Kazimierz Krukowski: Ostatnia premiera teatralna w przedwojennej Polsce

Kazimierz Lopek Krukowski

Moja Warszawka
Kazimierz Krukowski
Filmowa Agencja Wydawnicza 1958

Brakowało godziny do rozpoczęcia przedstawienia.

Poczekalnia Ali Baby świeciła pustkami.

– Panie dyrektorze, czy odwołujemy? Kasjerka chce wiedzieć, czy ma dalej sprzedawać bilety – pyta mnie przy wejściu za kulisy sekretarz teatru Władysław Kieszczyński.

– Czy pan oszalał?… Odwoływać premierę?

– Panie dyrektorze, poza rozesłanymi zaproszeniami sprzedaliśmy tylko dwadzieścia biletów, no i nie ma się czemu dziwić, przed godziną nowy nalot, a nie wiadomo, kiedy te dranie znowu się zjawią. A poza tym, przyzna pan, że drugi dzień wojny to nie bardzo odpowiednia data na premierę…

– Premiera musi się odbyć, nawet gdybyśmy mieli grać przy zupełnie pustej widowni.

– Tak jest – wtrąca Andrzej Włast – naszym obowiązkiem jest grać. Nie róbmy jeszcze większej paniki, będziemy grać tak długo, jak długo będzie można.

Za kulisami otoczyli mnie koledzy i personel techniczny:

– Kazio! Lopek! Panie dyrektorze! Panie Kazimierzu! Gramy czy nie?

– Oczywiście, że tak, bez względu na to, co się dzieje, premiera odbędzie się.

– Jak to, bez względu na to, co się dzieje? Panie dyrektorze, nie ma suflera, dwóch maszynistów, jednego elektryka, mieszkają za miastem a tory uszkodzone, poza tym pana Borowego wezwano do pułku, kto go zastąpi? – melduje mi kurtyniarz Witold Brański (ten sam Brański, o którym Kazimierz Rudzki do dziś powtarza: „Brański wszystko załatwi”).

– Trudno, musimy sobie jakoś poradzić, musimy starać się zachować przynajmniej pozory normalnego życia. Ubierać się! Za pól godziny zaczynamy. Walczak, odprasować mój smoking!

Na widowni rzeczywiście zaledwie garstka publiczności (Warszawa przeżyła tego dnia trzy wielkie naloty), kilku recenzentów, paru aktorów, trochę przyjaciół. Za kulisami teatru zwykła trema premierowa ustąpiła miejsca tremie o dużo większym zasięgu. Tremie nie ograniczającej się do tego, czy nowa rewia „chyci”, czy nie, lecz do zasadniczego zagadnienia, czy to, co jeszcze przedwczoraj na generalnej próbie wydawało nam się dowcipem, żartem o „głębszym znaczeniu” lub też zręcznym chwytem propagandowym, nie wyda się publiczności na premierze czymś tak dalekim, nierealnym i naiwnym, że prawie niepotrzebnym.

Dowcip o Hitlerze przestał być dowcipem – stał się ponurą rzeczywistością.

Żart sceniczny o Mussolinim – w wykonaniu Pawłowskiego – stał się beznadziejnie smutny i bolesny.

Czy Jadzia Andrzejewska w mundurze członkini Hitlerjugend w satyrycznym monologu Hemara wywoła uśmiech, czy też uczucie wstrętu i nienawiści?

Jak zareaguje publiczność na wzruszającą melorecytację w wykonaniu Leny Żelichowskiej o polskim Gdańsku w chwili, kiedy swastyki powiewają już na dachach tego miasta, a portrety „führera” pokrywają ściany i mury starego ratusza?

Czy pastelowy obrazek – walc Chopinowski w wykonaniu Fredy Kleszczówny i Zbyszka Rakowieckiego – jest na miejscu, kiedy sytuacji odpowiadałyby raczej potężne dźwięki marsza żałobnego?

Czy parodia Goeringa w wykonaniu Czesława Skoniecznego… kiedy Luftwaffe…

Czy wykpiwanie przez Krukowskiego czołgów niemieckich z masła… kiedy Katowice i Bydgoszcz…

Czy Mieczysław Fogg w żołnierskiej piosence…

Czy wreszcie wiersz Tuwima, w wykonaniu Żelichowskiej, prorokujący nowy Grunwald i kończący się potężnym akordem On les aura.. On les aura…

„Dobry Wieczór!” R.18, 2.09.1939,
nr 242

Kurtyna poszła w górę. Dziwna, niesamowita premiera. Wydawało się nam, aktorom, że opowiadamy słuchaczom bajki tak fantastyczne i nieprawdopodobne, że nawet w umysłach dzieci musiałyby wywołać odruch samoobrony… Kurtyna zapadła.

Wyszedłem na beznadziejnie ciemne i puste ulice Warszawy. Dzięki jakiemuś niepojętemu skojarzeniu przypomniałem sobie „obrazek”, który szedł na scenie teatru Qui Pro Quo w roku 1930, obrazek pt. Po dwudziestu pięciu latach.

Rok 1955. Na scenie dekoracja – Monte Carlo, ławka, na ławce Elna Gistedt i Fryderyk Járosy, ona – Szwedka, on – Węgier, przyprószeni siwizną, przypominają sobie czasy spędzone kiedyś w stolicy tego pięknego kraju, który stał się ich przybraną ojczyzną – „najmilszy – najpiękniejszy – najszczęśliwszy okres w ich życiu”. Wspominają i marzą:

 

Gdyby ujrzeć tak jeszcze raz Warszawę,
do Ziemiańskiej wpaść na czarną kawę,
na Traugutta bzu zakupić kiść
i na próbę do teatru iść.
W Polskim ujrzeć znów Ćwikłę i Junoszę,
w kinie Rialto nasz rodzimy film.
Boże wybacz mi, że o to proszę –
wróć mi z dawnych lat choć kilka chwil.

 

*

OSTATNIA PREMIERA TEATRALNA W PRZEDWOJENNEJ POLSCE

Dnia 2 września 1939 roku teatr Ali Baba wystawił w reżyserii Kazimierza Krukowskiego wspaniałą rewię polityczną pióra J. Tuwima, M. Hemara, A. Własta i J. Jurandota pt. Pakty i fakty. Tłumnie zebrana publiczność…

*

Nie. Ta ostatnia premiera w przedwojennej Polsce nie doczekała się żadnej recenzji.

Runął pod bombami kruszącymi gmach na Karowej. Płonęły całe dzielnice. Padały w gruzy kamienice, teatry, kina, kawiarnie, paliły się kioski uliczne, zamarł śmiech, umilkła piosenka.

Moja rokokowa, lekkomyślna, bawiąca się i śmiejąca Warszawka przestała istnieć.

*

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *