Trzy po trzy o Kurnakowiczu

Erwin Axer
grudzień 1992

Z pamięci Erwin Axer
Wydawnictwo Iskry, 2016

Widywałem go za młodu w wielu rolach charakterystycznych i komediowych. Był radością serca. Grywał wspaniale, ale widocznie nie miał szczęścia do sztuk współczesnych, bo choć dały mu ogromną popularność i miejsce tuż za największymi, to żadna z nich nie utrzymała się na afiszu i nie zapewniła mu długiej pamięci, którą Osterwie zyskały role napisane z myślą o nim przez Żeromskiego i Szaniawskiego i bez myśli o nim przez Wyspiańskiego; SolskiemuJudasz Rostworowskiego i Wielki Fryderyk Nowaczyńskiego; Zelwerowi – Róża Żeromskiego i Szaniawskiego Adwokat i róże. Z lat trzydziestych zapamiętałem jedną tylko rolę „repertuarową”, Sir Tobiasza w Wieczorze Trzech Króli, w którym grał między innymi przeciwko Węgrzynowi, Grabowskiemu, Kondratowi. Sir Toby, kreacja przepyszna, nie przeszedł do historii. Aktorzy grywający później tę rolę nie szukali ani polemiki, ani kontynuacji. Bo też raczej żywotność, humor i zmysłowe oddziaływanie artysty zapewniły mu wtedy sukces u widzów, nie oryginalność interpretacji, która znamionowała ujęcia Węgrzyna – Malvolia i Grabowskiego – Chudogęby. Może też zaważyły warunki Kurnakowicza, który był człowiekiem niezbyt wysokim, trochę przysadkowa tym, krępym raczej niż atletycznym. Tak się jakoś stało, że w rubaszną postać Szekspirowską najlepiej wcielali się aktorzy potężnego wzrostu i tuszy.

„Świat” R. 28, 9.09.1933, nr 36

Zresztą i tak by nic nie pomogło. Wieczór Trzech Króli przeszedł do historii jako przedstawienie przerwane w połowie premiery. Z lekka podochocony Grabowski każdą kwestię poprzedzał lakonicznym tiepier’ ja. Reżyser Karol Borowski nie wytrzymał nerwowo i kazał spuścić kurtynę. Po czym wstąpił na proscenium i uzasadnił swoją decyzję nagłą niedyspozycją artysty. W recenzji z tego spektaklu Słonimski napisał, że „pijany reżyser wtargnął na scenę i przerwał pięknie się zapowiadające przedstawienie”. Łatwo pojąć, że bohaterami zdarzenia na wieki pozostali Borowski i Słonimski.

Po wojnie grał Kurnakowicz kilka ról zaliczanych do repertuaru kreującego pozycję aktora. Cześnika w Zemście, Famusowa i w Kordianie Księcia Konstantego.

Cześnik, szlachciura kresowy, w niczym niepodobny do Leszczyńskiego, który wielkopańskością raczej wojewodę jakiegoś niż szaraka przypominał, zresztą przepysznie tryskający poczciwością i pasją, będzie zapamiętany, bo mówił z rosyjska co nieco, jak sam Kurnakowicz. To było nawet na czasie, chociaż zabawne nad wyraz.

Wieść głosi, że po premierze przyszedł z gratulacjami Zygmunt Chmielewski, podówczas kolega z Narodowego, a niegdyś znakomity Cześnik w Perzanowsko-Jaraczowskiej Zemście, więc urażony nieobsadzeniem w roli, uściskał go serdecznie i powiedział: – Priekrasno Poliaka igrajetie, Kurnakow. Nie wiem, jak tam było dalej, bo Kurnakow, choć człowiek dobry, żartów z siebie nie lubił i kiedy na przykład spotykał Kaczmarskiego, o którym wiedział, że układa o kolegach fikcyjne anegdoty od samej prawdy prawdziwsze, w dodatku sam je prześmiesznie, z gestami jak Rejent Bolesta, odgrywa, zżymał się i przez zaciśnięte zęby rzucał: – Aaa, to żarciki układać, z kolegów się naśmiewać, to dobrze, aaa, a na scenę potem się wychodzi i co? I nic… Nie ma już Łomnickiego, który z kolei wspaniale pokazywał, jak mówił Kurnakowicz. Nie wiem, może jest jeszcze paru kolegów, co go potrafią pokazać.

Jan Kurnakowicz jako Wielki Książę Konstanty
Kordian Juliusza Słowackiego
Teatr Narodowy, 1956 rok

Więc tak naprawdę to myślę, że po Kurnakowiczu pozostanie przede wszystkim Książę Konstanty. Zawsze tak bywa. Gra się sto ról. Pozostają dwie lub trzy. Niewiele z pozoru. Czasem więcej, niż można sobie wyobrazić. Nikt, ale to nikt nie zagra Konstantego, nie myśląc o Kurnakowiczu. Także ci, którzy tylko z legendy będą go znali. Co najmniej spojrzą na fotografię.

Księcia grał tak, że ten, kto go widział, nie może sobie przedstawić, żeby można było zagrać inaczej. Jak mawiają źli recenzenci, a czasem i dobrzy, Boy na przykład, „nie grał, ale był Konstantym”. W tym wypadku frazes miał sens głębszy. Co do mnie, to potrafię sobie wyobrazić Świętoszka innego niż Jaraczowski, nawet Cześnika różnego od Leszcza, Leara nie takiego jak Węgrzyn (choć ten w moich oczach na głowę pobił i Giełguda, i Scofielda), ale nie mogę uwierzyć, żeby ktokolwiek, kto Kurnakowicza widział, mógł być z kogokolwiek w roli Konstantego zadowolony. Nie tylko sceniczny, ale chyba i prawdziwy, historyczny Wielki Książę nie różnił się niczym od tego, którego wymyślił Kurnakowicz. W mojej wyobraźni są jednym i tak musi być z każdym, kto go oglądał.

Artysta miał przedziwny sposób myślenia o sztuce, roli i postaci. Pewnego razu przypadek odsłonił mi tajemny (choć może nieświadomy) mechanizm. Bardini zrezygnował wtedy z realizacji Henryka IV i tym samym Kurnakowieżowi uciekła rola Falstaffa, do której był stworzony. Naszedłem Kurnaka w jego garderobie i próbowałem namówić na Fredrę, nie wiem już którego, Geldhaba chyba, a kiedy odmówił, dociec tego, co chciałby zagrać. Powiedział – miał już wtedy pamięć osłabioną i niechętnie uczył się wierszowanej roli – że na takie fiubździu, jak się wyraził, nie ma ochoty, ale że jest taka sztuka, autora ani tytułu nie pamięta, w której by zagrał chętnie, i choć nie pamięta, to może opowiedzieć, jak w tej sztuce jest, bo rolę już raz w Wilnie grał. – No więc siedzę przy stole – mówi – a naprzeciw żona siedzi, ładna taka jakaś, a zła jak osa, prawdziwa jędza. I dziecko z nami siedzi, biedactwo, markotne, bo to Wilia właśnie, a u nas smutno, ale choinka jest, taka jedna przyniosła, co tu przychodzi bieliznę reperować, szwaczusia, ale cała moja pociecha, bo to i dzieciaka przytuli, i do mnie się uśmiechnie, a tu żona docina, dziecko płacze znowu, a mnie się serce ściska… – i tak dalej, i tak dalej, w tym mniej więcej stylu, i gdyby nie pierwsza część rozmowy, nie miałbym cienia wątpliwości, że mi opowiada o czymś ze swojego życia, a nie początek Ich czworga.

Aktorzy, zwłaszcza w poprzednim pokoleniu, często mawiali, że przeżywają na scenie jak ich postaci w życiu, może nawet niektórzy w to wierzyli, choć nie ci najlepsi, ale żeby w tak bezpośredni, naiwny i rzetelny zarazem sposób uwierzyć w rzeczywistość sceny, nie, z tym się nigdy nie spotkałem. I nie myślę, żeby to ktoś drugi potrafił. I żeby mu nie zaszkodziło, gdyby potrafił.

Poskromienie złośnicy
William Shakespeare Teatr Narodowy w Warszawie, 1935 rok

Ale jemu służyło bez wątpienia. Tekst miał przy tym, wbrew pozorom, wyświdrowany jak sam diabeł. Zawsze wiedział co, jak i czemu w tym Kordianie, kiedy (bardzo rzadko) wetknąłem palec w jakąś lukę. Nie wiem, czy siedział nad tym godzinami w domu, pewnie tak, czy mu to nagle wszystko wypływało na powierzchnię jak – dzisiaj byśmy powiedzieli – w komputerze. Ale jakkolwiek było, miał ten dar, wszystko zmieniało mu się w rzeczywistość.

Z okazji tej rozmowy w garderobie zrozumiałem ex post, jak było z Konstantym. Osiągnął wtedy apogeum. Rola odpowiadała jego naturze, natura postaci. Wiersz, perspektywa, poprzednicy, tendencja polityczna, ciężar tradycji, wszystko, co czyni z procesu formowania Konradów i Kordianów, Hamletów i Learów istny bieg z przeszkodami, wszystkie te bariery dla niego nie istniały. Księcia pojmował dosłownie i słowo po prostu, najzwyczajniej, stało się na naszych oczach ciałem. Konstantego, jak go sobie Polacy wyobrażają, więc Kałmuka, Azjatę z duszą słowiańską, choć dziką, uosabiał doskonale, Rosję znał na wskroś, akcent i wymowa były mu pomocą, nie przeszkodą, ale te przychylne okoliczności zdawały się fraszką bez znaczenia, kiedy na pierwszej próbie, w jakimś foyer na dole (Narodowy był wtedy po części w przebudowie i wciąż przenosiliśmy się z miejsca na miejsce), więc kiedy na tej próbie zaczął czytać, a właściwie mówić na pamięć, po swojemu, tą swoją wymową przez zęby, zamilkliśmy wszyscy, wszyscy uszu nadstawiliśmy, bo każdy poczuł, nie było wątpliwości, że jesteśmy świadkami czegoś, co zdarza się raz na pokolenie albo i na dłużej, czegoś niesłychanego. Grał w natchnieniu całą rolę już gotową; patrzyliśmy na niego jak na obcego, bo choć to był Kurnakowicz, to jako Kurnakowicz był całkowicie nieobecny. Naprawdę niczego takiego w życiu nie widziałem i nie słyszałem, chyba u niektórych amatorów, ale tamto było śmieszne, a to porywające, w pewnym sensie niepojęte, bo chociaż i Węgrzyn przecież, i Wysocka, i niektórzy inni jeszcze grywali bez trudu od razu, jednak torowali sobie drogę etapami, a tu było wszystko, i żar jeszcze, namiętność, z którą ten Kałmuk wszystko stawiał na szalę, żeby swojego żołnierza uratować, Polaka przecież, i dla niego, i dla słuchających. Później, w tym nieromantycznym, przynajmniej w przyjętym u nas znaczeniu nieromantycznym, przedstawieniu, żar tej walki przesądził (w moim odczuciu) o wymowie poematu.

Bohaterowie Sybiru
Jan Kurnakowicz, Krystyna Ankwicz,
Lala Górska, Eugeniusz Bodo
1936 rok

Po tej pamiętnej próbie blask artysty, jak to bywa po wejściu na scenę, przygasł nieco i było nawet sporo zabawnych momentów, ale i te utkwiły w pamięci, bo były charakterystyczne dla Kurnakowicza. Mówiły o zaciętej, przenikliwej penetracji tekstu i zarazem o dziwacznych kłopotach. Jedno zresztą wynikające z drugiego; zaćmienia z impetu. Atakował z furią, jak byk rozpędzony, i nagle przeszkoda nieoczekiwana, wcale nieduża, zatrzymywała go w zdumieniu, kręcił głową, nie rozumiał, co to takiego, bo nie o tym myślał. Zdawało mu się, niesłusznie, że to coś nowego. Ważnego może. Więc się niepokoił.

Przychodziło mu na przykład do głowy, może mu się słowa i skojarzenia tak przy nauce roli ułożyły, a potem samego na scenie zaskakiwały, przychodziło mu więc do głowy, że się car w „niewinnej, jak śnieg białej Angielce” – zakochał. Próbowałem mu tę myśl wyperswadować, zresztą niepotrzebnie, bo w grze żadnej różnicy nie było, tyle że Kurnak w rzeczonym miejscu przerywał dialog i mówił: – A, a, aa, panie reżyserze (reżyserze w sposób niepowtarzalny, przez zaciśnięte zęby), panie reżyserze: kocha? – Kto kocha? – pytałem z kolei, a on na to: – Brat kocha. Przecież mówię: ona w sercu. W sercu, znaczy kocha.

– Panie Janie – powiadam – w sercu tajemnica, nie Angielka. Konstanty Angielkę wydał na śmierć, a tajemnica u cara w sercu. Car pyta o Angielkę, a Konstanty tajemnicę chce mu wydrzeć z serca. – Aha, znaczy, nie kocha – konkluduje pan Jan i przy następnej okazji znowu przerywa scenę i pyta: – Znaczy, kocha? – Bo mu fraza: „Ona w sercu? Wydrę z serca” – z nieodpartą siłą narzuca takie skojarzenie. I cała rozmowa toczy się od początku.

Taka wymiana poglądów od czasu do czasu zdarza się to tu, to tam, ale to epizody tylko. W gruncie rzeczy Wielki Książę reżysera potrzebuje tylko do ułożenia sytuacji, co nie jest sprawą trudną, bo sytuacje dyktuje gotowa rola ujawniona w czasie pierwszej próby i wystarczy ją mieć w pamięci, żeby wiedzieć, czego ta rola, po to, żeby z całą siłą przemówić, na scenie potrzebuje. A trudności z tym łatwym z pozoru, a trudnym w paru miejscach tekstem miewają także inni i reżyser nie zawsze zna właściwą odpowiedź. Czasem zastanawia się nad nią nawet Jerzy Kreczmar i dwie czy trzy repliki dopiero po latach znajdują wyjaśnienie.

Deszczowy lipiec
1957 rok

Za to dzieje się coś, czego reżyser nieczęsto zaznaje w życiu. Wbrew pozorom, trudno, nawet w obcowaniu z największymi aktorami, doznawać niezmąconej rozkoszy przyglądania się arcydziełu czy choćby tylko procesowi powstawania arcydzieła. Zawsze jest niemało desperacji, czasem rozpaczy, która bierze się z rozbieżności pomiędzy niejasnym marzeniem a rzeczywistością. Marzenie jest mgliste, ale darzymy je uczuciem. Powstającą przed naszymi oczyma rzeczywistość znosimy z trudem, póki się do niej nie przekonamy. Póki nie zmiesza się z naszymi urojeniami, póki choć cząstka nie stanie się i naszą własnością.

Z Kurnakowiczem było inaczej. Od pierwszego dnia do ostatniego sprawa wydawała się przesądzona. Pozostawało czyste szczęście obcowania z czymś, co powstało z nicości (scenicznej) pisanego tekstu i ze śmiertelną pewnością zmierza ku doskonałości. Jedyne, czego się wtedy obawiamy, to wybuch wojny, koniec świata czy inny jakiś kataklizm, który mógłby przeszkodzić premierze.

Już próba generalna była zapowiedzią triumfu. Kiedy w scenie z carem, mówiąc o diabelskim spisku na Kaukazie, wysadzeniu w powietrze własnych pułków, Konstanty ma powiedzieć: „saletry padalce/Wybuchnęły jak piorun”, a Kurnakowicz w zapamiętaniu powiedział: „paletry sadalce/Wybuchnęły jak piorun” – tylko reżyser zwinął się w kłębek i jego asystenci, widownia ani drgnęła i nikt się nie zorientował w omyłce. Co raz jeszcze potwierdziło mniemanie, że przy właściwej ekspresji tekst i nawet język, w którym się gra, schodzą na plan drugi, a wszystko i tak staje się zrozumiałe.

Kurnak, bo tak go nazywano, wiele miał śmiesznostek i słabostek, które prawie na równi z talentem przysparzały mu sławy w środowisku teatralnym. Zmysł oszczędności, pociąg do mocnego trunku bardziej rozsławiono niż dobroć serca i szczodrobliwość, której bywałem świadkiem i która dotyczyła kolegów naprawdę potrzebujących wsparcia. Czasem zdarzały się też gesty płynące z czystej fantazji, sympatii czy uznania. Pamiętam, jak podarował swoją lufkę oprawną w czyste złoto w dowód uznania za dobrze zagraną rólkę, bez żadnych ubocznych powodów. Młoda osoba tak wyróżniona, świadoma ułomności Mistrza – skąpstwo, choć nierzadkie w teatrze, zawsze bywa przedmiotem kpin – odniosła na drugi dzień cenny drobiazg, podarowany, jak sądziła, pod wpływem odruchu, ale się pomyliła. Kurnak był gotów ciężko się obrazić i ani słyszeć nie chciał o zwrocie.

Król Maciuś I
1957 rok

Z tą oszczędnością, nie ulega wątpliwości, że chorobliwą, choć zabawną, najwięcej kłopotów było w Paryżu, kiedyśmy tam pojechali z Kordianem. Już w samolocie pan Jan oświadczył, że Paryża nie zna, zgubi się na pewno, więc mnie ani na krok nie odstąpi. Ale kiedy tylko po przybyciu do miasta wstąpiliśmy do czeluści metra – byliśmy relatywnie biedni i do hotelu pojechaliśmy metrem – Kurnakowicz znikł. Zgubił się. Zobaczył kasę i znikł. Nie zauważył, że kupuję bilety dla wszystkich, pieniądze miałem kazionne, jak kierownik szkolnej wycieczki, więc rozpłynął się w powietrzu. Tak się przeraził o tych parę franków, które w postaci zaliczki na diety miał w kieszeni, że uciekł, i dopiero w nocy stroskani przyjęliśmy go w hotelu, do którego dotarł pieszo.

W Paryżu Kurnakowicz, jeżeli dobrze pamiętam, miał znakomite recenzje, ale tej sensacji i tego zachwytu – nie mówię tu o emigrantach, lecz o Francuzach – co w Warszawie nie wzbudził. Nie mógł wzbudzić. Kim był dla Polaków Wielki Książę, tego Francuzi nie mogą wiedzieć i nie wiedzieli. Poznano się na wspaniałym aktorze, ale paru wspaniałych aktorów charakterystycznych było jeszcze wtedy w Paryżu.

Na zwiedzanie miasta Kurnakowicz, podobnie jak jego koledzy, czasu miał aż nadto, bo przedstawień było trzy, a pobyt zaplanowaliśmy na dwa tygodnie co najmniej. Był rok pięćdziesiąty szósty, pierwsze „otwarcie na Europę”, i postanowiliśmy tej sytuacji użyć i nadużyć. Kurnak zwiedzał przede wszystkim okoliczne bistra, a my wysyłaliśmy za nim na zmianę gońców, bo napiwków nie dawał, goniących go wymysłów i przekleństw nie słuchał. Płaciliśmy więc za niego dla ratowania honoru.

Zaczepił mnie pewnego dnia, jeszcze w Warszawie, i zapytał, czy kupimy wspólnie jakiś prezent „Koleżaneczce”. Tak nazywał Irenę Horecką, która nie grała w Kordianie i do Paryża nie pojechała. Przyjaźniłem się z nią, a Kurnak także. Przed samym wyjazdem, dziwiłem się już, że o prezencie nie wspomina, było to przy śniadaniu, jakaś ręka sięgnęła pomiędzy Zosią Mrozowską i mną ku naszym talerzom i uniosła dwa trójkątne topione serki, jakich pełno było i w kraju. A głos Kurnakowicza pełen satysfakcji oznajmił nam, że to „prezencik dla Koleżaneczki”.

No i tak… Przyjechał wtedy z Londynu, między innymi, bo przyjechało bardzo wielu, Zdzisław Broncel, dziennikarz, dawny znajomy z Wilna Danusi Szaflarskiej. Włóczyliśmy się z nim po Paryżu i pewnego razu opowiedział nam, jak to mu Kurnakowicz w Wilnie sowieckim, kiedy Broncla na wschód wywozili, oddał niemałą przysługę, a może i życie uratował, bo mu przyniósł paczkę żywności, całą pakę nawet, która go potem w biedzie wspomagała w tej podróży. Przyniósł tę żywność z narażeniem własnej osoby do towarowego wagonu, już zamkniętego, strażnika przekupiwszy albo, jak ja mniemam, doskonałą ruszczyzną omamiwszy. Teraz chciałby się Broncel Kumakowi zrewanżować, ale nie ma do niego śmiałości, prosi, żebym ja to załatwił i sam razem z nimi oboma poszedł do jakiejś dobrej knajpy. Więc bardzo wyraźnie w imieniu Broncla zaprosiłem Kurnaka na ucztę i któregoś dnia, tuż przed wyjazdem, poszliśmy w trójkę do wytwornego lokalu na Champs Elysees.

Zaraz nas tam obskoczyli kelnerzy i maitre’owie, obrzucili złoconymi kartami napojów i potraw, ale Kurnakowicz, o dziwo, oświadczył, że jeść nie będzie, bo nie ma apetytu, w ogóle nie jest głodny, i mimo próśb i nalegań skonfundowanego Broncla nie ustąpił i tylko zgodził się wypić trochę wina, ale nie tego z karty, tylko wliczonego w couuert, które przynoszą do stołu z urzędu niejako.

No więc zaczęliśmy, zamówiwszy, jeść z Bronclem, co nam przynieśli, bez smaku, siląc się w tej głupiej sytuacji na podtrzymanie rozmowy. Kurnak też siedział ponury, ledwie słowo czasem bąknął. Byłem więc szczęśliwy, a Broncel też pewnie, kiedy się ta dziwna uczta skończyła.

Potem Broncel zawołał płatniczego i zapłacił, co widząc, Kurnakowicz nadzwyczajnie się ożywił i choć już wstawaliśmy, odzyskał apetyt i stwierdził, że zjadłby co nieco. „Czego by sobie zażyczył?” – pytał uszczęśliwiony fundator, który w bliższe okoliczności nie wchodził, przypisując zapewne wszystko wybaczalnemu u takiego artysty kaprysowi. – Paróweczki – oświadczył Kurnakowicz. Nie miał widocznie odwagi na zadawanie się z czymś tak podejrzanym jak złocone menu. Sam dotyk mógł być kosztowny.

„Kino” R.VIII, 28.11.1937, nr 48

Z parówkami był kłopot. Luksusowy lokal tym towarem nie dysponował. Broncel kazał zawołać maitre’a, kolorowy banknot zmienił właściciela, Kurnakowi oczy na wierzch wyszły, żałował może, że nie poprosił po prostu o ten banknot, ale nim się opamiętał, trzasnęły drzwi i parówki przyniesione z pobliskiej knajpki dymiły na talerzu. Kurnakowicz spojrzał, wziął parówki do ręki, zawinął w chusteczkę i wszystko razem wsunął do kieszonki na piersi: – Dla kotka – powiedział – mam kotka w domu. Będzie w sam raz na prezencik na jutro w Warszawie.

Konstanty był największym, zaiste genialnym rozbłyskiem talentu Kurnakowicza. Niestety, ostatnim. Widziałem go jeszcze w Aszantce reżyserowanej przez Perzanowską. Od czasu do czasu czynił wymowne pauzy i udawał się za kulisy do „Wojtka”, tak nazywano, czy też przezywano znakomitą suflerkę Śliwińską, by dowiedzieć się dalszych dziejów kreowanej przez siebie postaci i dalszego ciągu tekstu. Po czym wracał na scenę i jak gdyby nigdy nic grał dalej. Odbywało się to bardzo naturalnie, więc publiczność uważała pewnie, że tak ma być.

Najostatniejszy, niemy epizod w Matce Courage, wyrazisty konterfekt syfilitycznego generała, rozpustnika z wojny trzydziestoletniej, dla wtajemniczonych wyglądał na akord finalny. Był nim.

Ot, i wszystko. Łatwo wskrzeszać dykteryjki, sztuki wskrzesić nie sposób. Myślałem pisać anegdoty o Kurnakowiczu. Gdybym spisał wszystkie, które słyszałem od innych, miejsca by nie starczyło. Myślałem, że to będzie wesołe, ale chyba nie jest. Myślałem, że coś z tego wyniknie, ale chyba się omyliłem.

 


Dziękujemy Wydawnictwu Iskry za udostępnienie fragmentu książki Erwina Axera Z pamięci.

 

Like