Zbyszek Rakowiecki… o sobie

Aleksandra Justynówna
„Muza” R.I, 30.05.1937, nr 10

…Ktoś wypowiedział rotę ślubnej przysięgi, ktoś komuś obiecywał miłość na wieki, jakiś głos nawoływał do odjazdu… W mrok i ciszę kulis teatralnych płynęły przytłumione słowa ze sceny. Gdy ucichły, zabrzmiała burza oklasków i gwar roześmianej widowni. Skończył się pierwszy akt operetki Wiktoria i jej huzar w Teatrze 8.15. Aktorzy schodzili ze sceny. Pomiędzy wielkim niebieskim żołnierzem i żółtym Japończykiem stanął roześmiany pan miody ubrany we frak i cylinder. To Zbyszek Rakowiecki, dziś jeden z najlepszych polskich artystów operetkowych.

Skorzystałam z przerwy, aby dowiedzieć się w jaki sposób przemiły ten aktor zadebiutował na scenie.

– Studiowałem w Szkole Nauk Politycznych – lecz od dzieciństwa miałem zdolności aktorsko-taneczne, Kiedyś podsunięto mi myśl debiutu na scenie zwróciłem się więc do ówczesnego dyrektora Teatru 8.30, Leopolda Brodzińskiego, który przygotował mnie do Z.A.S.P-u. Debiutowałem w operetce Szczęśliwej podróży a po tym dostałem już stałe engagement, rzuciłem studia i poświęciłem się zawodowi aktorskiemu, który zresztą zawsze mnie pociągał.

– A w jaki sposób trafił pan do filmu?

– Już w pierwszym roku moich występów scenicznych zadebiutowałem na ekranie w epizodycznej rólce w Dziejach grzechu. Pierwszą dużą rolę zaofiarował mi reżyser Ziembiński w filmie Fredek uszczęśliwia świat. Gdy otrzymałem tę propozycję byłem uszczęśliwiony, niestety – kiedy zobaczyłem film na ekranie piłem ze zmartwienia przez trzy dni. Bo wie pani – uśmiecha się mój przemiły rozmówca – to bardzo przykre dla aktora, kiedy film, w którym debiutuje w głównej roli, jest taki nieudany. No a potem grałem dziennikarza w filmie Papa się żeni

– …który był jedną z lepszych polskich komedii, przerywam, i w którym stworzył pan doskonałą kreację.

– Och, o kreacji aktorskiej dopiero marzę – mówi skromnie p. Rakowiecki.

Miła bezpośredniość i czar osobisty promieniuje w rozmowie z tym uroczym, pełnym życia artystą. Twarz jego poważnieje, gdy pytam go o wrażenia jakie odnosi w grze filmowej i scenicznej.

– Film – mówi Rakowiecki – wymaga od artysty większego skupienia się, gry bardziej opanowanej, przeżywania poszczególnych, krótkich fragmentów roli, które w czasie nakręcania filmu są zupełnie oderwane od siebie, nie tworząc żadnej logicznie i uczuciowo powiązanej całości. Tymczasem na scenie artysta, który co wieczór powtarza te same słowa i gesty popada w pewien schemat, pewne zmechanizowanie.

– Á propos zmechanizowania. Już od dłuższego czasu w prasie fachowej toczy się dyskusja czy artysta na scenie gra, że się tak wyrażę „na chłodno”, czy też przejmuje się rolą. Cóż pan o tym sądzi?

Rakowiecki zamyśla się na chwilę.

– Oczywiście, że początkowo każdy z nas przeżywa swoją rolę, po pewnym jednak czasie przyzwyczaja się do niej tak bardzo, że może doskonale grać, myśląc o czymś innym. Zastrzegam się jednak, że są to tylko spostrzeżenia z mego własnego doświadczenia jako wodewilisty. Możliwe, że artyści dramatyczni traktują tę sprawę inaczej.

– Czy nigdy nie pociągał pana dramat?

– Nie, chciałbym jednak bardzo spróbować swoich sił w komedii. Poza tym pasjonuje mnie gra filmowa. Chciałbym zagrać znowu w dobrej polskiej komedii filmowej.

– Kto jest pana ulubioną partnerką?

– W filmie miałem szczęście grać z Karoliną Lubieńską. No, a na scenie gram obecnie z Lodą Halamą. Czyż można powiedzieć coś więcej?

Dzwonek… Muszę już pożegnać p. Rakowieckiego, życząc mu szczerze laurów filmowych, które go na pewno nie ominą.