Wspomnienia o Stanisławie Janickim

Olga Gaertner
25 czerwca 2026 roku

Po raz pierwszy spotkałam Stanisława Janickiego w sierpniu 2014 roku, tuż po wydaniu mojej biografii Aleksandra Żabczyńskiego. Staś przyjechał wtedy do współprowadzonej przeze mnie kawiarni literackiej Banda Inteligentów na warszawskiej Pradze-Północ, na nasze zaproszenie. To było niezwykłe przeżycie – oto „pan z telewizora, opowiadający o starym kinie”, siedział ze mną przy kawie i rozmawiał o mojej książce. Otrzymał oczywiście egzemplarz, ale nigdy nie powiedział mi, co o niej myśli, a ja nigdy już nie odważyłam się go o to zapytać. Dziś uważam, że dobrze się stało, że ta sprawa pozostała niedopowiedziana. Z perspektywy dwunastu lat i kolejnych odkryć sama mam wiele refleksji na temat tego, co i jak wówczas opisałam, a czego zdecydowałam się nie publikować.

Choć później wielokrotnie wracaliśmy do tematów związanych z Aleksandrem Żabczyńskim, nigdy już nie rozmawialiśmy o samej książce. Jednak od tamtego spotkania miałam poczucie, że Stanisław Janicki traktował mnie już jak „pełnoprawną badaczkę przedwojennego filmu”. Niedługo później powstał portal stare-kino.pl, z którym Stanisław – a dla nas wkrótce po prostu „nasz Staś” – aktywnie współpracował.

Od 2014 roku nasze spotkania stały się regularne. Najpierw Staś przyjeżdżał do Warszawy, później to my odwiedzaliśmy go w jego mieszkaniu w Bielsku-Białej. Także w tym roku planowaliśmy kolejną wizytę, ale przeszkodziły nam w tym jego problemy zdrowotne.

Ostatnim moim wspomnieniem związanym z „wyjazdem do Stasia” jest podróż na jego pogrzeb 28 maja 2026 roku. Wsiedliśmy do samochodu, włączyliśmy jedną z naszych ulubionych stacji radiowych i nagle z głośników znów popłynął jego głos – opowiadający o pierwszym kinowym seansie dubbingowanej polskiej wersji Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków. Chwilę później usłyszeliśmy walc z tej disneyowskiej animacji. Ta melodia towarzyszyła nam podczas wyjazdu z Warszawy, jakby Staś sam nas odprowadzał.

Stanisław Janicki – dziennikarz, reżyser i znawca przedwojennego kina – kilka lat temu powiedział nam, że „teraz to on się od nas uczy”. Cierpliwie słuchał naszych odkryć, z serdecznym uśmiechem przyjmował gości, których ze sobą przywoziliśmy, i po prostu z nami gawędził. To ogromne szczęście, że mogliśmy spędzić z nim jeszcze te kilka lat.

Poznaliśmy „pana z telewizora”, który w życiu prywatnym był dokładnie taki sam, jakim go widzieliśmy na ekranie – cierpliwy, ciepły i pełen życzliwości.

Podczas naszych rozmów, gdy temat się wyczerpywał albo zmierzał ku kolejnej niekończącej się dygresji, Staś zwykł kończyć: „i tak dalej… i tak dalej…”.

Tak to się zatem kręci… i tak dalej… i tak dalej, Stasiu.

 

Michał Pieńkowski
25 czerwca 2026 roku

Stanisław Janicki był niezrównanym gawędziarzem i jak mało kto potrafił budować napięcie w swoich opowieściach. 

Kiedyś zaprosiliśmy go na spotkanie. Jako główną atrakcję zapowiedział, że pokaże nam coś niezwykłego: zdjęcie z młodości Eugeniusza Bodo. 

Spotkanie się zaczęło, rozmawialiśmy jak zwykle o tym i owym, w końcu delikatnie poprosiliśmy, żeby pokazał nam fotografię. Wyjął ją z torby… i wtedy się zaczęło. Nie byłby sobą, gdyby po prostu ją pokazał, najpierw musiał zbudować kontekst i „podprowadzić” sytuację, więc musiał nam opowiedzieć skąd ją zdobył. Ale ponieważ to także nie oddałoby atmosfery, powiedział, że najpierw musi opowiedzieć o pani, która mu ją przekazała. Historia o tym, jak ją poznał przeplatała się z historią jej życia, dygresja goniła dygresję, a my z wypiekami na twarzach czekaliśmy, aż pokaże to zdjęcie. Stanisław siedział przy stole trzymając je w dłoniach, ale tak, że nic nie można było zobaczyć. I budował napięcie. Kiedy już wydawało nam się, że wreszcie ją pokaże, zawiesił głos i gestem dał nam znać, że stojący przed nim kieliszek jest pusty. Bez pośpiechu opowiadał dalej, a my siedzieliśmy jak na szpilkach. W końcu uznał, że nadszedł ten moment i pokazał nam zdjęcie. Odkąd wyjął z torby fotografię i wziął ją do rąk, minęło dobre półtorej godziny… 

Dziś, po kilku latach, dużo lepiej pamiętam tę opowieść, niż samą fotografię.

 

Mirela Tomczyk
26 czerwca 2026 roku

To chyba najtrudniejsze wspomnienie. 

Zmarł Stanisław Janicki.

Gdy mnie pytają, skąd to zainteresowanie polskim kinem przedwojennym? Co mnie w nim urzekło? To odpowiedź jest nieoczywista. Pytający oczekuje, że odpowiem, jak cudne jest to kino, jak świetne są to filmy i jak bardzo pobudzają wyobraźnię. To wszystko prawda. Ale prawda jest taka, że opowieści Stanisława Janickiego w programie „W starym kinie” otworzyły mi oczy i umysł na to wspaniałe polskie kino. Kino, które było unikatowe, jak czasy w których powstawało. Ten twórczy nurt, ta swoboda i radość z kręcenia filmów jest wyjątkowa całej historii polskiej filmografii. I nie dostrzegłabym tego, gdyby nie wspaniałe i ciepłe opowieści z ekranu telewizora redaktora Stanisława Janickiego. 

Gdy byłam dzieckiem, a potem nastolatką i z niecierpliwością oczekiwałam na program „W starym kinie” raz w tygodniu, to nie było siły czy wydarzenia, które by mnie odciągnęło od seansu. A ten magiczny czas mijał tak szybko, tak szybko…

I nagle, kilka lat temu widzę Stanisława Janickiego przed sobą, mogę mu uścisnąć rękę. Porozmawiać. A potem Stanisław Janicki został Stasiem. 

Nasze częste spotkania grupowe, podczas których rozmawialiśmy o przedwojennym kinie i oglądaliśmy wspólnie filmy, przerwała pandemia. Staś zlikwidował mieszkanie w Warszawie i  wrócił do Bielska-Białej. Wtedy zaczęliśmy regularnie pisać do siebie, ja mu podsyłałam ciekawostki, artykuły i nowinki, a on rewanżował mi się opowieściami. Kiedyś zapytał się mnie, jak może do mnie mówić, ponieważ R w moim imieniu sprawiło mu problem. Łatwiej już mu było wymówić: Mira, ale koniec końców, nawet maile tytułował „Droga M.”.

Staś wiedział, że jestem fanką, tak jak on fanem, Eugeniusza Bodo, więc mieliśmy wspólne tematy. Zaufał mi na tyle, że dał mi swoją książkę o Bodku Uśnij serce… i zgodził się na zmiany w niej i wspólne wydanie. Podzielił się ze mną swoimi materiałami o Bodo, a ja podsyłałam mu wszystko, co udało mi się nowego ustalić. 

Z tych wspólnych planów wydawniczych zrodził się pomysł wyjazdów do Bielska Białej i regularnych odwiedzin. Jeździliśmy we trójkę, ja, Olga i Michał, ale często zabieraliśmy ze sobą osoby, które bardzo chciały go poznać, bo też wychowały się na opowieściach z wyjątkowego programu „W starym kinie”. I tak minęło kilka lat… 

Wiedzieliśmy o postępującej chorobie, o zawale i rehabilitacji. Wiedzieliśmy o słabszych i lepszych dniach. Ale zawsze czekał na nas i był rozczarowany, jak po kilku cudownych godzinach, zaczynaliśmy się zbierać. Niestety, na początku tego roku, przepraszał, ale nie był w stanie nas przyjąć. Umawialiśmy się, na spotkanie, gdy poczuje się lepiej. Wiedzieliśmy, że jego żona, Eli, dzielnie walczy o zdrowie Stasia i bez jej opieki byłoby dużo gorzej. 

To ostatnie spotkanie nastąpiło, ale nie tak jak tego chcielibyśmy… Milczeliśmy, gdy Staś spoczął w rodzinnym grobowcu. Złożyliśmy wieniec, kondolencje rodzinie i wróciliśmy z tej ostatniej wizyty u Stasia.

Podczas naszych spotkań opowiadał nam o swojej rodzinie, ludziach, których spotkał i pracy w telewizji. Opowiadał nam, że siedząc przed kamerą, nie mówił do wszystkich, mówił do tego jednego widza, który właśnie siedział przed ekranem telewizora. Znał doskonale te filmy i wiedział, że nie wszystkie są wybitne, a jednak potrafił zawsze znaleźć coś wyjątkowego w nich, coś co sprawiało, że my, widzowie, za każdym razem oglądaliśmy arcydzieło. 

Opowiadał, że choć często spotykał się z Andrzejem Wajdą, który był dla niego mistrzem, to nigdy nie przeszli na nieformalny stopień znajomości. Ja miałam to szczęście, że ze swoim mistrzem byłam „na ty”, ale nie zmieniło to faktu, że za każdym razem czułam ogromny szacunek dla Stanisława Janickiego. 

 

 

 

0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najnowsze
Najstarsze Najwięcej głosów