Zanim powstał Sfinks

Izabela Żukowska
Faustyna Toeplitz-Cieślak

Sfinks. Wizjonerzy
i skandaliści kina

Izabela Żukowska,
Faustyna Toeplitz-Cieślak 
Prószyński S-ka 2016

Był 29 stycznia 1928 roku. Na Cmentarzu Żydowskim w Warszawie zebrały się tłumy. Aktorzy, filmowcy, dziennikarze, wielbiciele X muzy. Milczący kondukt sunął cmentarnymi alejkami. Gdy trumna została złożona do grobu, wieńce sięgały głów żałobników.

Ciężki obowiązek powierzono mi dziś do spełnienia… Odchodzi od nas znękane ciężką pracą i chorobą jego ciało – mówił Stanisław Zagrodziński, prezes Związku Polskich Zrzeszeń Teatrów Świetlnych. − Pozostają z nami jego duch, jego optymizm, jego wiara w wielką przyszłość polskiego filmu. Kronikarz piszący, czy to o powstawaniu kinematografii polskiej, czy o pierwszych krokach filmu polskiego bądź o organizacji branży filmowej, będzie musiał analizować w pierwszym rzędzie pracę świętej pamięci Aleksandra Hertza. Bo nie ma takiej dziedziny życia filmowego w Polsce, której by Aleksander Hertz nie oddał się z ostrym zapałem, z całą energią. A gdy już zdrowie nie pozwalało mu walczyć osobiście o słuszne prawa niemej sztuki, o normalne warunki rozwoju produkcji filmowej, zagrzewał do tej walki kolegów, służąc im zawsze trafną radą i codzienną zachętą1.

„Kurjer Warszawski”, wydanie wieczorne R. 108, 1928, nr 28

Gdy kilka dni wcześniej do wiadomości podano informację o śmierci Aleksandra Hertza, w warszawskich gazetach ukazały się liczne nekrologi, a magazyn „Kino dla Wszystkich” zamieścił podpisany przez całe grono redakcyjne tekst, kończąc go słowami: „Czyny jego będą drogowskazem dla tych, którzy postawili sobie za zadanie zdobywanie kinematografii polskiej trwałych podstaw rozwoju”.

Za życia Aleksandra Hertza często krytykowano, zarzucano, że w swoich filmach sprzyja najniższym gustom, sprawia, że kino nie jest w stanie wznieść się na wyżyny sztuki. Gdy zaczynał, metody walki z konkurencją przypominały bardziej potyczki gangsterskie niż organizowanie życia kulturalnego. On jednak stał na czele wytwórni filmowej, która zbudowała w odrodzonej Polsce najsilniejszą pozycję, stając się najdłużej działającym producentem filmowym przed 1939 rokiem. Był pionierem w czasach pionierskich. Nie wiemy, czy zaczynając, miał wizję, w którą stronę zmierza. Możemy założyć, że jego sukces był efektem połączenia talentu do sztuki i zdolności menedżerskich, choć dziś trudno orzec, która z tych cech dominowała. Możemy jednak przypuszczać, że redaktorom przedwojennego magazynu filmowego nie przyszło do głowy, że człowiek, którego artystyczną drogę opisywali, podkreślając rolę, jaką odegrał w początkach polskiego kina, z czasem odejdzie w zapomnienie, a o jego wytwórni pamiętać będą nieliczni znawcy przedwojennej kinematografii. Dzisiaj bowiem, przywołując nazwisko Aleksandra Hertza, należy opatrywać je komentarzem, bo człowiek, którego w dwudziestoleciu międzywojennym uważano za jednego z ojców polskiej kinematografii, zagubił się w mrokach historii rodzimego kina.

Producent Aleksander Hertz, operator Jan Skarbek-Malczewski, reżyser Józef Ostoja-Sulnicki, 1911, FINA

Wojenne kataklizmy zniszczyły dużą część przedwojennej produkcji. Polska Ludowa nie pozwalała na przywoływanie filmów sprzed 1939 roku. Podejrzliwość, z jaką przyglądano się tamtej twórczości filmowej − burżuazyjnej, niezgodnej z obowiązującym po wojnie duchem socjalistycznej odnowy, gdzie przygody pani hrabiny i jej sprytnej służącej mogły co najwyżej służyć za komentarz do ironicznych słów o sanacyjnej Polsce − nie sprzyjała budowaniu kinematografii Polski Ludowej na dokonaniach przedwojennych twórców. Tak więc nazwisko pioniera polskiego kina odeszło w zapomnienie, a filmy, które realizował, jeśli przetrwały wojnę, spoczęły w archiwach. Dzisiaj niewiele wiemy o życiu Aleksandra Hertza. Pozostały częściowo zachowane produkcje wytwórni Sfinks, informacje prasowe, kilka anegdot i trochę zapisanych wspomnień. Historia człowieka splata się w nich z historią założonej przez niego wytwórni filmowej, on sam zaś zazdrośnie strzeże tajemnic swojego życia niczym prawdziwy warszawski sfinks…

Wiadomo, że urodził się w 1879 roku w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Całe życie podkreślał swoje związki z kulturą polską, posuwając się nawet do tego, by jego współpracownicy legitymowali się polsko brzmiącymi nazwiskami. Jednak w jego wytwórni obok ekranizacji literatury polskiej realizowano filmy w języku jidisz, on sam zaś zgodnie z ostatnią wolą został pochowany na Cmentarzu Żydowskim w Warszawie, gdzie do dziś można odnaleźć jego grób (sektor 19, rząd 5, nr 2).

U progu życia nic nie zapowiadało, że zostanie pionierem rodzącej się na jego oczach sztuki filmowej. Studia prawnicze miały być podstawą dostatniego, mieszczańskiego życia. W nielicznych źródłach można znaleźć informację, że po ich ukończeniu rozpoczął pracę w banku na Nalewkach. Wielce prawdopodobne, że była to filia Banku Dyskontowego, którą otwarto w 1900 roku na rogu Nalewek i Franciszkańskiej. W przedwojennej prasie można przeczytać, że bank ten specjalizował się w przyjmowaniu pieniędzy od syjonistów, a że ich głównym siedliskiem były Nalewki, dla ich wygody otwarto ten oddział (dziennik „Rozwój”, 22 stycznia (3 lutego) 1900 r.).

Hertz w banku szybko awansował. Przez trzy lata, począwszy od 1905 roku, był kierownikiem oddziału. Czas ten był dla niego ważny nie tylko ze względów zawodowych. To wtedy poznał swoją przyszłą żonę.

Anna Paradowska była postacią nietuzinkową. Urodziła się 20 lipca 1879 roku (niektóre źródła podają też rok 1880) w Warszawie. Przedwczesna śmierć ojca zmusiła ją do podjęcia pracy. Nie zrezygnowała jednak z nauki i na tzw. Latającym Uniwersytecie uczyła się księgowości, ekonomii, a także poszerzała wiedzę dotyczącą rodzących się wówczas ruchów feministycznych. Jej niezależność, odwaga w podejmowaniu trudnych wyzwań i walka z uprzedzeniami, którą toczyła, musiały zaimponować Hertzowi. Wkrótce oświadczył się Annie i para się pobrała.

Mieszkanie Hertzów przy placu Żelaznej Bramy 6 stało się ważnym adresem na mapie ówczesnej Warszawy. To tu odbywały się tajne zebrania Polskiej Partii Socjalistycznej, z którą przyszły pionier polskiej kinematografii sympatyzował. Tutaj chronił się Józef Piłsudski, gdy uciekał przed władzami carskimi. Tutaj spotykali się organizatorzy Zawodowego Związku Pracowników Prywatnych Instytucji Bankowych Królestwa Polskiego. Wśród nich był Antoni Pawlikowski, który wkrótce stanął na czele Domu Bankowego Zjednoczonych Bankowców, zlikwidowanego decyzją ministra skarbu dopiero 28 października 1949 roku. W mieszkaniu przy placu Żelaznej Bramy musiały również bywać członkinie Towarzystwa Zawodowego Kształcenia Kobiet, w którym Anna prowadziła kursy księgowości, a także działaczki Unii Pracy.

Aleksander Hertz
(1879–1928)

Warszawa przełomu wieków była dynamicznie rozwijającą się metropolią. Nadal jednak pozostawała pod zaborem rosyjskim, a mieszkańcy nie porzucili dziewiętnastowiecznych marzeń o niepodległości. Gdy w Rosji w 1905 roku wybuchła rewolucja, miasto stało się widownią coraz gwałtowniejszych wystąpień. Domagano się większych praw, niosąc na transparentach hasła wolnościowe. Od 1906 roku Polska Partia Socjalistyczna zaczęła organizować zamachy na wysokich urzędników rosyjskich. Odpowiedzią władz zaborczych były aresztowania i wyroki długoletniego więzienia lub kary śmierci.

Przed sądem carskim stanął też Hertz. W 1908 roku władze zdecydowały się przeprowadzić prowokację, w której udział wziął carski szpieg Mieczysław Sas-Charewicz. Hertza aresztowano i choć szybko odzyskał wolność, musiał na rok wyjechać za granicę. I tu być może, paradoksalnie, należałoby być wdzięcznym zaborcom, bo z powodu wyroku do Warszawy wrócił człowiek, który dzięki swoim zdolnościom organizacyjnym, dzięki uporowi i energii zainicjował powstanie polskiej kinematografii. Być może u podstaw decyzji o otwarciu biura kinematograficznego był tylko pomysł na godne życie w nowej sytuacji. Wszak zgodnie ze słowami Jana Skarbka-Malczewskiego, przyszłego operatora i współpracownika Hertza, był to znakomity sposób na zarabianie pieniędzy. Być może o otwarciu interesu zadecydowała ciekawość, bo kino stawiało dopiero pierwsze kroki, a pokazy filmowe wciąż stanowiły sensację, przyprawiającą widzów o dreszcz emocji, czasem nawet przerażenia. Ostatecznie pozostaje jednak fakt, że kultura polska zyskała człowieka, którego dwie dekady później w tekście pożegnalnym magazyn „Kino dla Wszystkich” określił mianem właściwego twórcy kinematografii polskiej.

Anna Paradowska-Szelągowska
(1879–1962)

Nie przetrwało natomiast małżeństwo Aleksandra Hertza z Anną Paradowską. Hertz pozostał sam, Anna wyszła zaś powtórnie za mąż. W 1926 roku została żoną profesora historii Adama Szelągowskiego, ale i to małżeństwo nie trwało długo. Historia Anny, jednej z pierwszych polskich feministek, była niezwykła. Gdy wybuchła I wojna światowa, pracowała w Towarzystwie Pomocy Ofiarom Wojny i w Lidze Kobiet Pogotowia Wojennego. Później zaangażowała się w działalność antywojenną. W 1931 roku uczestniczyła w XII sesji Zgromadzenia Ligi Narodów w Genewie, gdzie pojechała jako delegatka Rządu Rzeczypospolitej. W 1938 roku została senatorem V kadencji, reprezentując Obóz Zjednoczenia Narodowego miasta stołecznego Warszawy. W czasie II wojny światowej zajmowała się dziećmi i weterankami ruchu kobiecego. W czasie powstania warszawskiego wspierała walczących powstańców. Gdy powstanie upadło, a mieszkańców wypędzono z miasta, dotarła do Lublińca, gdzie doczekała końca wojny. Potem przeniosła się do Wrocławia i do 1950 roku, gdy przeszła na emeryturę, pracowała jako księgowa. Nie znosiła jednak bezczynności, wyjechała więc do Śródborowa w Otwocku, gdzie przez pięć kolejnych lat społecznie zajmowała się sierotami w Domu Dziecka. Wtedy przyszło zaproszenie z Genewy od jednej z organizacji feministycznych. W 1959 roku schorowana Anna Paradowska-Szelągowska trafiła do zakładu dla nieuleczalnie chorych w Szwajcarii, gdzie zmarła trzy lata później. Swojego pierwszego męża przeżyła o trzydzieści cztery lata.

 

Warszawski Broadway

Wieloletnia siedziba wytwórni Sfinks
na placu Zbawiciela (kamienica Jasieńczyka-Jabłońskiego), 1930

Początki działalności kinematograficznej nie były łatwe. Na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku kino uważano za rozrywkę jarmarczną, odpowiednią raczej dla kucharek niż dla eleganckiego widza. Warszawa początku dwudziestego wieku kochała teatr. Chociaż znakomity aktor tamtych czasów Jerzy Leszczyński występował głównie w Krakowie, w swoich wspomnieniach przywoływał okres, gdy aktorzy warszawskich scen byli przez swoich wielbicieli niemal noszeni na rękach, a prym wśród adoratorów wiódł znany jubiler Mankielewicz. Obdarowywał on artystów złotymi papierośnicami, perłami do krawata i drogimi zegarkami. Kochano Messalkę, która w 1913 roku zelektryzowała Warszawę, z Józefem Redo tańcząc po raz pierwszy tango. Uwielbiano Wiktorię Kawecką, primadonnę Teatru Nowości, którym rządził Ludwik Śliwiński. Śliwińskiego nazywano carem operetki, nic dziwnego jednak, skoro zespół teatru operetkowego pod jego kierownictwem mógł konkurować z najlepszymi scenami w Wiedniu i Berlinie, a na gwiazdy Teatru Nowości warszawska publiczność udawała się do nowej, okazałej siedziby przy Hipotecznej 8, którą wybudowano właśnie dzięki Śliwińskiemu.

Wyjątkowym wydarzeniem w życiu teatralnym Warszawy okazała się premiera Irydiona Zygmunta Krasińskiego, wystawiona w inscenizacji Arnolda Szyfmana. Szyfman, który kilka lat wcześniej z miłości do pewnej warszawskiej aktorki przeniósł się tu z Krakowa, a działalność w Warszawie rozpoczął od założenia literackiego kabaretu Momus, już od 1909 roku zabiegał o otwarcie teatru, który jako Teatr Polski rozpoczął swoją działalność 29 stycznia 1913 roku. Wtedy na scenie przy Karasia wystawiono Irydiona. Uczestnik tamtych wydarzeń Or-Ot napisał wówczas:

Artystów jakbyś spoił helikońskim winem.

Wiedzą, że gra ich dzisiaj nie jest grą, lecz czynem.

To nie są zwykłe o poklask gonitwy.

To nie teatr, to pole narodowej bitwy.

Realizacja filmu Ludzie bez jutra 
na zdjęciu: Aleksander Hertz, Józef Węgrzyn (w meloniku), Halina Bruczówna (stoi), Zbigniew Gniazdowski (przy kamerze), Stanisław Szebego (stoi nad siedzącą aktorką), 1919, FINA

Premiera Irydiona została uznana za zapowiedź odzyskania wolności. Bo teatr był nie tylko miejscem rozrywki, nie tylko salonem Warszawy, w którym po prostu należało bywać. W czasach gdy językiem polskim można było swobodnie posługiwać się jedynie w kościele i w teatrze, spektakle stawały się manifestacją dążeń wolnościowych, a słowa płynące ze sceny nabierały mocy większej niż polityczne odezwy.

Warszawa przełomu wieków, choć ciągle dusiła się pod rosyjskim zaborem, była miastem pełnym energii, charakterystycznej dla miejsc, w których spotykają się ludzie wielu kultur. Jej krajobraz tworzyli Polacy, ale i Rosjanie, Niemcy oraz Żydzi, ci z biednej dzielnicy północnej, rozciągającej się na północny zachód od Śródmieścia, i ci bogaci, zasymilowani, przenoszący się z Nalewek, Karmelickiej, Gęsiej i Nowolipek w Aleje Jerozolimskie i na Marszałkowską. W Warszawie mówiono po polsku, po rosyjsku i w jidisz. Mieczysław Orłowicz w wydanym w 1922 roku Przewodniku po Warszawie pisał o dzielnicy żydowskiej: „Język polski słyszy się tu dość rzadko, dominuje zepsuta niemczyzna, tzw. żargon, albo też język rosyjski, którym posługują się przybyli tu w czasie pogromów w Rosji tamtejsi Żydzi zwani »litwakami«. Ulice w tej dzielnicy miasta przedstawiają wygląd (…) mało europejski, a spotykane typy semickie w długich chałatach i okrągłych, charakterystycznych czapkach przypominają miasta Wschodu”. To tutaj, na Nalewkach, oddziałem banku kierował Aleksander Hertz. Ale gdy zakładał swoje przedsiębiorstwo kinematograficzne Sfinks, na siedzibę wybrał Marszałkowską 116.

Trzypiętrowy budynek na rogu Marszałkowskiej i Złotej nie istnieje, podobnie jak prawie cała zabudowa Marszałkowskiej, od dzisiejszego MDM-u do ulicy Królewskiej. Nie istnieją sale kinowe, które znajdowały się tu przed wybuchem II wojny światowej, tak jak nie ma przedwojennych kabaretów, których legendę budowali Ordonka, Bodo czy Járosy. O ile jednak mit Qui Pro Quo, Cyrulika Warszawskiego i Morskiego Oka przetrwał do dziś, o tyle początki kina odeszły w niepamięć.

Marszałkowska, rozwijająca się coraz szybciej od momentu, gdy w połowie dziewiętnastego wieku otwarto Dworzec Wiedeński, była na początku dwudziestego stulecia ważnym miejscem na kinowej mapie Warszawy. Później nazwano ją nawet warszawskim Broadwayem. Już w 1905 roku przy Marszałkowskiej 137 powstało kino Venus, znane z wyświetlania po godzinie dwudziestej drugiej pikantnych filmów, które oglądali bywający tu w towarzystwie dam rosyjscy oficerowie. Na trzydzieści istniejących w 1911 roku warszawskich kinematografów aż osiem znajdowało się przy Marszałkowskiej. Spośród dziewięciu kin pierwszej kategorii aż cztery mieściły się w rejonie skrzyżowania z ulicą Złotą.

Jednodniówka filmowa, z okazji roku jubileuszowego 1913−1938,
wrzesień 1938, nr 1

Pod numerem 114 ulokowało się kino Parisjana, później mieściło się tu kino Olimpia. Jednopiętrowy, narożny budynek z 1832 roku wobec okazałej zabudowy z końca dziewiętnastego wieku nie zachwycał wyglądem. Był jednak nie tylko siedzibą kinematografu, ale i widownią kilku tragicznych wydarzeń, opisanych przez warszawską prasę. „Raniona dwiema kulami w piersi na wylot tancerka padła, brocząc w kałuży krwi i dając słabe oznaki życia” − donosił „Kurier Poranny”, gdy Igę Korczyńską, tancerkę działającego tu teatrzyku Ananas, zabił jej były kochanek. Budynek został wybudowany z myślą o fabryce tapet. Później skręcano tu cygara dla międzynarodowego potentata branży tytoniowej, barona Józefa Huppmanna de Valbella. Pod koniec wieku dziewiętnastego budynek przebudowano. Piętro zajął hotel Metropol, gdzie samobójstwo popełnili nieszczęśliwi kochankowie, co bynajmniej nie poprawiło i tak nie najlepszej renomy obiektu. Na parterze ulokowały się firmy i sklepy. Były tu perfumeria i salon fryzjerski Ewaryst, należący do Ewarysta Zdzienickiego. W marcu 1905 roku w oficynie hotelu ulokowano tłocznię Władysława Łazarskiego, która ruszyła już w kwietniu. Drukowano w niej ulotki i pisma patriotyczne, za co władze carskie wkrótce ją zamknęły. Wszczęto wówczas śledztwo, ale wobec braku dowodów tłocznia wznowiła pracę. Jej właściciel wstąpił w tym czasie do Związku Filaretów i do 1909 roku drukował wyłącznie patriotyczne dokumenty, zlecane mu przez tę organizację. Później w budynku otwarto filię słynnej Ziemiańskiej, w skrzydle od strony ulicy Królewskiej działała natomiast restauracja Pod Bukietem. Być może to tu stołował się Aleksander Hertz, którego biuro wynajmu filmów znalazło się po przeciwnej stronie ulicy Złotej. Być może tu spotykał swojego największego rywala, Mordechaja Towbina, którego kino Illusion otwarto już 31 stycznia 1907 roku o godzinie piętnastej, co dwa dni przed uroczystością reklamował „Kurier Warszawski”. Kino Towbina mieściło się pod numerem 118 w kamienicy graniczącej z budynkiem, w którym rozlokował się Aleksander Hertz ze swoim Sfinksem. Dodać jeszcze trzeba kino Kultura, znajdujące się po drugiej stronie ulicy pod numerem 125.

„Kalendarz Wiadomości Filmowych”, 1927

Kolejne kina w tej części Marszałkowskiej powstawały i później. Pod numerem 112 mieściło się kino Stylowy, reaktywowane w 1946 roku. Jego działalność jednak przerwało już dwa lata później wyburzanie istniejących kamienic pod budowę biurowca, który nigdy nie powstał. Kino znajdowało się w budynku wcześniej zajmowanym przez Pokoje meblowane Zawadzkiego, które podobnie jak mieszczący się przez ścianę hotel Metropol − trafiły do warszawskiej kroniki kryminalnej. Tutaj w 1910 roku pochodzący z bogatej rodziny ziemiańskiej hrabia Bogdan Jaksa-Ronikier zamordował swego szwagra Stanisława Chrzanowskiego. Procesem arystokraty, syna znanego w mieście okultysty, pasjonowała się cała Warszawa. Między Chmielną a Widok, pod numerem 106 istniało kino Apollo, tuż przed wojną przemianowane na Victorię. Po drugiej stronie istniały kina Światowid (Marszałkowska 111) i Capitol (Marszałkowska 125).

Kina przy Marszałkowskiej znajdowały się w eleganckiej części miasta. Kilka numerów dalej na rogu Marszałkowskiej i Kredytowej, wtedy noszącej nazwę Erywańskiej, wznosiła się imponująca kamienica z 1899 roku, do której z Senatorskiej przeniósł się Dom Mody Bogusław Herse. Drzwi tego najbardziej ekskluzywnego w mieście domu handlowego otwierał szwajcar w liberii. Kamienicę wyposażono we własną elektrownię i − szczyt luksusu − centralne ogrzewanie. Były też windy, choć na piętro elegancka klientela mogła wspiąć się eleganckimi, marmurowymi schodami. Na dole sprzedawano drogie materiały, na piętrze – gotowe kolekcje sprowadzane z Paryża, Londynu i Wiednia. Na miejscu można było skorzystać z usług krawcowych, które przerabiały i dostosowywały najnowsze modele do sylwetek bywających tu klientów. U Hersego ubierały się Ordonka, Tola Mankiewiczówna i Jadwiga Smosarska, która zresztą do eleganckiego świata trafiła dzięki Aleksandrowi Hertzowi, bo to w filmie wyprodukowanym przez Sfinksa debiutowała. Herse, jak przystało na dom mody europejskiej klasy, organizował pokazy nowych kolekcji, a zatrudniane przez firmę modelki pokazywały się w sprzedawanych tu toaletach na balach i licznych rautach. Modelki wybierano zazwyczaj spośród młodych tancerek, girlas tańczących w teatrzykach rewiowych. Wśród nich była też Stefania Grodzieńska, ale to już późniejsze czasy…

„Ilustrowana Republika” R. 6, 25.10.1928, nr 295

Kina przy Marszałkowskiej wabiły wąsatych ziemian i eleganckie arystokratki. W czasach schyłkowej belle époque elity nie bywały jednak w znajdujących się po sąsiedzku kinematografach. Ich klientela rekrutowała się raczej spośród gości Panopticum braci Macha, gdzie w budynku dawnej Poczty Saskiej przy Trębackiej 2 róg Koziej (dziś mieści się tu siedziba Prokuratury Okręgowej, a w 1830 roku stąd na emigrację wyruszał Fryderyk Chopin) pokazywano woskowe figury sławnych ludzi, wypchane zwierzęta, śpiącą, sztuczną kobietę i całkowicie prawdziwe, przywiezione z Dahomeju tancerki, a także człowieka o gumowej skórze i człowieka o stalowych nerwach. Co ciekawe, także tu odbył się pierwszy warszawski pokaz aparatu Edisona.

Pierwsze pokazy filmowe organizowano w Warszawie już w kilka miesięcy po słynnym pokazie braci Lumière w Salonie Indyjskim w Paryżu 28 grudnia 1895 roku. W lipcu 1896 roku w Warszawie gościł teatr żywych fotografii, który przy Krakowskim Przedmieściu 64 pokazywał ruch wozowy i pieszy, scenę ratowania przez strażaków, pojedynek i zabawy kotów. Od grudnia tego samego roku aż do wybuchu I wojny światowej w cyrku Cinisellich przy Ordynackiej odbywały się pokazy filmów braci Lumière, w tym słynny Wjazd pociągu na stację, niezmiennie wywołujący u widzów przerażenie.

Juliusz Kaden-Bandrowski wspominał pokaz we Lwowie słowami: „Nie potrafię opisać ani naszego wzburzenia, ani wzburzenia całej publiczności lwowskiej, zgromadzonej na pierwszym przedstawieniu kinematograficznym w teatrze. Niektórzy ludzie mówili w czasie przerw, że mimo wszystko przedstawienie nie dojdzie chyba do końca, bo »musi się tam« coś wcześniej czy później popsuć. A inni znowu twierdzili, że wszystko jest na pewno jakoś fałszywie podrobione i wcześniej czy później wyjdzie z tego jakaś diabelska finta. Na zakończenie przedstawienia, gdy pułk francuskich kirasjerów, w hełmach i pancerzach, pędzący galopem z daleka, jął zbliżać się na publiczność i wreszcie prawie już wyskakiwał z ekranu, cały teatr począł krzyczeć. Muzyki nikt wówczas nie ośmieliłby się wprowadzać do obrazu, aby nie przeszkodzić wrażeniom publiczności. Otóż cały teatr, od galerii do parteru, krzyczał entuzjastycznie, a niektórzy widzowie zasłaniali się rękami na widok wyskakujących z białego ekranu koni”2.

Pierwszą polską projekcję kinematografu na ziemiach polskich zorganizował Tadeusz Pawlikowski, reżyser i dyrektor Teatru Miejskiego (dziś Teatr Słowackiego) w Krakowie. Odbyła się 14 listopada 1896 roku o godzinie siedemnastej, a w programie znalazł się stały wówczas zestaw dwunastu filmów: Śniadanie dziecka, Plac pocztowy, Mimik z kapeluszem, Polewacz polany, Polityczny zatarg, Francuska kawaleria, Hiszpańska artyleria, Masarnia fin de siecle’u, KąpielKolej żelazna. Publiczność dopisała, jednak następnego dnia pokaz dołączono do przedstawienia teatralnego (w programie była m.in. komedia Dzieduszyckiego Mamuty). Ten pierwszy cykl pokazów zaplanowano na cztery dni. Ostatecznie pokazywano go przez dwa tygodnie, do 29 listopada. W grudniu firma braci Lumière przysłała jeszcze dwukrotnie nowe zestawy filmowe, które także pokazywano dłużej, niż pierwotnie planowano3.

Warszawiacy obejrzeli „żywe obrazy” po raz pierwszy 18 lipca 1896 roku w Resursie Obywatelskiej przy Krakowskim Przedmieściu 64. Podczas pokazu wykorzystano aparaturę Edisona, tzw. cynetograf. Urządzenie było jednak mniej doskonałe niż aparat braci Lumière, widzowie wychodzili więc rozczarowani, narzekając na słabą jakość obrazów.

 


1St.H., Relacja z pogrzebu A. Hertza, „Kino dla Wszystkich”, 15.02.1928, s. 23.

2J. Kaden-Bandrowski, Z Marszałkowskiej na wyżyny Tybetu, „Kino” 1930, 7.03.1930, nr 1.

3T. Lubelski, Historia kina polskiego – twórcy, filmy, konteksty, Videograf II, Katowice 2009, s. 21.

 

Dziękujemy wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie fragmentu książki.

 

Wytwórnia Sfinks

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.