieka. Ale nie zawsze. W tym wypadku wydaje mi się, że dobrze zrobiłem decydując się grać Norwida.

O innych Mickiewiczach, Sienkiewiczach, czy Chopinach było wiele, natomiast Norwid na swój film się nie doczekał. Potem był następny moment spotkania, kiedy graliśmy Gałązkę rozmarynu u Zygmunta Nowakowskiego, którego poznałem będąc w Londynie. Nie było to łatwe, żeby się tam dostać.. Osoby które się wyróżniały w sensie zawodowym, próbowano lekko wypuścić na Zachód i pierwsza tego typu wyprawa, żeby zobaczyć festiwal teatralny, gdzie oczywiście nie mogliśmy sobie darować w Paryżu, aby pobyć dwa, trzy dni. Jak się dostało pięć dolarów, nie była to suma, aby za nią wytrzymać cały pobyt.

Jedliśmy jedynie banany i piliśmy wino… Byliśmy tam traktowani jak osoby z innej planety. Pytano się mnie nawet gdzie kupiłem swoją niebieską marynarkę, w której wówczas byłem, a którą to miałem uszytą na zamówienie, z materiału, który sam wybrałem i zakupiłem.

Aleksander Żabczyński i Ignacy Gogolewski na scenie Teatru Kameralnego w 1956 roku w sztuce Achilles i panny

SK: A jak teraz, z perspektywy czasu, z pozycji mistrza… jak Pan spostrzega współczesne aktorstwo? Jak dalece wizerunek aktora współczesnego różni się od tego aktora z lat minionych?

I.G. Nie chcąc dotknąć dzisiejszego grona pedagogicznego, które z resztą od czasu do czasu mnie, może bardziej swego czasu zapraszało, żebym podzielił się swoimi spostrzeżeniami, to największą wadą, uszczerbkiem tego zawodu, tego co się nazywa sztuką aktorską jest zaniedbanie mowy. To jest pierwszy i bardzo podstawowy mankament. Zaczęło się od likwidacji „ł” przedniojęzykowego. No, można się z tym zgodzić, ale słuchając dzisiejszych filmów, ja nie mogę nic zrozumieć. To dyskwalifikuje przecież zupełnie. Tak więc ten mankament jest widoczny i żeby to właściwie określić, bo nie jest tutaj ważna widoczność, tylko moment zatrzymania tego, a jeżeli tego nie zrobimy, to jest obawa, że stanie się to normą. Do czego nie można dopuścić.  W pewnym momencie idę do czołowego teatru, siadam w drugim rzędzie parteru i ja nie rozumiem co koledzy mówią. Nawet przy pewnej głuchocie w wieku 85 lat, która ma prawo człowieka dotknąć, wówczas podkręcam swój aparat słuchowy i nadal nie rozumiem.  

Nie każdy musi być aktorem. Przecież jest tyle innych wspaniałych zawodów, które również można wynieść na piedestały artyzmu. Kiedy widzę codziennie człowieka o siódmej rano, który ze swoją miotełką przechadza się po placu, to właśnie to jest dla mnie majster. Nie mówiąc o tym co może zrobić dziennikarz, lekarz, którzy mają niezwykle podobne zawody z artystami. Bardzo mi się podobało powiedzenie, że wszyscy jesteśmy aktorami, oczywiście z wyjątkiem kilku dobrych komediantów.

SK: A jaki jest Pana ulubiony film przedwojenny?

I.G. Wszystkie filmy z Junoszą-Stępowskim.

SK: Czy w latach pięćdziesiątych, Państwo jako młodzi aktorzy, oglądali w ogóle przedwojenne filmy? A jeżeli tak, to jak je Państwo odbierali i oceniali? Czy były traktowane jak coś archaicznego?

I.G. Wtedy ja nie wiedziałem jak należy je oceniać, ale dziś wiem, że kulturę w tym kraju, prezentowała Polska kinematografia. Jak należy się zachowywać, na czym polega inteligencja, na czym polega wiedza. Wszyscy ówcześni aktorzy, uczyli. Bo kto miał uczyć? Kto miał uczyć Polskę międzywojenną sposobu zachowania?

Stamtąd właściwie wszystkie maniery wychodziły. Stąd tak mi się bardzo podobał Aleksander Żabczyński w swoim zachowaniu, zarówno na ekranie jak i potem, kiedy to miałem tą wielką przyjemność osobiście poznać i móc go obserwować na co dzień w życiu. I on jest moim wzorcem. Nawet jeżeli zdaję sobie sprawę, że może ewentualnie tylko w słowie, czy w mowie mógłbym mu dorównać, ale jeżeli chodzi o jego sposób bycia, zachowania, czy jego podejścia do kobiet, nie miał sobie równych. Tak naprawdę, to wszyscy przedwojenni aktorzy stworzyli kulturę tego kraju. I to samo mogę teraz powiedzieć o Waszym miesięczniku, który na nowo przywołuje tą przedwojenną „filmową” kulturę, aż chce się zaśpiewać jedną z moich ulubionych piosenek, wykonywaną przez Aleksandra Żabczyńskiego Powróćmy jak za dawnych lat….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.