Ryszard Ordyński: Mój debiut filmowy

Ryszard Ordyński

Z mojej włóczęgi
Ryszard Ordyński
Wydawnictwo Literackie 1956

Po dość pracowitym sezonie reżyserskim w Metropolitan Opera House zaproszony przez przyjaciela pojechałem na wakacje do Hollywood. Dr Cox oczekiwał mnie na dworcu, aby mnie zawieźć do swojej willi, w której mieszkał z uroczą matką i siostrą. Zobaczyłem go z okna wagonu, krzyknęliśmy ku sobie serdecznie „Hallo” i począłem się wydobywać z mojej zresztą miłej, choć niewielkiej sypialni, w której spędziłem cztery dni i tyleż nocy. Witając się z przyjacielem, spostrzegłem dość zamaszyście zbliżającego się ku mnie jakiegoś pana, który bezceremonialnie począł oblewać moje zdziwienie strumieniami swojej reporterskiej wymowy. Okazało się, że jako tak zwana „figura” ze świata artystycznego, i to z Nowego Jorku, byłem już anonsowany w jakimś dzienniku, a firma Fox, potężna wówczas wytwórnia filmowa, względnie jej niezwykle wymowny propagandzista, postanowili wyzyskać mój przyjazd do Hollywood w celach reklamowych.

Plakat filmowy, 1917 rok

Na prośbę mojego przyjaciela pan Mac Conwey (jak się przedstawił) dał się łaskawie ubłagać i pozwolił nam z dworca pojechać do domu, przywitać się i rozpakować, ale zaraz po lunchu w skwarny dzień lipcowy zostałem sprowadzony samochodem na rozległe tereny wytwórni Fox, zamienione w owej chwili na „najprawdziwszy” Egipt z pałacami i świątyniami, zapełniony nagusami egipskimi obojga płci, przeważnie wcale urodziwymi. Zaprowadzono mnie przed oblicze jakiejś damy w kostiumie Kleopatry, a pouczony poprzednio przez rozmownego pana Mac Conveya, nie miałem już żadnej wątpliwości, że stoję przed samą panią Thedą Bara, jedną z największych w tym czasie gwiazd filmowych, specjalizującą się w rolach „wampów”. Zdziwiona, a raczej urażona pani Theda Bara usłyszała ode mnie, że jej jeszcze nie zdążyłem podziwiać na ekranie. Oświadczyłem w dodatku, że się zgoła nie znam na typach kobiecych, w których ona celuje. Bezczelność moja musiała się wydać tym większa, że mówiłem to prosto w oczy, zresztą bardzo piękne i wymowne, najbardziej fachowemu wampowi ekranowemu Ameryki.

Egipska Kleopatra, broniąc się przed słońcem elegancką parasolką, łaskawie się jednak uśmiechnęła. Zdjęcie nasze – cywila i wielkiej królowej pod parasolką – zresztą bardzo zabawne, obeszło kilka pism filmowych1.

Dalszy ciąg tego mojego spotkania z wielką gwiazdą odbył się zupełnie po amerykańsku. Wieczorem tego samego dnia wspaniała limuzyna zawiozła mnie do niej na obiad, który był właściwie bankietem na jakieś dwanaście osób. Co druga z nich była „gwiazdą”, a każda co najmniej kimś ważnym na tle już wówczas bardzo potężnego Hollywoodu, który mimo swego rozgłosu i coraz mocniej opanowującej świat gorączki filmowej, nie wzbudzał jakoś szczególnego zapału w duszach wielu artystów i ludzi teatru, patrzących trochę z góry na tę nową, za bardzo na ich pojęcia zmechanizowaną sztukę.

Po czarnej kawie w mistycznie oświetlonym ogrodzie palmowym, wielka Theda zwierzyła mi się z dylematu, który stanie przed nią niemal natychmiast po zdjęciach dobiegającego końca filmu egipskiego, a więc najdalej za dwa tygodnie. Otóż scenariusz, który z woli wytwórni ma zagrać zaraz po Kleopatrze, bardzo jej nie dogadza. Natomiast od dawna marzeniem jej było zagranie Rosjanki w filmie specjalnie dla niej napisanym i uwzględniającym jej możliwości. W USA przewrót, dokonujący się w Rosji, wzbudził wśród szerokich mas wielkie zainteresowanie. W czasie przyjęcia u Thedy rozmawiało się o tych sprawach i obecni zwracali się do mnie jako do Polaka, a więc sąsiada Rosji z pytaniami dotyczącymi rewolucji.

Spacerując ze mną po ogrodzie w pewnym momencie pani domu zwróciła się z prośbą, a raczej żądaniem, abym nie mniej ni więcej napisał dla niej scenariusz na tle lat poprzedzających rewolucję. Zaskoczyło mnie to zadanie, ale przyznaję się, że nęciło mnie ono w pewnej mierze. Nieopatrznie dałem jakieś przyrzeczenie, że zastanowię się nad tym i pożegnałem się z nią, gdyż w hotelu Alexandria umówiłem się na jedenastą z moim już od roku dobrym znajomym Charlie Chaplinem.

Charlie ku mojemu zdziwieniu wiedział już o tym, że „podobno piszę scenariusz dla Thedy Bara”. Ale na szczęście dwie miłe godziny w restauracji hotelu spłynęły nam bez powracania do tego tematu. Charlie w sposób na pół komiczny, a na pół poważny opowiadał mi o swoich ostatnich przygodach miłosnych. Właśnie ostatnio zerwał z pewną miłą aktoreczką, która się w nim na zabój kochała, i już był ofiarą nowych ataków ze strony pewnej bardzo pięknej i bardzo znanej awanturnicy, która zagięła parol na jego fortunę, będącą świetnym dodatkiem do wzrastającego rozgłosu wielkiego artysty. Charlie wówczas nie był jeszcze „ani razu” żonaty i nie przypuszczał, jak bogata przyszłość czeka go na tym polu. Skończyło się jak zwykle na roztrząsaniu poważnych zagadnień – naturalnie mówiliśmy również o rewolucji rosyjskiej, do której Charlie odnosił się z niezwykłym entuzjazmem. Potem Chaplin zwierzył mi się z marzeń o scenariuszu, który pokazałby jego całą dotychczasową drogę życiową, rozpoczynającą się od przyjazdu do Ameryki z biednym ojcem, emigrantem z Rosji.

 – Do tych spraw jeszcze wrócimy – powiedział Charlie wstając od stołu – a tymczasem, Dick (angielskie zdrobnienie imienia Richard), wracaj do swojego łóżka, bo ci się ono należy.

Charlie odwiózł mnie do domu. Gdy się ostatecznie znalazłem w swoim pokoju, a przy łóżku zastałem troskliwie przygotowane owoce i pisma ilustrowane z karteczką, na której napisane było Good night – zrobiło mi się trochę przykro. Przyjechałem zaproszony przez serdecznych przyjaciół, korzystam z ich miłej gościny, a wracam o trzeciej nad ranem i zakłócam spokój domowy.

Wtem przeciągły dzwonek telefonu. Przerażony biorę za słuchawkę: to moja gwiazda filmowa – co prawda, trochę wbrew wszelkim dobrym obyczajom – telefonuje o tej porze. I od razu bez ceremonii oznajmia:

– Po pańskim wyjeździe wysłałam pilny telegram do Foxa, który jest w Nowym Jorku, donosząc mu, że zamówiłam u pana scenariusz dla mnie. Właśnie otrzymałam jego odpowiedź…

– Pewno się nie zgadza – powiedziałem uprzejmie, z nadzieją, że może jakiś dobry duch zwolni mnie od nieostrożnie danego przyrzeczenia.

– Niech pan słucha odpowiedzi.

– Słucham.

– „Niech pisze Ordyński czy inny szaleniec, a ja zaakceptuję, muszę mieć do jutra wieczór telegraficznie podaną treść ze względu na bieżące pertraktacje. Gdyby Ordyński zawiódł, obowiązuje panią nasza dawna umowa. Fox”.

Krótkie milczenie. Nareszcie ja:

– No cóż, będzie musiała pani korzystać z dawnego scenariusza…

– Ani mi się śni.

– A ja właśnie marzyłem o dobrym i spokojnym śnie…

– Kochany panie – głos tym razem zdobył się na szczególną słodycz – pan napisze treść i skrót scena­riusza do południa, potem go wspólnie przeczytamy, zadepeszujemy i będziemy czekać na odpowiedź. Tylko proszę o coś tak mocnego, żeby Fox nie mógł odrzucić. Dużo miłości i dużo krwi, koniecznie!

Byłem tym razem naprawdę przerażony:

– Tak, ale kiedy ja mam to napisać? Umieram ze zmęczenia.

– Naturalnie, musi się pan wyspać. Więc już panu dłużej czasu nie zabieram. Rano przyślę panu moją stenotypistkę, może pan przy niej siedzieć w szlafroku i pić kawę. Pan jej podyktuje dokładne streszczenie na pięć lub sześć stronic pisma maszynowego, a o dwunastej poślę po pana samochód i u mnie w garderobie przeczyta mi pan swoje dzieło, które, jestem pewna, będzie wspaniałe. Musi się spodobać naszemu tyranowi. Dobranoc panu.

– Dobranoc – odpowiedział przerażony, senny trup.

Czy mi kto zechce wierzyć czy nie – oto fakty, które nastąpiły po tej koszmarnej rozmowie nocnej: o godzi­nie ósmej rano zjawiła się w domu młoda osóbka, którą mój kochany Lester Cox przyjął, gdy ja się kąpałem i goliłem. Pół godziny później ta wcale niebrzydka osóbka siedziała już przy maszynie – a ja się pociłem. O dwunastej w południe pojechaliśmy do „gwiazdy”. O pierwszej Theda Bara wysłała entuzjastyczny telegram złożony ze 120 słów ze streszczeniem nowego scenariusza – a o drugiej w nocy, gdy razem z Chaplinem byliśmy na przyjęciu u Cecile B. de Mille’a, „gwiazda” telefonicznie podała mi krótko brzmiącą odpowiedź jej „władzy”: „Accepted. Fox” (Przyjmuję. Fox).

A potem nastąpił dalszy ciąg dziwnych konsekwencji tej depeszy. Przez dwa tygodnie siedziałem zamknięty ze scenarzystą wytwórni, wielkim specem, świetnie obeznanym z techniką zdjęć, i wspólnie dyktowaliśmy sekretarce scenariusz scena po scenie. Ostateczna wersja scenariusza została w pełni zaaprobowana przez samego Foxa, który przed rozpoczęciem zdjęć zjawił się w Hollywood.

A potem działy się rzeczy dziwne. Trzy tygodnie po owej pamiętnej rozmowie rozpoczęliśmy realizację tego filmu, w którym grałem młodego studenta; rosyjskiego. Kierowałem też całym aparatem kostiumowo- dekoracyjnym, tłumacząc zdumionym współpracownikom, że istnieje pewna różnica między mundurem kozaka a huzara węgierskiego, który mieli na składzie i który wydawał się im odpowiedni. Dalej jeszcze dodam, że mi doskonale zapłacono, że miałem ogromny sukces autorski, że pan Fox zarobił na filmie wielkie pieniądze, że w czasie premiery nowojorskiej siedziałem w loży z „gwiazdą”, że fotografowano nas, oświetlano reflektorami, a ja się paliłem ze wstydu…


Dziękujemy Janowi Ordyńskiemu za pozwolenie na udostępnienie fragmentu wspomnień. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.