Czasław Raniszewski. Montażysta

Było, minęło… W kuchni i na salonach X Muzy 
Stanisław Różewicz
Wydawnictwo Iskry 2012

Zawsze lubiłem montażownię. Stół montażowy z ekranem i talerzami na taśmę, „drabinki” z koszem na duble i odrzuty. Dłonie montażystek w białych rękawiczkach mają coś z dłoni chirurga. Montażystki, precyzyjne i cierpliwe, wiedzą wszystko o swoich reżyserach, o ich słabościach i ucieczkach z montażowni. Niejedna z nich ratowała film.

Czesław Raniszewski był montażystą moich pierwszych filmów. Zaczynał jeszcze przed wojną. Zmontował kilka filmów najpłodniejszego wówczas reżysera Michała Waszyńskiego. Waszyński był uważany za zręcznego wyrobnika – ale zrobił pięknego Dybuka. Po wojnie, w Paryżu, film uznano za arcydzieło.

Praca z Raniszewskim była dla mnie lekcją montażu. Utalentowani reżyserzy nie kręcą niepotrzebnych ustawień, tych na wszelki wypadek. Mniej pewni robią wiele wariantów, z kilku ustawień kamery, dziesiątki dubli, mnożą asekuracje. Buñuel mówi, że montażyście zostawia tylko odcinanie klapsów. Choć tu też nie ma reguł żelaznych – Bresson potrafił robić i trzydzieści dubli.

Majster Raniszewski był wysoki, silny. Ciął materiał precyzyjnie, bez przymiarek. Scena nabierała życia, rytmu. Najważniejsze są treści. Materiał całej sceny miał w głowie jak w komputerze.

Po pracy zachodziliśmy czasem do „Zielonej budki” na śledzia z kartoflami. Towarzyszył nam sympatyczny Jaś Radlicz, dźwiękowiec, kuzyn wielkiego Leopolda Staffa. Raniszewski przy kieliszku wspominał przedwojennych reżyserów, romansową Jadzię Andrzejewską, robiącego kawały Dymszę, wyrazistego Grabowskiego („Tiepier ja…”).

Czesław miał pewną rękę, opanowane perfekcyjnie rzemiosło. Tu nie było żadnej dłubaniny. Pewne ustawienia mierzył od łokcia – przebitka, długość spojrzenia, pauza. Czasem wydawało mi się, że przyciął ustawienie za krótko. Nie dyskutował, poprawiał sklejkę, abym obejrzał raz i drugi. W rezultacie wracaliśmy do pierwszej wersji, najczęściej to on miał rację.

Bywało, że po przejrzeniu materiału całej sceny nie wracał taśmy do początku, montował scenę od końca, wstecz, od pointy, końcowego kadru. – Zaoszczędzimy czasu – mówił, ale chyba robił to także i dla pokazania mistrzostwa.

Głos z tamtego świata… Raniszewski był już poważnie chory, ale wyrwał się jeszcze ze szpitala, aby podmontować materiał do postsynchronów. Siedzieliśmy przy stole montażowym do północy. Skończyliśmy akt i Czesław odłożył ostatnią rolkę taśmy, wyłączył stół. Zamknęliśmy montażownię.

Mieliśmy oddać klucze na portierni. Portiernia była pusta, drzwi wyjściowe z budynku zamknięte. Szukaliśmy portiera, krążyliśmy pustymi korytarzami atelier. Nikogo, cisza.

Wreszcie znaleźliśmy portiera w małym bocznym pomieszczeniu. Drzemał, może coś przedtem wypił. Czesław oddał klucze i wyszliśmy z atelier. Staliśmy na przystanku tramwajowym. Z fabryki Kindermanna dochodził szum maszyn. Przyszła „dwunastka”. Rozstaliśmy się, życzyłem Czesławowi szybkiego powrotu do zdrowia.

Ale Czesław już nie wrócił. Montaż ostateczny Głosu kończyła jego asystentka Alinka Faflik. Przy postsynchronach wracały dwie sklejki przycięte z zapasem. Nie poprawiliśmy ich, pomyślałem – niech w filmie zostanie ślad, „błąd” ręki Czesława.

Tamtej nocy, kiedy krążyliśmy pustymi korytarzami, było tak jakby atelier, montażownia nie chciały się z Czesławem rozstać.

 


Dziękujemy Wydawnictwu Iskry za udostępnienie fragmentu książki. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.