Michał Pieńkowski: Dla mnie film jest obiektem muzealnym, konkretnym, namacalnym

Na co dzień pracuje w Filmotece Narodowej, gdzie opracowuje i dokumentuje przedwojenny zbiór filmowy. Michał Pieńkowski bierze również udział w rekonstrukcji cyfrowej przedwojennych filmów fabularnych, a ponadto zajmuje się historią polskiej fonografii. Prowadzi wykłady, prelekcje i spotkania poświęcone przedwojennemu kinu polskiemu.

Nam i Państwu opisuje kulisy pracy nad ratowaniem starych taśm i ocaleniem od zapomnienia przedwojennych materiałów filmowych.

Stare Kino: Michale, opowiedz nam proszę, czym zajmuje się filmograf i czym się różni od filmoznawcy?

Michał Pieńkowski: Zawód filmografa zmieniał się na przestrzeni ostatnich lat. Dotychczas, filmograf to był ktoś, kto zbierał informacje o filmach, czyli tworzył filmografię. Ustalał obsadę danego filmu, ekipę techniczną, ustalał dorobek filmowy poszczególnych osób, aktorów, reżyserów, kompozytorów, operatorów.

Michał Pieńkowski
fot. Joanna Kurdziel-Morytko

Filmograf od filmoznawcy, różni się właśnie tym, że dla filmoznawcy film jest dziełem sztuki i on opisuje to dzieło, jego przekaz, usytuowanie w historii, w różnych dziedzinach w sztuce filmowej. Filmograf się tym zupełnie nie zajmuje.

Dla mnie film jest obiektem muzealnym, konkretnym, namacalnym. Zanim ja sobie taki film obejrzę w kinie, czy w komputerze, to dla mnie jest dość istotne, aby wziąć do ręki taśmę filmową. Obejrzeć ją bardzo dokładnie, sprawdzić jaki to jest gatunek, jak ta taśma wygląda, jakie są na niej ubytki, jakie są zniszczenia, bo z tego wszystkiego można naprawdę wyczytać wiele ciekawych informacji.

Czyli filmoznawca ogląda film, a filmograf przede wszystkim ogląda taśmę?

Tak. Jest to duże uproszczenie, ale tak.

A kiedy to się zmieniło? Bo powiedziałeś, że najpierw filmograf zajmował się archiwistyką historyczną. A od kiedy zajmujesz się tym, czym dzisiaj?

W chwili, gdy pojawiła się nowa dziedzina, właśnie restauracja cyfrowa filmów i przed filmografami pojawiły się nowe zadania i ja akurat zajmuje się zbadaniem wszystkich nośników do danego filmu. Jeżeli zajmujemy się np. filmem Zew morza i do naszych czasów zachowały się tylko dwie kopie. Obie są niekompletne, ale obie są niekompletne „inaczej”, w związku z czym jak w jednej czegoś brakuje, to jest szansa, że w drugiej się ten fragment odnajdzie i ja właśnie porównuję te kopie, wybieram z nich te, które są w najlepszym stanie, te które będą dla nas podstawą rekonstrukcji oraz te, które będą dla nas materiałem uzupełniającym.

Porównywanie wszystkich zachowanych nośników, klatka po klatce, metr po metrze i poszukiwanie właśnie tych brakujących kawałków to jest takie zadanie filmografa, które istnieje dopiero od niedawna. Ja mam tę przyjemność, że w Filmotece Narodowej, która istnieje od 61 lat, jestem pierwszą w historii osobą, która zajmuje się takimi rzeczami i to jest niesamowicie fascynujące, bo tyle rzeczy jest jeszcze przede mną do odkrycia.

A powiedz, co wyczytujesz z tej taśmy?

Rekonstrukcja tych filmów to jest sprawa wieloetapowa.  Taśmy łączone były w różnych kolorach, w następujących po sobie klatkach. Jeżeli chodzi o przygotowanie tych materiałów do dalszych prac, to na samym początku wyszukuję tych fragmentów na taśmie, które są nam potrzebne do dalszych etapów pracy. Kiedy już ustalę listę co jest potrzebne a co nie, taśmy trafiają do pracowni konserwacji, żeby je tam naprawić i przygotować do dalszych etapów. Jedną z takich prac jest wyczyszczenie taśm, ponieważ dawno temu projektory były bardzo mocno oliwione, żeby wszystko w nich sprawnie działało i niestety nadmiar tej oliwy bardzo często zostawał na taśmach, w związku z tym trzeba je wyczyścić. Kolejną z  prac jest naprawa sklejek. Te sklejki, które przed wojną były robione przez montażystów, po kilkudziesięciu latach przestają trzymać i po prostu zaczynają się rozchodzić. Rozklejamy takie sklejki, czyścimy je przy pomocy skalpela z tych starych śladów kleju, umieszczamy w takim specjalnym zacisku, w sklejarce i smarujemy klejem (to jest taki specjalny klej do taśm filmowych). Klej nakładamy zwykłym pędzelkiem od lakieru do paznokci, który jest najlepszy do tych działań, smarujemy obie części tej taśmy, umieszczamy w zacisku i czekamy dwie minuty, aż ten klej nam taśmę zwiąże. Kiedy mamy już taką taśmę sklejoną, potem robimy kolejną sklejkę i kolejną. Zdarza się, że takich sklejek bywa kilkanaście, a czasami kilkaset. Następny etap to jest skanowanie taśm. Odbywa to się w ten sposób, że każdą kolejną klatkę na taśmie filmowej skanujemy w bardzo wysokiej rozdzielczości w technologii 4K, to jest kilkanaście razy większej niż HD. Skanujemy wszystkie taśmy, które są nam potrzebne i dalsze prace przebiegają już w postaci cyfrowej, natomiast taśmy wracają do magazynu i leżą w świętym spokoju, chłodzie i ciemności. Jeden pełnometrażowy film, mniej więcej półtoragodzinny, to około 170 tysięcy klatek.

Michał Pieńkowski
Nitrofilm

I potrzeba na to roku pracy kilku osób?

Tak, a nawet i kilkunastu osób, ale to jest praca wieloetapowa. Na początku jest konserwacja – to zajmują się tym cztery osoby, czasem 4 i pół, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Przy skanowaniu pracuje jedna osoba. Później kolejna osoba, razem ze mną, pracuje nad zestawieniem poskanowanych materiałów. Tutaj właśnie wracamy do zadań filmograficznych, czyli mojej największej pasji. Kiedy mam już dany film poskładany, to dopiero teraz zaczyna się to, co większość osób rozumie przez rekonstrukcję cyfrową, czyli usuwanie rys, usuwanie plam, stabilizacja tego obrazu, tak żeby on nam nie drgał, nie migotał. Przywrócenie koloru, ponieważ on jest dosyć wyblakły po tylu latach i my go troszeczkę podsycamy, ale też nie za mocno. Po prostu staramy się przywrócić temu filmowi dawny blask, na tyle ile jest to możliwe. Podczas rekonstrukcji cyfrowej robimy wszystko na komputerach, mamy specjalne  programy, które nam w tym wszystkim pomagają. Mamy specjalne narzędzia, specjalne programy cyfrowe do usuwania poszczególnych rodzajów zniszczeń. Jednakże musimy uważać w pierwszym etapie, czy programy te, nie narobiły nam jakiś szkód. Wiec trzeba oglądać, oglądać, oglądać, każde z tych ujęć, klatka po klatce, żeby sprawdzać, czy nie ma tam żadnych cyfrowych błędów. No i potem są kolejne etapy opracowywania filmograficznego.

Jakiś czas temu widzieliśmy w Białymstoku, przy okazji spaceru śladami Nory Ney, zrekonstruowaną wersję jej filmu Zew morza. Jaka była historia tej taśmy?

Jeżeli chodzi o Zew morza mieliśmy dwie zachowane wersje filmu. Jedna z nich miała oryginalne polskie napisy, natomiast druga była to kopia odnaleziona  w Związku Radzieckim pod koniec lat pięćdziesiątych, z napisami rosyjskimi. To było ciekawe doświadczenie dla nas, ponieważ Rosjanie mieli specyficzne podejście do tłumaczenia napisów. Oni to wszystko robili po swojemu i tak np. w polskiej wersji  czytaliśmy na ekranie: „Sternik Carllsen znał Stacha jeszcze jako chłopca okrętowego i niejednokrotnie służył mu swoją  radą i doświadczeniem starego marynarza”. Natomiast w wersji rosyjskiej tłumaczenie brzmiało tak: „Sternik Carllsen to był stary przyjaciel Stacha”. I w sumie nie jest to wcale takie głupie, ponieważ w Rosji panowały wówczas czasy awangardy i dużo większą wagę przywiązywano do obrazu i tego co widać w tym filmie, a napisy to było zło konieczne, które stosowało się wtedy, kiedy już naprawdę było trzeba. Natomiast w Polsce była zupełnie inna moda, jeżeli chodzi o napisy. U nas były niesamowicie poetyckie, bardzo kwieciste i pełne różnych sformułowań, które były całkowicie zbędne.  Tym bardziej, że w latach dwudziestych istniało w Polsce jeszcze takie zjawisko jak analfabetyzm. Powszechny obowiązek szkolny istniał od niedawna i naprawdę w Polsce, było sporo ludzi, którzy nie umieli czytać albo czytali bardzo słabo, więc naprawdę lepiej, żeby tych napisów było wówczas jak najmniej.

W jednym z filmów, widziałem  gdzie plansza z tekstem miała 13 linijek. Ludzie przecież chodzili do kina, a nie do czytelni. Zabija to całą fabułę, bo jedna klatka trwa minutę.

Michał Pieńkowski
Nitrofilm

Czy Zew morza wyświetlano w Rosji jeszcze przed wojną?

Tak. Mamy jeszcze przedwojenne napisy. On w Polsce był wyświetlony w roku 1927, a do Związku Radzieckiego dotarł kilka lat później, na początku lat trzydziestych. W tym filmie mieliśmy kilka przykładów na to, jak różniły się napisy polskie od rosyjskich, ale schody zaczęły się w momencie, kiedy dotarliśmy do takich scen, które zachowały nam się w wersji rosyjskiej i musieliśmy przetłumaczyć je na język polski, nie mając oryginału. Wiedzieliśmy, ze to po polsku było zupełnie coś innego, ale nie wiedzieliśmy co. Zacząłem badać różne inne polskie filmy nieme oraz zagraniczne nieme, które mamy w polskich wersjach, jeszcze tych przedwojennych i uczyłem się tamtego języka polskiego, żeby jakoś móc to wystylizować i trochę zbliżyć do tej stylistyki, która była bardzo poetycka i niesamowicie kwiecista.

Bardzo często przenosiliśmy na ekran prozę Żeromskiego, bo on akurat pisał takim językiem, który się dobrze wpasowywał i w wielu przypadkach napisy w tych ekranizacjach były cytatami żywcem wyjętymi z książki. Na przykład gdy pracowaliśmy przy filmie Rok 1863, zaczynało się to sceną, gdzie (jak się później okazało) książę, czołgał się po pobojowisku po bitwie pod Małogoszczą. I pojawiła się taka plansza z napisem „Oniemiało i zacichło małogoskie pole. Ostatni żywy żołnierz patrzał na nie przez mgłę półśmierci, przy brzaskach wschodzącego poranka”. Bardzo piękne i poetyckie, ale nie wznosi nam do filmu nic. Bo to, że mamy pobojowisko i on się tam czołga i jest ostatnim żywym, to po prostu widać, więc ten napis jest kompletnie niepotrzebny.

Michał Pieńkowski
Nitrofilm

Ale zapamiętałeś do dzisiaj?

Zapamiętałem do dzisiaj, bo to jest jeden z moich ulubionych tekstów. Ale bardzo często też siedzę i uczę się polszczyzny lat dwudziestych kina niemego. Tutaj w filmie Zew morza mamy scenę na końcu, gdzie Stach uratował się z rąk oprychów i Hanka go odnalazła, spotykają się na statku. Stach ją pyta „Hanko, skąd ty się tu wzięłaś” („Hanko, ty tutaj”) i Hanka w rosyjskiej wersji mu odpowiada mu: „Tak”. No i jak to przetłumaczyć? Mieliśmy z tym problem i kilka miesięcy się głowiliśmy. Myśleliśmy, może „Mój drogi…”, „Kochany…” coś takiego, ale to wszystko nam nie pasowało. Aż w końcu w jakiejś przedwojennej gazecie znaleźliśmy recenzję, gdzie było napisane, co ona do Stacha mówi pod koniec i to brzmiało tak: „Ciebie sprowadził tu zew morza, a mnie zew serca” – latami mógłbym nad tym myśleć i tak tego bym nie wymyślił.

Na jakie największe problemy napotykacie przy rekonstrukcji?

Trudność mamy, od czasu do czasu, kiedy napotkamy na dwie różne wersje danego filmu. W jednej kopii dzieje się coś, a w drugiej dzieje się coś zupełnie innego. Filmografowie mają wtedy także pole do popisu, ponieważ trzeba ustalić co się różni i dlaczego to się różni. Jak już wiemy, dlaczego to się różni, wtedy możemy próbować dojść, którą wersję brać pod uwagę, co przywrócić, a co odłożyć i nie zawsze jest takie proste i oczywiste. Czasami uda się to ustalić i jesteśmy w stanie stwierdzić, że „to było pierwsze”, a „to było późniejsze” i możemy wtedy przywrócić oryginał. Nie zawsze jest to jednak możliwe. Na przykład przy rekonstrukcji filmu Dziewczyna szuka miłości, zmuszeni byliśmy, żeby przywrócić wersję późniejszą.

Historia była taka, ze ten film wszedł na ekrany i kilka miesięcy później powstała nieco zmieniona wersja eksportowa, przygotowana na rynek amerykański. Oczywiście, fajnie było przywrócić ten oryginał, ale z niego przetrwało do naszych czasów tylko osiem minut, natomiast ta wersja amerykańska była kompletna, więc z konieczności musieliśmy się nią zająć.

 Gdybyś to Ty decydował, jaki następny film miałby być zrekonstruowany, który byś wybrał?

Żołnierz Królowej Madagaskaru. Gdyby się odnalazł, byłoby wspaniale.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.