Za kulisami ekranu i przed mikrofonem. Mieczysław Węgrzyn o kinie i radio

(w.l.)
„Słowo”
9 kwietnia 1938, nr 98

 

„Kino” 1937, nr 8

Doskonały aktor Mieczysław Węgrzyn, po krótkich występach, opuszcza, niestety, Wilno, udając się z powrotem do Krakowa, je­szcze jutro popołudniu wystąpi po raz ostatni W wielkiej miło­ści Molnara.

W czasie rozmowy ze mną, po przyjeździe do Wilna, p. Węgrzyn poruszył poza teatrem, dwa je­szcze tematy, które go intereso­wały: kino i radio. Ustaliliśmy, że pomówimy o tym jeszcze. Ponie­waż p. Węgrzyn jest aktorem młodego, jeśli nie najmłodszego po­kolenia, poglądy jego na te dwie dziedziny, godne są zanotowania.

– W jakich filmach grał pan dotychczas? — pytam.

– Tylko w dwóch. Pierwszy to film KobietaBruczówną. Grałem mego ojca jako syna…

– Przepraszam, to dość skom­plikowane. Nie bardzo rozumiem..

– Więc główną rolę grał mój ojciec, a ja grałem go jako dziecko, czyli grałem rolę Józefa Wę­grzyna, gdy ta przez niego grana postać, była jeszcze dzieckiem. Był to oczywiście film niemy.

– Ach, rozumiem teraz. A ile lat liczył pan sobie wówczas?

– Miałem skończonych ośm lat.

– Młodo. A drugi film?

– Drugi to Płomienne serca, obraz który był wyświetlany i w Wilnie…

– Jakiego uczucia doznawał pan widząc się na ekranie?

– Jest to uczucie zupełnie nie­samowite. Ogarnęło mnie po prostu zawstydzenie. Czułem., że nie chcę mieć nic wspólnego z tym facetem, który występuje pod moim imieniem i nazwiskiem na ekranie, jakieś poczucie dwuosobowości…

„Kino” 1937, nr 10

– Ale przecież i film się bar­dzo podobał i pan na filmie…

– Ja się sobie nie podobałem, a raczej: ja to nie byłem ja.

– Co sądzi pan o polskim filmie w ogóle?

– Obecnie jeszcze ciągle prze­waża w nim pierwiastek merkan­tylny nad artystycznym. Strona artystyczna jest luksusem, na który można sobie pozwalać w wy­jątkowo sprzyjających okolicznościach… W każdym razie o ja­kichś reżyserach na miarę Claira czy innych asów, nie może u nas być mowy… Poza tym sam sposób „tworzenia” odbiega krańcowo od tego, co uważamy za artyzm w sztuce aktorskiej. Bez względu na rozmiar i wagę roli, czeka się w zimnem atelier od wczesnego ra­na. Potem zaczynają działać reflektory i robi się taki upał, że człowiekowi pot kroplami ścieka z czoła. Po pewnym czasie gaśnie to i znowu nastaje dojmujący chłód. Bez żadnego związku i sensu, trzeba się na polecenie re­żysera uśmiechać, krzywić, cho­dzić, siadać, kłaść. Zdarzy się np., że po zdjęciach rannych wzywają pana wieczorem i mówią: „Opuściliśmy tam rano, w jednym miejscu, odezwanie się: «O, mój Boże!», więc proszę się ucharakteryzować i zaraz to zrobimy”. Po pewnym czasie, przed obiektywem, łapię się za głowę, wykrzywiam twarz i wołam: „O mój Bo­że!”, nie mając pojęcia, kiedy to, gdzie i po co? Potem się ten ka­wałek wlepia w to miejsce, gdzie trzeba i tak montuje się całość.

– Wszystko to więc ma nie­wiele wspólnego z aktorstwem, jako sztuką?

– Bardzo niewiele.

– Obiecał pan wypowiedzieć się co do radia…

„Łódź w Ilustracji”, dodatek niedzielny do „Kurjera Łódzkiego” 1937, nr 15

– Robota w radio interesuje mnie niezmiernie w sensie artystycznym. Jakkolwiek ci, którzy kie­rują nim dzisiaj, dokonują wiele i wykazują wielkie wysiłki w tym kierunku, to jednak jestem zdania, że nasze radio pozostaje w tyle poza zagranicznymi, gdyż głos w jego sprawach mają głównie teoretycy, prelegenci, itp., nie czujący, jaka to jest wspania­ła maszyna i co się z niej da wy dobyć, jeśli chodzi o dziedzinę ar­tystyczną. Daleki jestem od krytyki radia, gdyż na to ono nie zasługuje, lecz mówię wyłącznie o dziedzinie artystycznej.

– W pracy Polskiego Radia ta dziedzina jest jedną z wielu…

– Oczywiście. To też mówię z tym założeniem. Jednakże życie artystyczne jest tutaj przeciążone papierem i tą papierowością, któ­ra u nas i w innych dziedzinach daje się we znaki. A właśnie ra­dio jest tą potężną bronią, tym czynnikiem, który propagować może kulturę narodową, zwłaszcza u nas, gdzie ogólny poziom tej kultury nie jest, niestety, zbyt wysoki…       

– Uważa pan, że radio będzie propagatorem literatury?

– Tak jest. Jedyna literatura, która zawędruje pod strzechy, to i ta przepuszczona przez filtr mikrofonu…

 


Zdjęcie wprowadzające: Mieczysław Węgrzyn w roli nieustalonej (?), Łodź, 1933 rok / źródło: Muzeum Krakowa, nr inwentarzowy MHK-Fs3203/VI

 

0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najnowsze
Najstarsze Najwięcej głosów