(w.l.)
„Słowo”
9 kwietnia 1938, nr 98

Doskonały aktor Mieczysław Węgrzyn, po krótkich występach, opuszcza, niestety, Wilno, udając się z powrotem do Krakowa, jeszcze jutro popołudniu wystąpi po raz ostatni W wielkiej miłości Molnara.
W czasie rozmowy ze mną, po przyjeździe do Wilna, p. Węgrzyn poruszył poza teatrem, dwa jeszcze tematy, które go interesowały: kino i radio. Ustaliliśmy, że pomówimy o tym jeszcze. Ponieważ p. Węgrzyn jest aktorem młodego, jeśli nie najmłodszego pokolenia, poglądy jego na te dwie dziedziny, godne są zanotowania.
– W jakich filmach grał pan dotychczas? — pytam.
– Tylko w dwóch. Pierwszy to film Kobieta z Bruczówną. Grałem mego ojca jako syna…
– Przepraszam, to dość skomplikowane. Nie bardzo rozumiem..
– Więc główną rolę grał mój ojciec, a ja grałem go jako dziecko, czyli grałem rolę Józefa Węgrzyna, gdy ta przez niego grana postać, była jeszcze dzieckiem. Był to oczywiście film niemy.
– Ach, rozumiem teraz. A ile lat liczył pan sobie wówczas?
– Miałem skończonych ośm lat.
– Młodo. A drugi film?
– Drugi to Płomienne serca, obraz który był wyświetlany i w Wilnie…
– Jakiego uczucia doznawał pan widząc się na ekranie?
– Jest to uczucie zupełnie niesamowite. Ogarnęło mnie po prostu zawstydzenie. Czułem., że nie chcę mieć nic wspólnego z tym facetem, który występuje pod moim imieniem i nazwiskiem na ekranie, jakieś poczucie dwuosobowości…

– Ale przecież i film się bardzo podobał i pan na filmie…
– Ja się sobie nie podobałem, a raczej: ja to nie byłem ja.
– Co sądzi pan o polskim filmie w ogóle?
– Obecnie jeszcze ciągle przeważa w nim pierwiastek merkantylny nad artystycznym. Strona artystyczna jest luksusem, na który można sobie pozwalać w wyjątkowo sprzyjających okolicznościach… W każdym razie o jakichś reżyserach na miarę Claira czy innych asów, nie może u nas być mowy… Poza tym sam sposób „tworzenia” odbiega krańcowo od tego, co uważamy za artyzm w sztuce aktorskiej. Bez względu na rozmiar i wagę roli, czeka się w zimnem atelier od wczesnego rana. Potem zaczynają działać reflektory i robi się taki upał, że człowiekowi pot kroplami ścieka z czoła. Po pewnym czasie gaśnie to i znowu nastaje dojmujący chłód. Bez żadnego związku i sensu, trzeba się na polecenie reżysera uśmiechać, krzywić, chodzić, siadać, kłaść. Zdarzy się np., że po zdjęciach rannych wzywają pana wieczorem i mówią: „Opuściliśmy tam rano, w jednym miejscu, odezwanie się: «O, mój Boże!», więc proszę się ucharakteryzować i zaraz to zrobimy”. Po pewnym czasie, przed obiektywem, łapię się za głowę, wykrzywiam twarz i wołam: „O mój Boże!”, nie mając pojęcia, kiedy to, gdzie i po co? Potem się ten kawałek wlepia w to miejsce, gdzie trzeba i tak montuje się całość.
– Wszystko to więc ma niewiele wspólnego z aktorstwem, jako sztuką?
– Bardzo niewiele.
– Obiecał pan wypowiedzieć się co do radia…

– Robota w radio interesuje mnie niezmiernie w sensie artystycznym. Jakkolwiek ci, którzy kierują nim dzisiaj, dokonują wiele i wykazują wielkie wysiłki w tym kierunku, to jednak jestem zdania, że nasze radio pozostaje w tyle poza zagranicznymi, gdyż głos w jego sprawach mają głównie teoretycy, prelegenci, itp., nie czujący, jaka to jest wspaniała maszyna i co się z niej da wy dobyć, jeśli chodzi o dziedzinę artystyczną. Daleki jestem od krytyki radia, gdyż na to ono nie zasługuje, lecz mówię wyłącznie o dziedzinie artystycznej.
– W pracy Polskiego Radia ta dziedzina jest jedną z wielu…
– Oczywiście. To też mówię z tym założeniem. Jednakże życie artystyczne jest tutaj przeciążone papierem i tą papierowością, która u nas i w innych dziedzinach daje się we znaki. A właśnie radio jest tą potężną bronią, tym czynnikiem, który propagować może kulturę narodową, zwłaszcza u nas, gdzie ogólny poziom tej kultury nie jest, niestety, zbyt wysoki…
– Uważa pan, że radio będzie propagatorem literatury?
– Tak jest. Jedyna literatura, która zawędruje pod strzechy, to i ta przepuszczona przez filtr mikrofonu…
Zdjęcie wprowadzające: Mieczysław Węgrzyn w roli nieustalonej (?), Łodź, 1933 rok / źródło: Muzeum Krakowa, nr inwentarzowy MHK-Fs3203/VI




