Mieczysława Ćwiklińska

Juliusz Lubicz Lisowski

Wspomnienia starego aktora
Juliusz Lubicz Lisowski
KAW 1988

Po powstaniu warszawskim większość aktorów znalazła się w Krakowie. Tam też 24 grudnia 1944 roku spotkałem na ulicy Mieczysławę Ćwiklińską. Zaraz po przywitaniu się i zdawkowym już wtedy stwierdzeniu, że żyjemy, powiedziała:

– Ależ mi się zdarzyła tragedia. Mieszkam u siostry mego byłego męża. Wstałam rano i ponieważ było zimno, sądziłam, że kaloryfery są wyłączone. Pokręciłam coś, ale nie zaczęły grzać. Później wyszłam, a jak wróciłam, okazało się, że woda zalała mieszkanie!

Mówiła to poważnie, ale wyglądała tak zabawnie, tak młodo i uroczo, mimo przekroczonej sześćdziesiątki, że nie mogłem się powstrzymać od śmiechu.

– Pan ma poczucie humoru, a moja szwagierka ma, zdaje się, wielkie pretensje, chociaż nic nie powiedziała. Idę do Maurizia lub może lepiej do Bombonierki. Muszę kupić, ciasta, bo to wie pan, dzisiaj jest wilia. Ja nawet nie wiem, czy się znajdzie ktoś, kto to zreperuje. No, ale mniejsza z tym, chodźmy po ciasto.

Wiedziałem, że jest wilia, miałem swoje sprawy do załatwienia, ale już po chwili zostałem tak zniewolony czarem i wdziękiem pani Mięci, że zataszczyłem jej paczki aż do drzwi mieszkania, bodajże w gmachu Feniksa. Dopiero widok hydraulików sprawił, że pożegnałem się szybko. Woda płynęła schodami!

Wiosną 1945 roku znów spotkałem panią Miecię, tym razem w Gospodzie Aktorów, gdzie jadaliśmy obiady. Wszyscy byli pełni entuzjazmu, robili plany na najbliższe miesiące.

Moi znajomi, Kazimierz Szubert i jego żona Wanda Niedziałkowska zaproponowali wyjazd w teren ze sztuką Szkarłatne róże Benedettiego.

Pani Miecia zastanowiła się:

– Benedetti? Dlaczego nie polska sztuka? Na pewno ludzie chcieliby coś polskiego?

– Ale to świetna komedia. Dwie role kobiece znakomite. Jedna z pań ma około czterdziestki…

Mieczysława Ćwiklińska
w sztuce Moralność pani Dulskiej
w Teatrze Nowym w marcu 1950 roku

– Ja wcale nie chcę grać kobiety czterdziestoletniej. A w ogóle nie mówmy o wieku. Chcę mieć dobrą rolę starszej pani, jak na przykład w Ich synowej, mogę mieć dorosłe dzieci.

– Pani Mieciu – tłumaczył Szubert. – Nie ma żadnej sztuki Grzymały ani Szaniawskiego, która byłaby w tej chwili aktualna. Za dużo się zmieniło!

– No to weźmy klasykę. Mamy Blizińskiego, Bałuckiego, Zabłockiego, Fredrę, przecież po pięciu latach nieobecności tego repertuaru na scenie, ludzie chcą to zobaczyć!

– Odpada! Te rzeczy będzie grał teatr Słowackiego i Stary. Ja muszę mieć jakąś komedię na objazd!

– Niech więc pan na mnie nie liczy.

Słusznie, po co sięgać po obcy repertuar, przecież trzeba wiedzieć najpierw o sobie, dopiero potem o innych, a młodzież wielu sztuk nie zna, nigdy nie widziała.

Minął rok. Straszna wojna pozostawiła głębokie rany, poza tym ludzie się zmieniali, rozpadły się stare małżeńskie więzy, powstawały nowe związki. Jeszcze byli razem, ale już też niedługo, Wiktor Biegański z prześliczną Włoszką, malarką Carlottą Bologną. Spotykaliśmy się, gdy Carlotta malowała portret mojej żony. My siedzieliśmy w ogrodzie, a pan Wiktor w swoim gabinecie. Stamtąd dobiegał jego głos: Toto, Lulu… Czytał głośno sztukę.

– Wiktor prawdopodobnie wyjedzie, mają taką małoobsadową sztukę wyjaśniała pani domu. – Namówił go na ten objazd…

– Szubert?

– Nie, chyba Tadzio Wesołowski.

– A, to co innego.

– Niewiele wiem. To pani Miecia wynalazła tę sztukę!

– Ćwiklińska? No, to właśnie to samo. Szubert i Szkarłatne róże. Włoska sztuka.

– Chyba nie. Są tam tylko francuskie kostiumy i zdaje się, że tańczą menueta!

Mieczysława Ćwiklińska
w sztuce Drzewa umierają stojąc, 1.12.1958 Teatr Klasyczny (Warszawa)
fot. Hartwig Edward

Kiedy wyszliśmy z tego pięknego ogrodu na Konarskiego 18, nie mogłem powstrzymać się od złośliwego komentarza: że recytuje się piękne słowa o polskich sztukach, o naszych autorach, o tym, jaki mamy wspaniały repertuar, a kończy się to graniem bulwarowej, zagranicznej farsy.

A potem nawymyślałem sobie od ideowych redutowców, co to sądzą, że może istnieć teatr oparty tylko na polskim repertuarze.

Jakże byłem niesprawiedliwy. Przekonałem się, że nie miałem racji, gdyż wkrótce zobaczyliśmy premierę Skiza Zapolskiej. Toto, Lulu, francuskie stroje, menuet – wszystko stało się jasne. Mieczysława Ćwiklińska i Wiktor Biegański stworzyli wspaniałe kreacje, Kazimierz Szubert i Tadeusz Wesołowski występowali na zmianę, grała też piękna Jadwiga Baronówna, druga żona Szuberta. Odnaleziona sztuka Gabrieli Zapolskiej do dzisiaj jest stałą pozycją w repertuarze naszych teatrów.

Ostatni raz fotografowałem panią Miecię w Sopocie przed Grand Hote­lem, gdy grała Jowialską; partnerował jej Władysław Walter, którego przeżyła wiele lat. Leczyła się wtedy, chodziła po parku wsparta na ramieniu pielęgniarki, ale na scenie była pełna wigoru jak koń cyrkowy, który czuje piasek areny i tańczyła tak samo, jak potem w sztuce Drzewa umierają stojąc.

Podobny przypływ energii obserwowałem podczas jednego z jubileuszy Ludwika Solskiego, który odbył się w krakowskim Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Solski ustawił 52 aktorów, bo tylu ich było w tym czasie, na stopniach. Przed podniesieniem kurtyny mistrz dokładnie sprawdził, czy wszystkich widać. Kiedy kurtyna się podniosła, omdlewał, kłaniał się do ziemi i ukradkiem opierał na stojącej właśnie obok Mieczysławie Ćwiklińskiej. W chwilę potem, gdy kurtyna opadła, odzyskał siły, krzyczał, aby nie chowano kwiatów i żeby nikt nie schodził ze sceny.

Maria Gella (z lewej), Mieczysława Ćwiklińska (w środku), Jadwiga Smosarska (z prawej) podczas spaceru w parku Zdrojowym w Nałęczowie w 1963 roku

Wtedy w Sopocie także mówiliśmy o sztukach polskich autorów. Panią Mieczysławę denerwowało, że nie ma ról dla kobiet w sile wieku, nic pośredniego, tylko amantki i staruszki. Prawdą jest wszakże, iż siedemdziesięcioletnia pani Mięcia w jasnej sukience i kapelusiku z woalką była tak samo zalotna i finezyjna, jak na zdjęciu z roku 1900, w którym się urodziłem. Ćwiklińska twierdziła, że umiejętność prowadzenia lekkiego dialogu, łatwość chodzenia po scenie zawdzięcza występom w operetkach:

– Przecież ja byłam właściwie konkurentką KaweckiejMessalki! A tylko przypadek sprawił, że nie zdobyłam sławy Ewy Bandrowskiej-Turskiej, miałam przecież podobno dobry głos…

Tu widocznie coś sobie skojarzyła, bo powiedziała do mojej żony:

– Widziałam w komisie ładny angielski kreton w różowe róże, byłaby z tego wspaniała ogrodowa suknia. Jak pani sądzi, czy będzie dla mnie odpowiednia? Może to tylko dla młodych?

Zaprotestowaliśmy oboje gorąco. Dla nas była wciąż młoda, pełna życia.

31 lipca 1972 roku tysiące mieszkańców stolicy pożegnało nestorkę sceny polskiej, Mieczysławę Ćwiklińską.

Gustaw Holoubek powiedział nad jej grobem, że była aktorką w najpełniejszym tego słowa znaczeniu, ofiarowała swoje życie ludzkim sercom i umysłom, obdarowując ich swym talentem i życzliwością.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.