„Czarna perła” (1934)

Mirela Tomczyk

„I oto spotkali się: BodoReri. On orzekł, że Reri jest czarująca, ona – że Bodo… jest fashionable…” („Kino” 1934).

Jednak musiał minąć rok ich znajomości, zanim Eugeniusz Bodo znalazł scenariusz filmu, w którym mogliby zagrać oboje. W maju 1934 roku prasa zapowiadała realizację obrazu wytwórni Urania-Film z gwiazdą Tabu, a w sierpniu Bodo już sam informował o realizacji dramatu sensacyjnego z Reri w roli tytułowej. W październiku prasa podawała bardziej szczegółowe informacje o kolejnym egzotycznym filmie realizowanym przez Eugeniusza Bodo.

Gdy w styczniu 1935 roku film ten trafił do Łodzi to „Głos Poranny” pisał: „Film ten jest z typu egzotycznych à la Van Dycke, z dżunglą, morzem, piaskiem etc. Egzotyczna i międzynarodowa jest również obsada. Kolejna recenzja tego dziennika donosiła: Już jutro odbędzie się w kinie Europa premiera pierwszego polskiego filmu sensacyjno-erotycznego, oczekiwana z wielką niecierpliwością. Wtajemniczeni twierdzą, że Czarna perła będzie filmem przełomowym polskiej produkcji. Składa się na to szereg czynników, a przede wszystkim frapujący scenariusz (Eugeniusz Bodo i Anatol Stern), który zerwał z szablonem i dał coś, czego jeszcze nie było w żadnym filmie europejskim ani amerykańskim. (…) To, co zrobiono dla najbogatszego ujęcia niezwykle ciekawej treści Czarnej perły musi wywołać w każdym, nawet najbardziej sceptycznie odnoszącym się do filmu polskiego widzu, zdumienie”.

„Kino” 18.11.1934, nr 46

Eugeniusz Bodo, jak to miał w zwyczaju, nie ograniczał się w środkach i postanowił zrealizować film z ukochaną Reri z wielkim rozmachem. W atelier została wybudowana – przez inżyniera Jacka Rotmila i Stefana Norrisa – wspaniała dekoracja moczarów, bujnej dżungli i wybrzeża morskiego na Tahiti (woda podpływała pod brzeg). Józef Galewski namalował tło dżungli oraz panoramę Gdyni. Oprócz egzotycznych scenerii dekoratorzy odtworzyli salę teatru rewiowego, w których to dekoracjach Reri odśpiewała swoją słynną piosenkę Dla ciebie chcę być biała.

Do filmu wykorzystano aż dwadzieścia sześć różnych dekoracji, co jak na warunki techniczne w Polsce, było ogromną liczbą.

ul. Francuska 4 w Warszawie (kadr z filmu)

 

Zdjęcia kręcono również w plenerach. Do dzisiaj zachowała się willa przy ul. Francuskiej 4 (dom rodziny Kossakowskich) w Warszawie, gdzie po wysokich schodach wbiegał Eugeniusz Bodo. Anatol Stern wspominał też o scenach kręconych w Kazimierzu Dolnym.

Za charakteryzację odpowiadał Rudolf Olschmidt. Za reżyserię – Michał Waszyński, a za zdjęcia – Albert Wywerka. Oprawą muzyczną zajął się Henryk Wars, słowa piosenek napisali Emanuel Schlechter i Konrad Tom.

W filmie, oprócz Eugeniusza Bodo i Reri, występowali w rolach głównych Lena Żelichowska, Michał ZniczFranciszek Brodniewicz (po raz pierwszy jako czarny charakter). „W epizodach – kwiat sceny i filmu polskiego” („Wiadomości Filmowe” 1934).

Zdjęcia miały trwać jedynie dwadzieścia dni, ale pod wpływem rodzących się kolejnych pomysłów przeciągnęły się do siedmiu tygodni. Atmosfera w atelier Falangi była sympatyczna, gwarna i wesoła. Między innymi dlatego, że zdjęcia szły wartko i nie trzeba ich było powtarzać. Praca trwała od ósmej do jedenastej rano.

Wypożyczono z warszawskiego Zoo prawdziwego węża (Michał Waszyński panicznie się go bał). Natomiast Jerzy Woskowski opowiadał dziennikarce, jak to Bodo wczuł się w swoją rolę: „Kiedy chciał wyciąć nożem miejsce na mojej ręce, ukąszone przez węża, tak się przejął swoją rolą, że o mały włos nie pokaleczył mi skóry. O, zapewniam panią, że mniej bałem się owijającego mnie węża niż jego” („Kino i Rewia Dla Wszystkich” 1934).

Podczas sceny katastrofy samochodowej, kręconej późnym wieczorem w atelier, Lena Żelichowska jedynie w cienkiej balowej sukni grzecznie stała przez dwie godziny pod strumieniem wody ze strażackiego węża, która później na ekranie imitowała deszcz. A potem aktorka musiała się tarzać w błocie… Ale Misza Waszyński był zadowolony: „Oto prawdziwa artystka!” („Kino” 1934). A i sama Lena była bardzo usatysfakcjonowana z postaci, którą zagrała w filmie.

Monika Carlo wspominała, że miała jedynie statystować w scenie bójki w barze, ale reżyser widząc jej zapał, dał jej znak ręką, aby włączyła się w bijatykę. Ta, niewiele się zastanawiając, skoczyła jak pantera w sam środek walki. Jej rólka została pozytywnie zauważona przez recenzentkę „Kina”, Wandę Kalinowską.

Tak relacjonowało tę słynną scenę: „W pewnej knajpie portowej na Tahiti wybuchła niedawno krwawa bójka. Jak wykazało śledztwo, promotorem całej awantury był niejaki Waszyński (Michał), który trzymał się przezornie na uboczu, lecz podżegał walczących okrzykami: «Doskonale! Jeszcze go raz! Wal go w łeb!» itd. Najwięcej ucierpiał pewien marynarz nazwiskiem Bodo (Eugeniusz), któremu rozbito kastetem głowę. Tancerka Reri, rodem z Martyniki, została pokaleczona tłuczonym szkłem; odwieziono ją do domu, gdzie przebywa dotychczas. Marynarz Wojcieszko [Jan – M.T.] znany w świecie przestępczym pod przezwiskiem «Ojra», ma plecy przebite gwoździem (!) i głębokie rany na przedramieniu. Zadała mu je, w zacietrzewieniu bojowym, dziewczyna z tawerny, nazwiskiem Monika Carlo (z przydomkiem «Tramp»), która walczyła z niezwykłą furią, dopóki nie powalił jej silny cios pięścią. Właściciel – Chińczyk, któremu zdemolowano bufet, oblicza swoje straty na kilkaset dolarów. Jak się zdaje, poszło o kobietę, zwaną «Czarna Perła», która wkrótce potem wyjechała do Europy. Śledztwo trwa” („Kino” 1934).

Kino 30.12.1934, nr 52

Po tej scenie Reri i Monica Carlo były tak potłuczone, że musiały ją dwa dni odchorować w łóżku.

W filmie brali udział Chińczycy i – jak pisze „Kino i Rewia Dla Wszystkich” z 1934 roku, wymagało to nie tylko zgody konsula chińskiego, ale również całej ekipy filmowej. „Jedno i drugie zostało szczęśliwie załatwione i w zespole nowych twarzy ukażą się twarze oryginalnych Chińczyków. Widz ujrzy «żółte niebezpieczeństwo» w otoczeniu pierwszych gwiazd filmu polskiego. Zaryzykujemy twierdzenie, że będzie to pierwsze «niebezpieczeństwo» w skutkach przyjemne” („Kino i Rewia dla Wszystkich” 1934). W filmie brał również udział Polinezyjczyk, Amari Thainot, który przyjechał do Warszawy na turniej lotniczy.

Bardzo nowatorsko podszedł Bodo do kwestii językowych w filmie. Otóż Polacy mówili po polsku, Tahitańczycy w swoim narzeczu, Anglicy rozmawiali po angielsku, Chińczycy po chińsku, a Reri z początku po francusku, a wraz z rozwojem akcji – po polsku. Całość jednak nie sprawiała polskiemu widzowi trudności w rozumieniu fabuły.

Ekipie filmowej „matkowała” Jadwiga Dylewska, matka Eugeniusza Bodo, u której Eugeniusz często zasięgał porady. Szczególnie miło wspominała ją Monica Carlo, której „Mama Bodo” dała szereg cennych wskazówek i serdecznych rad.

Zdjęcia do filmu ukończono w listopadzie 1934 roku i przystąpiono do prac montażowych. Premiera odbyła się 20 grudnia 1934 roku w kinie Capitol, ale nie była zbyt huczna, choć wzbudzała zainteresowanie dziennikarzy. Bodo był już w Palestynie na występach, a Reri w Niemczech próbowała na nowo ułożyć sobie życie.

Reklamy głosiły: „Pierwszy polski film egzotyczny porywający potęga wrażeń i mocą niezwykłych przeżyć. Wspaniały dramat miłości i pożądania o porywającej akcji, urozmaiconej zachwycającymi śpiewami, tańcami i muzyką” („IKC” 1935).

Film został sprzedany do Szwajcarii i Niemiec, ale, jak donosiła „Chwila” z 1936 roku, w tym drugim kraju nie został on dopuszczony do wyświetlania w kinach (był to po Głosie pustyniMłodym lesie trzeci film polski tak potraktowany w Niemczech). W Szwajcarii, w Zurichu, odniósł spory sukces – jak pisał „Kurier Warszawski” w 1936 roku, recenzenci podkreślali „wielostronność Eugeniusza Bodo”.

Recenzje były przychylne filmowi. Szczególnie podkreślano rolę Reri, która „ma tyle wdzięku, czaru, prostoty, że trudno znaleźć dla niej jakiekolwiek porównanie, zwłaszcza wśród naszych gwiazd. Jest w swej grze bezpośrednia i mimo oryginalnego egzotyzmu tak bardzo prawdziwa, że jej Moana żyje, wierzymy w jej przeżycia, dole, niedole” („Reporter filmowy” 1935).

„Reri jest rozkoszna. Takie biedne, bezbronne stworzenie, które tylko powinno pląsać w słońcu. Taniec jej jest bajeczny! I po cóż chce być taka «biała (!) jak oni», kiedy ma się tylko naskórek czarny, a piękną białą duszę!” („Kino” 1935).

Głosów przeciwnych było niewiele. Wyjątkowo zjadliwą recenzję umieściła w „Wiadomościach Literackich” w 1935 roku Magdalena Samozwaniec: „Ta Czarna perła, to rzeczywiście perła naszej twórczości kinematograficznej, wobec której Śluby [Śluby ułańskie – M.T.] wydają się szczytem wyrafinowanej reżyserii dobrego smaku. Tytuł tego filmu powinien brzmieć nie Czarna perła, ale Berło ciemnoty. Powinien być także traktowany jako «tabu», tzn. że powinno być zabronione chodzenie do kin, w których jest wyświetlany”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.