Elna Gistedt o sobie i swojej koleżance Grecie Garbo

„Kino” R. 4, 1933, nr 53

 

„Kino” R. 4, 1933, nr 53

Przydałby się aparat stenograficzny w mózgu, aby zapisywał wszystko to, co mi w tempie karabinu maszynowego opowiedziała p. Elna Gistedt. Nie znaczy to bynajmniej, że było dużo słów, a mało treści! Po prostu, musiałem zrobić wywiad w garderobie teatru 8.30 w ciągu 5 minut, dosłownie: 5 minut, między jednym a drugim wyjściem jej na scenę.
A więc dowiedziałem się, ze jest Szwedką, że jest już w Polsce 10 lat, że czuje się w swojej drugiej ojczyźnie znakomicie, że weszła za mąż za przemysłowca Kiltynowicza, i że nie pragnie wcale wrócić na stałe do Szwecji, bowiem ukochała Polskę z całego serca i jest jej tu bardzo dobrze. Wystarcza, że raz do roku robi wypady do Sztokholmu.

– Jak pani rozpoczęła swoją karierę?

– Wcale nie jako artystka operetkowa! Przeciwnie, byłam w teatrze dramatycznym w Sztokholmie. I raz, podczas pobytu na gościnnych występach w Helsinkach, dałam się namówić i wystąpiłam w operetce! Musiałam mieć powodzenie, skoro pracuję w niej dotychczas.

– A jak pani przywędrowała do Polski?

– Historia się powtarza: byłam na gościnnych występach w Berlinie, skąd impresario zaprosił mnie na trzydniowy występ do Warszawy i zostałam… 10 lat.

– Czy grała pani w filmie?

– Tak! W 1918 roku nagrałam w Petersburgu film pod reżyserią Polaka, Wesołowskiego. To był jakiś krwawy, śmieszny dramat. W Polsce również grałam w filmie Rywale, partnerem moim był Bodo, reżyserował Forbert, czy Steinwurzel… doprawdy, nie pamiętam A i jeszcze jedno: podczas mojego ostatniego pobytu w Rydze – to było w ubiegłym roku – proponowano mi nagadanie i zaśpiewanie jakiegoś filmu, w celu dubbingu, w językach niemieckim, angielskim i szwedzkim.

– Czy pani zna języki obce?

– Oho! Angielski, francuski, rosyjski, polski, szwedzki, wioski, niemiecki, duński, norweski…

– Czy pani zna swoją rodaczkę Gretę Garbo?

– Nie tylko znam, ale konkurowałam z nią przy obsadzeniu pewnej drobnej roli. To było w 1920 r. Reżyser Stiller, dziś już nieżyjący rzekomy mąż Grety, jak chciała plotka, realizował wówczas film według powieści Selmy Lagerloff Gösta Berling. Potrzebna mu była artystka do jednej z drobnych rólek. Do konkurencji stanęłyśmy we trzy: Greta, ja i jeszcze jedna aktoreczka, której nazwiska nie pamiętam. Wybór padł na Gretę, ponieważ była z natury flegmatyczna, zamyślona i smutna. Ale wiem, że wcale się nie podobała Stillerowi…

– Czym była wówczas Greta?

– Wówczas była już artystką dramatyczną, ale przedtem….

– Proszę mówić dalej…

– Kiedy boję się, że mnie będą pomawiać o obgadywanie…

– Bez obaw, stwierdza pani tylko takty.

– Więc, Greta w swojej młodości pracowała w męskim zakładzie fryzjerskim…

– W męskim?

„Przegląd Teatralny” R. IV, 07.05.1925, nr 18

– Tak, mydliła twarze przed goleniem. U nas w Szwecji robią to kobiety. Później przeszła do magazynu uniwersalnego i sprzedawała kapelusze damskie. Gdy jednak wstąpiła do szkoły dramatycznej — okazało się, że ma talent. No, i tak poszło. Najpierw reż. Stiller sprowadził ją do Berlina, potem do Hollywood. Dalszy bieg jej kariery jest wiadomy.

– Jaka jest Greta w życiu co dziennym?

– Gdy ją poznałam, była smutna, apatyczna, zrezygnowana. Odniosłam wrażenie, że musiała przeżyć jakąś wielką tragedię. Mozę miłość? Któż to wie?… I taką została dotychczas. Znamienne jest, że stroni od mężczyzn. Ludzie to różnie komentują, zwłaszcza po wypadku, gdy ciężko odczula rozłąkę ze swoją sekretarką, która zakochała się w dorodnym młodzieńcu i rzuciła posadę u Grety… Ale to są sprawy nie do stwierdzenia… Znamienną jej cechą — to naturalna skromność. Gdy ostatnio wracała do kraju – wysiadła o kilka stacji przed Sztokholmem, aby uniknąć pompy przyjęcia, o czym zresztą zawiadomiła swoją matkę.

Wszystko to opowiadała mi urocza p. Gistedt zabawną i pełną uroku polszczyzną śmiejąc się beztrosko i szczerze…
Po chwili już wspaniały głos jej napełniał teatr cudownym śpiewem: „Ojczyzno moja, daleka!”.

 

Like