Wesołe Oko: „Rumba, rumba”

Tadeusz Boy-Żeleński

„Kurjer Warszawski” (wydanie wieczorne) R. 111, 1931.11.21, nr 319

Wesołe Oko: Rumba, rumba, cocktail z humoru, tańca i melodii w dwudziestu ośmiu odmianach. Dekoracje Józefa Galewskiego (20 XI 1931).

Najważniejszym obecnie problemem dla naszych wesołych teatrzyków jest repertuar. O ile dużo jest znakomitych wykonawców, o tyle dostawców pisanego humoru jest dość niewielu. Toteż popyt na pióra autorskie – ogromny. Jeden z najdowcipniejszych literatów1 pobiera w pewnym teatrzyku rewiowym, mocą specjalnego kontraktu, oprócz ewentualnych honorariów, pokaźną kwotę ,,za wyłączność”. Kwotę tę ma otrzymać, choćby nic nie napisał przez cały sezon, byle tylko nie napisał nic – dla innego teatrzyku. Nasuwa się refleksja, że nie pisać da się dla kilku teatrów równocześnie, można by zatem, zapewniwszy sobie dyskrecję, pobierać w kilku teatrach pensję za to, że się nie będzie pisało dla innych.

Te niedomagania repertuarowe dają się po trosze odczuć w ostatnim programie Wesołego Oka; Bodo, Rentgen, Nowicka, Żelichowska, Walter, Roland, Skonieczny, Bukojemska, Niemirzanka, Gabrielli i inni aż proszą się o to, aby ich zatrudnić. Kiedy im się zdarzy dopaść dowcipnego tekstu, umieją go wyzyskać; ale rodzynki te są trochę za rzadkie.

Jeden z warszawskich recenzentów w tych słowach zdaje sprawę z wczorajszej premiery: „Nowa rewia Wesołego Oka nie jest pod żadnym względem słabsza od poprzedniej. Odznacza się tymi samymi minusami i tymi samymi plusami. Do pierwszych zaliczyć należy brak ogólnej koncepcji widowiska, nieskoordynowanie konstrukcji, dezorientację w rozplanowaniu elektów, słowem, zbyt wątły rozwój nerwu teatralnego. Dzięki temu gubi się tempo i nastrój widowni, miast narastać, ulega rozdrobnieniu i zdany jest na łaskę usposobienia poszczególnych widzów. Przedstawienie jest miłe i zasługuje na obejrzenie.”

Oto styl, który starszym krakowianom mile przypomni poczciwego Wł. Prokescha, z którego zwrotów układano swego czasu vademecum dla młodych krytyków pod tytułem: Mały Prokesch.


1Jeden z najdowcipniejszych literatów… – Julian Tuwim, który na podstawie umowy z dyrekcją Qui Pro Quo w osobach J. Boczkowskiego i S. Majdego zawartej po raz pierwszy 1 września 1924 zobowiązany był wszystkie swoje utwory sceniczne (monologi, skecze, piosenki, operetki itp.), z wyjątkiem utworów całospektaklowych, oddawać na użytek tej dyrekcji. Za to „prawo wyłączności” otrzymywał Tuwim pewien stały procent od zysków w kasie za sprzedane bilety. Wynagrodzenie to dostawał niezależnie od honorariów autorskich za utwory wystawiane na scenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.