„Pierwsza miłość Kościuszki”. Historia wielkiego Polaka zrealizowana między filmami porno (1929)

Grzegorz Rogowski
13 marca 2020 roku

Próżno szukać w powojennej polskiej kinematografii filmu przedstawiającego losy jednego z najsłynniejszych Polaków, bohatera dwóch kontynentów, Tadeusza Kościuszki. Zupełnie inaczej było przed wojną. Naczelnik doczekał się aż trzech ekranizacji różnych wątków swojego życia. Nad wszystkimi ciążyło jednak fatum…

Kadr z filmu
Kościuszko pod Racławicami
1914 rok

Pierwszym filmem, w którym pojawia się Najwyższy Naczelnik Sił Zbrojnych Narodowych w powstaniu 1794, był Kościuszko pod Racławicami z 1914 roku. Była to dość błaha historyjka miłosna z wplecionymi między bohaterów scenami bitewnymi. Realizująca film lwowska wytwórnia Leopolia-Film zatrudniła do jego wykonania reżysera o pseudonimie Orland, mającego podobno doświadczenie w wytwórniach niemieckich. Do tego dołożono dwóch operatorów z Francji, liczne plenery we Lwowie, Zimnej Wodzie, Brzuchowicach i Hołosku a także 80 aktorów, dwa tysiące statystów i… wszystko i tak na nic. Krytyka była bezlitosna, a film szybko zszedł z ekranu. W 1927 roku w 133 rocznicę insurekcji kościuszkowskiej biuro kinematograficzne Poloniafilm wykupiło prawa do obrazu i opracowało go na nowo. Mimo ważnej rocznicy, widownia świeciła po raz kolejny pustkami.

Witold Zacharewicz, Elżbieta Barszczewska, Jerzy Pichelski w filmie Kościuszko pod Racławicami z 1938 roku

Z jeszcze większym rozmachem historię Kościuszki opowiedział w 1937 roku Józef Lejtes. Film był już dźwiękowy, realizowany za niemałe pieniądze z ciekawym scenariuszem i plejadą ówczesnych gwiazd: Elżbietą Barszczewską, Witoldem Zacharewiczem i Tadeuszem Białoszczańskim. Realizacji podjęła się znana z kasowych i udanych filmów wytwórnia Marka Libkowa. Obraz nigdy jednak nie zyskał planowanego przez reżysera kształtu, ponieważ spora część negatywu uległa zniszczeniu, po zaprószeniu ognia podczas montażu w laboratorium filmowym Falanga przy ul. Leszczyńskiej w Warszawie. Mimo zmontowania jedynie tego co ocalało i uzupełnienia braków odrzutami i dublami film okazał się kasowym sukcesem. Był na tyle popularny, że w 1938 roku zdecydowano się nawet wysłać go do Stanów Zjednoczonych w celu dystrybucji wśród tamtejszej Polonii. Była to zresztą jedna z pierwszych polskich produkcji wyświetlanych tam z angielskimi napisami.

 

program kinowy

Najciekawszy obraz dotyczący Kościuszki powstał jednak w roku 1929 i nosił tytuł Pierwsza miłość Kościuszki. Chociaż ciężko odnosić polską produkcję filmową do praw rządzących tą w Hollywood, to jednak nietrudno zauważyć, że był to unikatowy przykład przedwojennego kina klasy B. Te wymagające rozmachu przedsięwzięcie zostało bowiem zrealizowane zaledwie przez troje ludzi! Reżyserią zajął się nikomu nieznany Jerzy Orthon, scenariusz, zdjęcia oraz kierownictwo produkcji powierzono Tadeuszowi Piętowskiemu, a ekipę zamykał właściciel atelier filmowego i prawdziwy producent filmu Henryk Bigoszt.

Oficjalnie film realizowała firma należąca do Tadeusza Piętowskiego. Był on jednak jedynie figurantem podstawionym przez Henryka Bigoszta, który miał opinię aferzysty i nie budził zaufania potencjalnych inwestorów. O ile w polskiej prasie nigdy nie ujawnił się jako producent Pierwszej miłości Kościuszki, o tyle już w amerykańskich zestawieniach polskiej produkcji fakt ten był oczywisty. Aby zainteresować przedsiębiorców swoim nowym przedsięwzięciem, Bigoszt posunął się do zręcznych kłamstw przedstawiających Piętowskiego jako świetnej i wysokiej klasy specjalistę. Wykupił m.in. płatny artykuł w magazynie „Kino Teatr” w którym zapewniał że „Piętowski przeszedł dobrą szkołę amerykańską w wytwórni Fox. Piętowski nigdy jednak nie był w Ameryce, co potwierdzają zachowane rejestry i listy pasażerów z tamtego okresu. Kim więc był podstawiony przez Bigoszta producent filmu? Odpowiedź znajdujemy w innej reklamie prasowej zapowiadającej wejście filmu na ekrany: „Bliższych informacji udziela: J. Piętowski, Warszawa, Krucza 43. Tel. 415-43”. Według książek telefonicznych, pod tym adresem i numerem telefonu mieszkali Tomasz i Eufemia Piętowscy. Dodatkowo podana jest informacja, że Tomasz był prokurentem w Zjednoczonych Browarach Warszawskich Haberbusch i Schiele. A Tadeusz? Prawdopodobnie był bliskim członkiem rodziny. Czy jednak urzędnicza rodzina, zajmująca mieszkanie w czynszowej kamienicy, mogłaby sobie pozwolić na realizację filmu? Bardzo mało prawdopodobne.

„Kalendarz Wiadomości Filmowych” z 1927 roku

Najciekawszą postacią całej produkcji był jednak sam Bigoszt. Do przemysłu filmowego trafił w 1919 roku, gdy wraz ze swoim ojcem założył Polskie Towarzystwo Przemysłu Filmowego Ornak. W brutalnym filmowym świecie, kierowanym spekulacją, odnalazł się zresztą wyjątkowo dobrze. Już w marcu 1921 roku stał się współwłaścicielem wytwórni filmowej Art-Film. Bigoszt szybko pojął, że powodzenie wyprodukowanego filmu, zależy nie tylko od tego co publiczność zobaczy na ekranie, ale także od tego co na temat obrazu pojawi się w prasie. Od 1922 do 1924 roku prowadził więc rubrykę filmową w magazynie „Pani”, a w latach 1925–1928 wydawał własny „Express Teatralny i Filmowy”, w którym bez słowa krytyki reklamował swoje niskobudżetowe produkcje. Największy sukces przyszedł jednak u schyłku lat 20. Bigoszt otworzył wówczas firmę R.P.-Film, która na początku działalności zajmowała się wypożyczeniem lamp oświetleniowych do filmów. Następnie przy ul. Burakowskiej 9 w Warszawie producent wynajął stary pofabryczny budynek, w którym powstało studio filmowe, a także szkoła dla adeptów sztuki filmowej. W 1929 roku zmieniono nazwę przedsiębiorstwa na H.B.-Film. Tym samym firma Bigoszta stała się samowystarczalna – miała atelier, laboratorium i własny zespół aktorski. Dokonał więc czegoś absolutnie niebywałego w Polskim świecie filmowym. Odciął się od głównego zaplecza filmowego Warszawy i stworzył swoje własne, zapoczątkowując tym samym powstanie niskobudżetowej gałęzi przemysłu filmowego.

Największą dumą Bigoszta było własne studio filmowe, które tak reklamował w prasie fachowej: „Pierwsze w Polsce atelier z oświetleniem żarowym do zdjęć na taśmie panchromatycznej. Własne aparaty do zdjęć! Laboratorium na miejscu! Duży park oświetleniowy! Stały zespół aktorski!”. Mając kilka lat wcześniej do czynienia z prasą i jej potężnym wpływem na społeczeństwo, Bigoszt wiedział jak ważny jest kreowany przez nią wizerunek jego firmy. Nie cofał się więc przed niczym by ta pisała o nim tylko dobrze. Tak było, gdy pewnego razu na planie filmu Wieczna młodość zjawił się dziennikarz „Łódzkiego Echa Wieczornego”: „Wytworna limuzyna marki Austro-Daimler przysłana łaskawie przez dyr. Bigoszta zawozi nas na ul. Burakowską, gdzie mieści się nowopowstała wytwórnia R.P.-Film. Niepozorne wejście usposabia nas nieco melancholijnie, nastrój jednak nasz zmienia się chwilą przekroczenia gościnnych progów atelier. Jesteśmy olśnieni! Olbrzymich rozmiarów hala fabryczna przekształcona została na wspaniałe atelier filmowe, urządzone podług najnowszych wymagań techniki. Obok gabinet dyrektora, garderoby artystów, pokój elekromechanika, kamera, salka projekcyjna oraz szereg ubikacji”. Prawda była oczywiście znacznie mniej kolorowa. Jedna z kobiet oszukanych przez Empefilm tak odpowiedziała na pytanie o wytwórnię Bigoszta: „O nie, nie była bardzo licha, tyko miała dziury w suficie…”.

„Światowid”
R. VII, 15.03.1930, nr 10 (292)

W notatkach emigracyjnego Ministerstwa Informacji i Dokumentacji z 1945 roku znajdujemy jednak garść mało pochlebnych informacji o filmowej działalności Bigoszta: „W życiu cywilnym prowadził rozmaite imprezy filmowe na terenie Warszawy, […] był wielokrotnie skazywany przez sądy polskie za rozmaite afery filmowe zwykle wyłudzanie pożyczek na filmy, które nie miały się nigdy ukazać, stręczenie do nierządu młodych kandydatek na «gwiazdy» filmowe, przywłaszczanie kaucji rozmaitych pracowników, którzy mieli znaleźć pracę przy filmach, które Bigoszt obiecywał nakręcić itd. Aczkolwiek tzw., «branża filmowa» w Polsce nie miała najlepszej opinii, to Bigoszt wśród swych kolegów uchodził za wyjątkowo «drapieżnego gangstera»”. Bigoszt rzeczywiście uczestniczył w wielu aferach dziejących się za kulisami filmowego świata, w tym, tej najgłośniejszej dotyczącej wyłudzeń dokonanych przez firmę Empefilm w 1928 roku. Dyrektorem tego przedsiębiorstwa był Czesław Sikorowicz, który za pomocą ogłoszeń prasowych nagabywał ludzi na kursy gry aktorskiej, a później obiecywał angaż w produkowanym przez siebie filmie Piłka szatana. Szybko okazywało się jednak, że olbrzymie zaliczki wpłacane przez uczniów na poczet nauki zniknęły. „W porozumieniu z tą szlachetną instytucją działał p. Grotowski, p. Artur Horwat i Hebefilm (czyli Henryk Bigoszt-Film) w Warszawie” – pisał o udziale Bigoszta w aferze „Nowy Kurjer”. – „Toteż kiedy policja krakowska zaczęła naciskać zbytnio na p. Sikorowicza oświadczył on swoim uczniom, że muszą jechać na «dalsze przeszkolenie» do p. Bigoszta, gdzie zapewnione będą mieli engagement i role. Przezornie jednak kazał im wszystkim podpisywać deklaracje, że nie mają do niego żadnych pretensji i że on w ogóle niczego im nie obiecywał. Głuptaski podpisały i pojechały z panem Grotowskim do Warszawy. Tu się zaczęła gehenna. Od 4 tygodni siedzi to gołe na bruku stołecznym, nie jedząc po kilka dni, nie mając gdzie nocować. P. Grotowski pobrał od nich pieniądze na mieszkania, ale tych mieszkań nie opłacał, więc obecnie wyrzuceni zostali na bruk, a rzeczy im pofantowano. Pan Bigoszt «kształci» tych bezdomnych i oszukanych haniebnie głodomorów w sztuce, ponoć pokazuje im zabytki Warszawy i niby jakieś daje wykłady na ul. Burakowskiej. […] Tymi manipulacjami zainteresowała się jednak pewnego dnia nasza sprawna i czujna policja kobieca i – przymknęła p. Grotowskiego. Wśród adeptów nastąpił popłoch i masowe nachodzenie Opieki Społecznej, Pogotowia Dziecinnego etc. Ruch ten, bardzo groźny dla pp. Horwatów i Bigosztów, starają się ci ostatni sparaliżować, odciągając nieletnich od władz i instytucji dobroczynnych. Niektórych nawet siłą zatrzymują wmawiając w nich nieprawdopodobne zdolności, po prostu geniusz, jak np. p. Bigoszt 15-letniego chłopczynę z Górnego Śląska. Dziewczęta pozawierały już znajomości bardzo podejrzane, tym pochopniejsze do ulegania, że są bez dachu i bez chleba”.

„Słońce” R. 3, 1930, nr 65

Właściciel wytwórni poszukiwał adeptów sztuki filmowej głównie na prowincji, gdzie mało kto słyszał o jego podejrzanej opinii. „Niezwykły konkurs w Częstochowie. Która z piękności posiada twarz fotogeniczną – może zostać gwiazdą ekranu” – krzyczał jeden z nagłówków „Gońca Częstochowskiego” w 1926 roku. Podobny konkurs odbył się wcześniej w Wilnie. Mimo fatalnej opinii szkołę filmową Henryka Bigoszta polecał nawet branżowy „Kalendarz Wiadomości Filmowych”. Szkoła była dla Bigoszta nie tylko kolejnym źródłem niemałych pieniędzy, ale także doskonałym sposobem na redukcję kosztów produkcji filmów. Wszyscy aktorzy pochodzili bowiem z jego szkoły, więc za udział w filmie płacił im bardzo mało, albo nic traktując występ jako formę końcowego egzaminu.

Filmów fabularnych powstawało jednak w wytwórni niewiele, a uczniów przybywało. Świat filmowy Henryka Bigoszta był miejscem niebezpiecznym i niemoralnym, szczególnie dla tych młodych ludzi z prowincji. Pozbawieni opieki i perspektyw na życie stolicy godzili się na udział w mniej oficjalnych filmach H.B.-Filmu. Jak donosiła notatka Ministerstwa Informacji i Dokumentacji w Londynie Bigoszt prowadził „w latach 1928/29 – szkołę filmową w której nakręcano filmy… pornograficzne”. Żaden z „niegrzecznych” filmów Bigoszta nie zachował się jednak do dziś, a całą produkcję owiewał całun tajemnicy. Ciężko więc dziś jednoznacznie odnieść się to tej gałęzi jego firmy.

„Ilustrowany Kuryer Codzienny” 18.12.1928, nr 349

Mimo licznych afer i skandali koniec lat 20 był dla Bigoszta prawdziwie złotym okresem. „Dyr. H. Bigoszt z iście amerykańskim rozmachem połączył trzy wytwórnie R.P.-Film, Diana-Filmi Klio-Film, w jeden koncern, który rozpoczął realizację epokowego filmu z cyklu Komendant p.t. My pierwsza brygada – donosił w 1927 roku „Głos Polski”. Tym sposobem na ekrany wszedł obraz o zmienionym później tytule Szaleńcy odnoszący się do wydarzeń z okresu powstania Legionów Polskich, cieszący się olbrzymim powodzeniem widzów oraz co niespotykane, także krytyki.

W tym samym okresie, Bigoszt w swoim studiu nadal produkował własne niskobudżetowe filmy. Tym razem postawił na uczucia patriotyczne i już wkrótce w prasie zapowiedziano Pierwszą miłość Kościuszki. Niewiele film ten różnił się od poprzednich dokonań Bigoszta. Filmowe przedstawienie życiorysu Kościuszki z 1937 roku kosztowało podobno aż 500 000 zł, co przy przeciętnym ówczesnym budżecie filmowym oscylującym w granicach 250 000 zł było naprawdę imponującą kwotą. Bigoszt nie zamierzał się jednak przejmować się takimi detalami jak dobre odwzorowanie epoki. Sceny w atelier kręcono więc pośród bardzo prymitywnych dekoracji, które były tak oszczędne, że próżno było szukać na drzwiach klamek, na ścianach okien, a na podłodze wykładzin. Aby zaoszczędzić na wystawnych kostiumach aktorzy w wielu różnych scenach byli ubrani dokładnie tak samo! Zaoszczędzono nawet na redaktorze tablic w filmie. „Scenarzysta winien pójść do szkoły, na naukę gramatyki i zasad logiki– pisał recenzent „Nowego Kurjera”. Nie zadbano również o konsultację kontekstu historycznego, i zamiast Sosnowicy, w której rzeczywiście swego czasu zatrzymał się Kościuszko mamy wieś Sosnowice. Jeżeli dodać do tego jeszcze, że przeciętna ekipa filmowa liczyła kilkanaście osób, a przy tak trudnym do pokazania obrazie historycznym w atelier Bigoszta pracowały zaledwie trzy osoby, uzyskamy pełen obraz tej niskobudżetowej produkcji.

„Rozwój” 13.04.1930, nr 102

Równie mizernie przedstawiała się obsada aktorska, której nikt praktycznie nie znał. Nie było więc głośnych nazwisk, które mogłyby przyciągnąć ciekawych do kina. Największą gwiazdą wytwórni była podupadła primadonna operetki warszawskiej Maria Wrońska, z której prób zaistnienia w świecie artystycznym często śmiało się pismo satyryczne „Bocian”: „B. primadonna operetki w Krynicy p. Maria Wrońska rzekła raz do gospodarza swego mieszkania: «Kochany gospodarzu! Proszę coś zaraz zrobić! Zupełnie bez powodu całe okno mi nagle wyleciało!». Na to miał odpowiedzieć gospodarz: «Co? Bez powodu – pani powiada? Czy pani myśli, że jestem głuchy i nie słyszałem, że pani przez dwie godziny się darła…»”.  Początek lat 30. przyniósł jednak zwrot w karierze Wrońskiej. Wyprowadziła się do Włoch, gdzie dostała podobno angaż do opery mediolańskiej. Ponadto wystąpiła w kilku filmach dźwiękowych podrzędnej wytwórni Cesar Film. Grający młodego księcia Lubomirskiego Andrzej Karewicz zakończył natomiast swoją karierę w obliczu skandalu. Po kilku ekranowych sukcesach świat pewnie by o nim zapomniał, gdyby nie pewne wydarzenie. „Artysta filmowy skazany na 5 lat więzienia za uwiedzenie pensjonarki” – donosił w styczniu 1938 roku „Orędownik”. – „Przed sądem Okręgowym w Warszawie toczył się przy drzwiach zamkniętych sensacyjny proces emer. majora Zbigniewa Drzymuchowskiego, który występował w kilku filmach polskich pod pseudonimem Andrzeja Karewicza. Drzymuchowski nie zdradzał żadnych zdolności aktorskich jednak jego fascynująca uroda zjednała mu olbrzymie powodzenie u kobiet. Pewnego dnia do mieszkania Drzymuchowskiego-Karewicza przyszły dwie pensjonarki prosząc o dedykację na fotografii. Jednej z nich Drzymuchowski wręczył fotografię, drugiej zaś kazał przyjść wieczorem. Wieczorem Drzymuchowski zatrzymał u siebie młodą panienkę. Oskarżony do winy się nie przyznaje. Sąd jednak po zakończeniu przewodu sądowego wydał wyrok skazujący Drzymuchowskiego na 5 lat więzienia”. Pierwsza miłość Kościuszki była jednak przepustką do kariery dla nikomu wtedy jeszcze nie znanego aktora Andrzeja Szalawskiego, który dostał się do filmu dość przygodnie: „Chodziłem w Warszawie do szkoły mazowieckiej, była kiedyś taka szkoła w Warszawie na ulicy Klonowej” – wspominał w wywiadzie radiowym – „I będąc w szkole, kiedyś pojechaliśmy na wycieczkę do Wilanowa. Zobaczyłem, że coś się dzieje, gdzieś poza pałacem, no i ja hop do tłumu, bo mnie po prostu ciągnęło i okazało się, że kręcą tam film! Był już dość duży tłok, więc jak się przecisnąłem, bo musiałem widzieć oczywiście. Byłem bez czapki, więc nie wiedzieli, że jestem uczniem. W pewnym momencie, ktoś  z daleka kiwa palcem do tłumu, że prosi. Patrzę w lewo, patrzę w prawo i okazuje się, że prosi mnie. Podszedł wtedy jakiś pan i mówi, proszę pana mam mały kłopot, brakuje nam aktora, czy pan by nie zagrał, maleńki epizodzik, takiego kamerdynera, który bierze list od Ludwiki Sosnowskiej? Pan tam się skrada między krzakami, puka w okienko, okienko się otwiera, rączka się pokazuje w pierścieniach, pan daje list, ona też coś daje i koniec sceny. Myślę sobie, dobry Boże, co mam robić? Zgodziłem się, nie licząc się z tym co będą mówić koledzy, i po tych zdjęciach dostałem telefon. Zaproponowali mi wtedy, po obejrzeniu tamtych zdjęć, dużą bardzo rolę w tym filmie adiutanta Kościuszki”.

„Kino dla Wszystkich”
R. 6, 1930, nr 2 (107)

Film zapowiadano w prasie jako „wielki film wystawowy w 9 aktach, osnuty na tle historycznym”. Podkreślano także, że widz zobaczy wielkie sceny zbiorowe na dworze Stanisława Augusta i zdjęcia zrobione w Warszawie, Sosnowicy i w Wilanowie. Sceny były oczywiście z uwagi na koszty jedynie kameralne, z tego samego względu nie było mowy o ekspedycji filmowej do Sosnowicy. Ostatecznie więc plenery powstały w Łazienkach Królewskich i w Wilanowie. Nim obraz wszedł na ekrany Bigoszt wykupił w czasopiśmie „Kino Teatr” płatny artykuł, z którego przyszli widzowie mieli się dowiedzieć, że „realizacja filmu historycznego należy w naszych warunkach, nie tylko do przedsięwzięć śmiałych, ale niesłychanie trudnych. Pomijam już niebywałe koszta, z jakimi tego rodzaju impreza filmowa jest związana. Trzeba przecież zorganizować wielki i liczny zespół aktorski, który mógłby podołać nałożonym nań zadaniom, a w pierwszym rzędzie odtworzyć typy autentyczne z dużą prawdą, prawdą historyczną”. Widząc tak wspaniałą zapowiedź, łatwo można było przewidzieć, że publiczność, a także surowa krytyka nie zostawią na filmie suchej nitki.

Premiera filmu odbyła się 25 grudnia 1929 roku w kinie Akropolis przy ul. Nowy Świat 63. Bigoszt, nie oszczędzał także na reklamie prasowej. W największym dzienniku stolicy, tylko w przeddzień premiery wykupił duże ogłoszenie. Film na ekranie utrzymał się zaledwie kilka dni. Był tak zły, że nie zainteresował się żaden ważniejszy recenzent i próżno szukać wrażeń z seansu na łamach największych magazynów kulturalnych. Jedynie kolumny filmowe prasy codziennej podjęły się oceny filmu. „Może 10 lat temu film Pierwsza miłość Kościuszki mógł był liczyć na jaki taki sukces moralny i kasowy” – pisał recenzent „Kuriera Porannego”.„Dzisiaj jest to już niepodobieństwem. Nie można się nawet zastanawiać nad tym produktem i doszukiwać jakichkolwiek cech dodatnich, albowiem jest on zaprzeczeniem wszystkiego, co kinematografia ostatnich czasów przyniosła, tak pod względem zdjęć, jak pod względem szminki, gry, światła etc. P. Sykstus Lewicki, pomijając już, że bardzo mało przypomina bohatera racławickiego, w dodatku poza nieschodzącym mu z ust, błędnym uśmiechem, w ogóle nie gra. Maria Wrońska nie umie się poruszać w krynolinach – salon królewski przypomina z «bogactwa» i manier dworek szlagoński na dalekich kresach, w którym godna imość pani dziedziczka przyjmuje sąsiadów kawą z kożuszkiem. Jedyny reprezentant typu «rasowego» i zewnętrznie mniej więcej dworskiego, to Andrzej Karewicz. Kilka jest prześlicznych fragmentów Wilanowa i koniec”.

„Kino dla Wszystkich”
R. 6, 1930, nr 2 (106)

Film pokazano jeszcze kilka miesięcy później w Poznaniu, ale i tym razem recenzent był surowy. „Dyrekcji kina Słońce wyrażamy szczere słowa uznania, że podjęła się wyświetlania tak karykaturalnego filmu” – czytamy w „Nowym Kurjerze”. – „Zapłacić za taki film, tylko dlatego, aby go móc wyświetlić z okazji rocznicy narodowej to naprawdę odwaga i krok godny pochwały”.

Klapa Pierwszej miłości Kościuszki przypieczętowała ostatecznie dalsze produkcyjne plany Bigoszta. Zamknął atelier na Burakowskiej i wycofał się z filmowego świata przedwojennej stolicy. Pozostawił jednak jeden z najbardziej nietypowych i przez to fascynujących filmów przedwojennej polskiej kinematografii, który dziś jest przechowywany w archiwum Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego.

W zbiorach FINA zachował się przedwojenny, jedynie częściowo zmontowany negatyw kamerowy filmu Pierwsza miłość Kościuszki. W 2017 roku na podstawie materiałów prasowych, programu kinowego oraz śladów montażu na taśmie filmowej przystąpiono do cyfrowej restauracji filmu i odtworzenia jego ciągłości fabularnej. Film nadal pozostaje jednak niekompletny.

Like
2