Piotr Donefner
2 sierpnia 2026 roku
Eugeniusz Bodo

„Co karnawał przyniesie. Wszyscy się głowili” – śpiewali w jednym z największych hitów polskich dancingów. W 1935 roku kiedy Rumbolero ukazało się na płytach nikt zapewne nie przypuszczał, że za 4 lata wszystko diametralnie się zmieni. Wybuch II wojny światowej obrócił w ruinę rodzimy przemysł rozrywkowy, a samych artystów postawił w obliczu dramatycznych i kontrowersyjnych nierzadko wyborów. Wracać na estradę i legitymizować okupanta, a może przetrwać gdzieś na uboczu? Te pytania mogły nurtować i nasz przebojowy duet. Jak pokazała przyszłość zarówno Bodo, jak i Ordonówna nie porzucili sceny oraz publiczności, dla której żyli.
Bodo nie zdecydował się na kontynuowanie kariery w Warszawie. Kiedy miasto jeszcze się broniło, wyjechał do Równego, gdzie niedługo później wkroczyli Sowieci. Na początku października 1939 roku za zgodą okupacyjnej administracji przeniósł się do Lwowa. Bardzo szybko znalazł sobie zajęcie na odradzającej się scenie miasta. Władze sowieckie postanowiły wykorzystać do celów propagandowych znanych i lubianych przedwojennych artystów, którzy napływali wtedy licznie do Lwowa. W grupie „tułaczy” można by wymienić Alberta Harrisa, Henryka Warsa, Gwidona Boruckiego, Jadwigę Andrzejewską, Ludwika Lawińskiego, czy Konrada Toma. W większości zasilili oni szeregi koncesjonowanych grup artystycznych skupionych przy lwowskiej Filharmonii.

Jedną z pierwszych scen powstałych po zajęciu miasta był teatr Miniatury. Uformował się w listopadzie 1939 roku w lokalu kina Marysieńka. Pod czujnym okiem władz działał zespół, którego literackim motorem był wybitny scenarzysta Emanuel Schlechter oraz pisarz Adam Polewka. Eugeniusz Bodo głównie występował, śpiewał i z powodu świetnej znajomości rosyjskiego zajmował się konferansjerką. Miniatury cieszyły się sporą popularnością we Lwowie, podobnie jak orkiestra Tea Jazz Henryka Warsa. Sale były wypełnione po brzegi, co nie umknęło uwadze politrukom. Dostrzegając propagandowy potencjał grupy Sowieci dali zielone światło Warsowi na tournée po ZSRR. Do zespołu dołączył również Bodo. Kulminacyjnym punktem trasy był występ na Kremlu (podobno w obecności Stalina).
Po powrocie do Lwowa szykowano się już do kolejnych koncertów, ale tym razem bez udziału gwiazdora przedwojennego kina. Nosił się on z zamiarem wyjazdu do Ameryki, zwracając na siebie uwagę sowieckiego kontrwywiadu. Nim został aresztowany zdążył pozostawić po sobie nowe nagrania przedwojennych szlagierów, których tekst bywał zmieniany na użytek propagandy. Najbardziej uderzającą okazała się przeróbka Tylko we Lwowie. Oryginalny tekst Emanuela Schlechtera zastąpił propagandowy panegiryk Pawła Grigoriewa. Bodo przy akompaniamencie orkiestry Warsa śpiewał:
We Lwowie kapitalny remont idzie,
szyją dzieweczki nowe ubrania
uśmiechy błyszczą i oczka i usta,
no, słowem, Lwów cały nas czeka.Dla was kwiaty szczególnie rozkwitają
czekamy was we Lwowie.
Polki słowików kantaty śpiewać wam będą
Czekamy was we Lwowie.Włączy się wtedy chór powitalny
Gotowi jesteśmy grać dla was z estrady
Wszystko czym Lwów jest piękny i bogaty
Da wam jak brat.Czekamy was we Lwowie.
Znów chcemy zobaczyć się z wami
Czekamy was we Lwowie.
Spotka was miłość nasza gorąca.Prosimy was do Lwowa.
Czekamy was we Lwowie.
Wykonanie cieszyło się niemałą popularnością w ZSRR, w czym spora zasługa filmu Marzenie w reżyserii Michaiła Romma. Tylko we Lwowie obok Nic o tobie nie wiem znalazło się na ścieżce dźwiękowej, której autorem był Wars. Marzenie to typowy radziecki produkcyjniak, będący próbą usprawiedliwienia zaboru Kresów z 1939 roku. Czy polscy artyści mieli świadomość, w czym biorą udział? Wydaje się, że nie. Wątek potencjalnej kolaboracji orkiestry Warsa był jednak skrupulatnie prześwietlany przez oficerów polskiego kontrwywiadu na Bliskim Wschodzie.

W Archiwum Akt Nowych zachowała się teczka ze śledztwa prowadzonego przeciwko Eugeniuszowi Bodo w Jerozolimie. Komisja Badawcza Ministerstwa Sprawiedliwości RP podejrzewała aktora na podstawie zeznań Ludwika Leńskiego oraz płyty z wykonaniem Tylko we Lwowie o kolaborację z Sowietami. 13 stycznia 1943 roku w bagdadzkim hotelu Trocadero komisja złożona z kpt. Józefa Waligórskiego, ppor. Jerzego Tołwińskiego i starszego strzelca Jana Grechy zapoznała się z płytą, a następnie z tłumaczeniem tekstu. Z protokołu nie wynika, by podjęto jakieś konkretne ustalenia. Jest w tym coś tragicznego i ironicznego zarazem.
W czerwcu 1941 roku Bodo został aresztowany przez NKWD pod zarzutem szpiegostwa. Ujawnienie szwajcarskiego paszportu oraz plany wyjazdu do Ameryki nasunęły podejrzenia w paranoicznych umysłach bezpieki, które dodatkowo podsyciło zainteresowanie losami Bodo ze strony polskiej dyplomacji.
Na mocy układu Sikorski-Majski zostały wznowione relacje między rządem RP a ZSRR, co dało asumpt do zorganizowania ambasady oraz szerokiej akcji pomocowej dla Polaków znajdujących się w sowieckich więzieniach lub łagrach. Egzekwowanie amnestii nastręczało jednak wiele trudności. Pisał o tym do ambasadora Kota jeden z łagierników z obwodu archangielskiego: „Władze odnosiły się do nas bezwzględnie. Na stałe interpelacje nasze, że jesteśmy trzymani bezprawnie, że czujemy się wolnymi, a nie zakluczonymi […] odpowiadano nam cynicznie, że Sikorski nie będzie decydował o tym kogo oni mają zwolnić… albo że wykonanie umowy należy do nas i nikt nam nie będzie dyktować kogo mamy zwalniać, a kogo nie”. Nie należy zatem dziwić się liczbie monitów, jakie Ambasada RP słała do Ludowego Komisariatu Spraw Zagranicznych. W Archiwum Akt Nowych zachował się spis osób wraz z wykazem pism interwencyjnych. Widnieje na nim również Eugeniusz Bodo.

Dzięki zachowanym przy jego nazwisku adnotacjom wiadomo, że Ambasada interweniowała u Mołotowa trzykrotnie. Pierwsze pismo o znaku D-13/42 wysłano 6 stycznia 1942 roku, kolejne D-885/42 24 marca 1942 roku, a ostatnie D-2785/42 w połowie lipca 1942 roku. Na pierwsze dwa nie otrzymano żadnej odpowiedzi. Nie znamy niestety ich treści. Dokument z lipca 1942 roku. zachował się w Archiwum Instytutu Hoovera w Kalifornii. Urzędnicy podkreślali w nim, że Bodo jest jednym z najwybitniejszych polskich aktorów, który przebywa w więzieniu NKWD nr 7 w Ufie i – wedle posiadanych wiadomości – ostatnio poważnie zapadł na zdrowiu. Domagano się jego zwolnienia. I to pismo pozostało jednak bez odpowiedzi.
Wraz listem Aleksandra Mniszka wysłanym miesiąc później do Ufy dostarczyło sowieckiej bezpiece kolejnych argumentów do podtrzymania tezy o współpracy wywiadowczej Bodo. Pierwsze przesłuchania, jakim aktor został poddany na początku 1942 roku, a także przeniesienie z Ufy do więzienia Butyrki, mogły mieć bezpośredni związek z interwencjami ambasady ze stycznia i z marca 1942 roku. Pomimo braku dowodów Sowieci dopięli swego. Decyzją specjalnej narady przy NKWD Bodo został skazany na 5 lat łagru. W maju 1943 roku przewieziono go z Moskwy do Kotłasu, gdzie zmarł z powodu wycieńczenia i chorób. Czy zdążył pożegnać się ze swoją publicznością? Czy dane mu było jeszcze raz zaśpiewać publicznie?

Pewnych nadziei dostarcza list, jaki do redakcji „Przekroju” wysłała Krystyna Ostrowska (z domu Mikke). Jej ojciec Stanisław był mężem zaufania Delegatury Rządu RP w Kotłasie. W marcu 1943 roku wraz z całą rodziną został aresztowany za odmowę przyjęcia sowieckiego obywatelstwa i skazany na łagier. Wolności nigdy nie odzyskał. Umarł – podobnie jak Bodo – z głodu i wycieńczenia. Matka Krystyny miała więcej szczęścia i po wojnie podzieliła się z córką anegdotą z pobytu w kotłaskim łagrze: „Odbył się tam kiedyś koncert (życie kulturalne w łagrach kwitło), na którym nie była z powodu choroby, ale po koncercie współwięźniarki Rosjanki opowiadały, że występował tam polski artysta Bodo. Były Nim zachwycone i oczarowane”. Trudno rozstrzygnąć, czy to prawda, jeśli weźmie się pod uwagę stan, w jakim Bodo dotarł do Kotłasu. Miał praktycznie nie opuszczać obozowego szpitala. Jakkolwiek było, jego los wkrótce dramatycznie się dopełnił. To jednak nie koniec opowieści.

W 1944 roku Komisja Badawcza w Jerozolimie wróciła do sprawy domniemanej kolaboracji artysty z Sowietami. W sierpniu na biurko przewodniczącego spływały kolejne dokumenty. W jednym z nich kapitan Malakowski wrócił do wątku współpracy Bodo z teatrem Miniatury oraz nagrania propagandowej wersji Tylko we Lwowie. Notatka dobitnie dowodzi, że urzędnicy nie znali dramatycznych losów aktora po roku 1940. Stwierdzają jedynie: „Bodo Eugeniusz pozostał na terenie Polski”. Zakładając, że wciąż żyje, planowano postawić go przed sądem. 21 sierpnia 1944 roku Ministerstwo Sprawiedliwości RP w Jerozolimie wydało postanowienie o zebraniu i zabezpieczeniu dowodów w sprawie Eugeniusza Bodo podejrzewanego o popełnienie przestępstwa z art. 100 kodeksu karnego.
Hanka Ordonówna
Niecały miesiąc później na biurko przewodniczącego Komisji trafiły akta sprawy Hanki Ordonówny. Podejrzewano ją o współpracę z wywiadem sowieckim. Pierwsze doniesienie spłynęło do polskiego kontrwywiadu już latem 1942 roku. W notatce sporządzonej przez ppor. Edwarda Mielnika czytamy: „plut. Olszyński Ludwik z teatru żołnierza podczas pobytu tego zespołu w m. Ab-Ali w lipcu br. opowiadał wśród otoczenia, że członek tego zespołu Kersen utrzymuje stały kontakt z Ordonówną Hanką skompromitowaną przez współpracę z wywiadem sowieckim”.
Wspominany Kersen to Bolesław Kersen – jeden z twórców Teatru Żołnierza Polskiego oraz jego etatowy konferansjer. Na wieść o rewelacjach Olszyńskiego postanowił się z nim rozmówić. W towarzystwie męża Ordonówny oraz mjr Naimskiego doszło do konfrontacji. Olszyński powiedział, że nie ma w ręku dowodów, lecz opowiada to co „wszystkim było i jest wiadome”. Michał Tyszkiewicz poprosił, żeby dał sobie spokój, bo nie zrobi z tych opowieści żadnego użytku. Sprawa na jakiś czas ucichła.

W sierpniu 1943 roku do komendantury wojskowej w Jerozolimie dotarł list od por. Franciszka Batora. Przed wojną pracował jako nauczyciel, walczył z bolszewikami. W sierpniu 1939 r. otrzymał przydział do kompanii rezerw policyjnych. Do niewoli dostał się w okolicach Złoczowa, by finalnie trafić do Ostaszkowa. Od śmierci uratował go przypadek. Sowieci uznali Batora za Czecha, a przy dużym bałaganie w papierach nie mogli zweryfikować swych podejrzeń.
Bator wylądował ostatecznie w obozie w Griazowcu. Grupowano tam jeńców, z którymi Sowieci wiązali pewne nadzieje polityczne. Stąd obecna na każdym kroku indoktrynacja przeplatana presją i jawnym zastraszaniem. Jeńcy otrzymywali regularnie prasę propagandową. Docierała do nich „Prawda”, „Izwiestia” oraz „Prawda Wileńska”. W tej ostatniej uwagę Batora przykuły sprawozdania z wieców popierających wchłonięcie Litwy do ZSRR. „Ordonówna nawoływała ludność do głosowania za przyłączeniem Wilna do Zw. Sow. Były fotografie jej przemawiającej na wiecach” – pisał w sierpniu 1943 roku. Żeby nie być gołosłownym, powołał się na dwóch innych oficerów, którzy byli z nim w Griazowcu i mogli potwierdzić jego wersję.

Wychodząca w Wilnie „Gazeta Codzienna” jedynie skrótowo podsumowywała udział artystów z Lutni i Pohulanki w manifestacjach. „Liczne zespoły aktorskie wystąpiły ze specjalnie przygotowanymi produkcjami utworów rewolucyjnych. M.in. ciężarówka połączonych kolektywów teatrów polskich na Pohulance i w Lutni wystąpiła z transparentem – Teatr Polski dla proletariatu”. W drugim numerze „Prawdy Wileńskiej” z 9 lipca 1940 roku doprecyzowano z kolei, że polscy artyści mieli w kulminacyjnym momencie wykonać pieśń „agitującą za udziałem w nadchodzących wyborach”. Czy była wśród nich Hanka Ordonówna? Andrzej Gass w jednym z odcinków felietonu „Nieznane karty z życiorysu Ordonki” pisze, że tak. Jeśli to prawda, warto zadać sobie kilka pytań. Dlaczego miała tam wystąpić? Czy robiła to wszystko pod presją, z przekonania, w nadziei na uratowanie męża, czy może z samoasekuracji? Odpowiedzi wciąż pozostają otwarte.
Dla ludzi takich jak Bator, którzy otarli się o śmierć i przeszli obozową gehennę, artystka była na zawsze spalona moralnie: „Mi się wydaje, że na występach Ordonówny nie powinno być pol. munduru. Dlatego też proszę Pana Pułkownika o wzięcie mego meldunku pod uwagę i ewentualne wykorzystanie w ramach możliwości”. Komendantura musiała pokładać duże nadzieje w koncertach, nie chciała prowokować niezadowolenia wśród żołnierzy, stąd decyzja o ich nieodwoływaniu. Zarzuty oficera uznano za nieistotne. Przynajmniej na razie.

W grudniu 1944 roku Komisja Badawcza wróciła do sprawy. Przesłuchano wówczas Batora, który podtrzymał swoją wersję. Na świadka wezwano potem kpt. Witolda Dembicza. On też cudem uniknął śmierci w Katyniu. Przed wojną służył w Wojskowym Instytutem Geograficznym, uczestniczył w pracach komisji ustalających ówczesne granice Polski. W uznaniu zasług awansowano go w 1927 roku na kapitana. W 1941 roku podobnie jak Bator opuścił obóz w Griazowcu na mocy układu Sikorski-Majski i wywędrował z Armią Andersa na Bliski Wschód. Przesłuchanie z udziałem Dembicza zaplanowano na styczeń 1945 roku. Nie potrafił sobie przypomnieć, czy Ordonówna składała w prasie jakieś polityczne oświadczenia. Jedyny konkret, jaki mógł przedstawić, to fragment „Prawdy Wileńskiej” z grudnia 1940 roku.
Skrawek przebył z nim całą tułaczą drogę. Zachował się do dziś. Dzięki niemu wiemy, że w nr 102 poświęcono Ordonównie całą stronę. Otwiera ją czołobitny tekst Andrzeja Nowickiego zatytułowany „Rozwój talentu Hanny Ordonówny. Kontakt z widownią radziecką bodźcem dla twórczej pracy”. Po środku wydrukowano zdjęcie portretowe artystki, zaś prawe szpalty zajęły peany przedstawicieli „klasy robotniczo-chłopskiej”. Stronę wieńczy równie entuzjastyczny artykuł kierownika literackiego „Lutni”. Próżno szukać wypowiedzi samej artystki, lecz sposób, w jaki sterowana przez władze redakcje o niej pisze, może dawać do myślenia. Pamiętamy przecież, że ledwie kilka miesięcy wcześniej Michał Tyszkiewicz został aresztowany przez NKWD pod zarzutem szpiegostwa. Hanka nie podzieliła jego losu. Czy miały z tym związek rzekome deklaracje wygłaszane podczas wiecu na placu Łukiskim? Czy może władze celowo ją oszczędziły, mając w planach propagandowe wykorzystanie talentu Ordonówny? Pytania pozostają na razie otwarte.

O ile kpt. Dembicz nie bardzo pamiętał, co i gdzie przeczytał, o tyle już bardziej konkretnie opowiadał o kulisach przyjazdu Hanki do Tocka. „Była chłodno przyjęta, a nawet zbojkotowana, gdy przyjechała do naszej Armii organizującej się w Tocku, gdzie miała być przywitana gwizdaniem przez żołnierzy. Nasz przedstawiciel rządowy w Taszkiencie Kaźmierczak opowiadał mi, że Ordonówna w Taszkiencie zajęła się pracą charytatywną podobno w celach ekspiacyjnych”. Niezależnie od intencji faktem jest, że artystka odegrała kluczową rolę w uratowaniu setek polskich dzieci, które wraz z nią znalazły się w Indiach.
W Archiwum Akt Nowych zachowało się nieznane dotąd zdjęcie Hanki w towarzystwie swoich wychowanków z Bombaju. Widać na nim promienne oblicze zupełnie nie zdradzające z jak wielkim dramatem zdrowotnym przyszło jej się wówczas mierzyć. Nawracająca gruźlica sprawiła, że od czerwca do grudnia 1942 roku Ordonówna przebywała na kuracjach w sanatorium Bel Air w Panchgani. Nieznane dokumenty z zasobu Archiwum Instytutu Hoovera ujawniają skalę pomocy finansowej, jakiej udzieliły jej władze w Londynie. Pod koniec 1942 roku Konsulat Generalny RP w Bombaju zaproponował przeniesienie Ordonówny do Teheranu, by korzystając z dobrodziejstw tamtejszego klimatu mogła szybciej wrócić do zdrowia. Tak się ostatecznie stało.

Kuracja nie szła jednak pomyślnie i konieczny okazał się wyjazd do Palestyny. W kwietniu 1943 r. Hanka napisała do ministra Kota prośbę o zgodę na przeprowadzenie leczenia oraz przyznanie stałego zasiłku. Pewne przygotowania zostały poczynione, lecz artystka kompletnie zignorowała warunki zagwarantowane jej przez polskie władze. W telegramie, który trafił w maju 1943 roku na biurko ministra Grosfelda, czytamy: „Do Palestyny przybyła Ordonówna i ulokowała się w najdroższym sanatorium na Karmelu, bez powiadomienia delegatury. Powołując się na rzekome zlecenie Pana Ministra, domaga się zapłacenia kuracji dwumiesięcznej; koszt miesięczny ponad 80 funtów. Z opieki lekarskiej zorganizowanej przez delegaturę, O. korzystać nie chce. Pobyt jej w drogim sanatorium wywołuje wśród uchodźstwa ostre krytyki”.

Pomimo kontrowersji i problemów ze zdrowiem Ordonówna starała się być aktywna na scenie. Serie kilkudziesięciu koncertów, które dała dla żołnierzy w Palestynie, mocno nadszarpnęły jej i tak już nadwątlone zdrowie. Dały artystce jednak chwilowe wytchnienie od wojennej rzeczywistości oraz skandali, jakie ją otaczały. Trudno powiedzieć, czy wiedziała o śledztwie prowadzonym przez Komisję Badawczą, ale wydaje się to prawdopodobne. Niewykluczone, że jej późniejszy niż męża wyjazd do Libanu mógł mieć związek z tym, co się działo w gabinetach Komisji w Jerozolimie. Przesłuchanie kpt. Dembicza ostatecznie nie doprowadziło do przełomowego rozstrzygnięcia. Komisja wkrótce zakończyła pracę, artystce nie postawiono żadnych zarzutów. Pozostały tylko dokumenty i kolejne pytania.
Źródła:
- Archiwum Akt Nowych
- Ministerstwo Sprawiedliwości Rządu RP [emigracyjnego] w Londynie
- Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej Rządu RP [emigracyjnego] w Londynie
- Akta Władysława Zachariasiewicza
- Archiwum Jana Kwapińskiego i jego rodziny
- Telewizja Polska S.A. Zbiór wycinków prasowych
- Archiwum Instytutu Hoovera
- Ministerstwo Spraw Zagranicznych
- Ambasada Polski w Związku Radzieckim
- Zbiór prasy z lat 1939-1946
Zdjęcie wprowadzające: fragment „Prawdy Wileńskiej” z tekstami o Ordonównie.




