Witold Zacharewicz chciałby zagrać „Księcia Pepi”

„Kino” R. 7, 15.03.1936, nr 11

Róża z 1936 roku

Mówi cichym, przytłumionym głosem. Mocną i wyrazistą twarz okala ciemna broda, której posępna powaga nie licuje wcale z wesołymi błyskami jasnych, młodzieńczych oczu.

Zacharewicz zapuścił sobie ową brodę, jedynie dlatego, by dopasować się jak najbardziej do roli Czarowica w filmowanej obecnie Róży według dramatu Żeromskiego.

– Moje początki – uśmiecha się, ukazując rząd białych zębów, – są tak niedawne i świeże, że aż wstyd o nich wspominać.
W czasie pracy nad filmem Pod Twoją obronę profesor Maklakiewicz poszukiwał do zdjęć męskiego chóru, złożonego z samych młodych i silnie brzmiących głosów. Traf chciał, że w owym zespole znalazłem się i ja także. Przerwy w zdjęciach wypełniałem śpiewem i parodiami słynnych „gwiazd” zagranicznych. Te moje błazeństwa zwróciły na mnie uwagę producenta i reżysera filmu.
W następnym obrazie tej wytwórni tj. w Młodym lesie dostałem już większą rolę, grając jednego z maltretowanych uczniów szkoły polskiej w roku 1905.

– A co było dalej?

– Potem poszło jak z płatka. Nie zdążyłem nawet ukończyć P.I.S.T-u, gdy zaangażowano mnie na scenę jednego z warszawskich kabaretów. Tu występowałem przez okrągły rok. Tak mi to przypadło do gustu, że zarzuciłem nawet polonistykę, którą zacząłem studiować na uniwersytecie. Na szczęście ten okres lekkomyślności nie trwał długo. Dziś, mimo pracy filmowej i teatralnej, uczę się nadal. Postanowiłem bowiem ukończyć studia.
Po Młodym lesie grałem jeszcze w dwóch filmach: Nie miała baba kłopotuKochaj tylko mnie. Największą jednak satysfakcję moralną i artystyczną daje mi praca nad Różą, pod kierunkiem reżysera Lejtesa.

– Jaką scenę w Róży przeżył pan najsilniej?

– Jest to scena improwizacji. Mleczne światło reflektorów koncentruje się na mnie. Na szklanej tafli, umieszczonej poza mną, dzięki specjalnemu trickowi ukazują się obrazy będące ilustracją do wypowiadanych przeze mnie słów. Kiedy mówiłem ostatnie dwa wiersze, byłem zupełnie bezwładny i oszołomiony potęgą i realizmem wielkich słów Żeromskiego:

…Moskal dzieciny do szkól śpieszące rozgania…
Puście mnie kraty!!!
Lidia Wysocka i Witold Zacharewicz w filmie Kochaj tylko mnie z 1935 roku

– Jakie są pańskie plany filmowe?

– Zagram prawdopodobnie rolę Zygmunta Augusta w filmie Barbara Radziwiłłówna. W każdym razie toczą się obecnie pertraktacje na ten temat. Ponadto proponowano mi rolę Prądni­ckiego w Trędowatej. Nie skorzystałem jednak z oferty. Nie lubię grać ludzi podłych, nie potrafiłbym wczuć się w taką rolę. Mój typ filmowy to postacie à la Gary Cooper. Petera Ibbetsona oglądałem kilka razy. Przepadam za mocnym, zdecydowanym typem mężczyzny. W polskim filmie chciałbym zagrać księcia Józefa Poniatowskiego. To mój wymarzony bohater…

J.St.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.