„Antoś po raz pierwszy w Warszawie”

Antoni Fertner

Podróże komiczne
Antoni Fertner
Wydawnictwo Literackie 1960

Przy placu Teatralnym uruchomił dyrektor telefonów warszawskich, Jakub Jasiński, jedyny kinematograf stolicy pod egzotyczną nazwą Oaza. Salka kinowa była niewielka, a zainteresowanie publiczności „ruchomymi obrazami” stale wzrastało. Nic dziwnego, że u zbiegu Wierzbowej i Niecałej wkrótce powstał konkurencyjny kinematograf Corso, założony przez Fuchsów do spółki z Wolfem. Konkurencja korzystała początkowo z tej części widzów, którzy zawiedzeni brakiem miejsc w Oazie szukali emocji filmowych gdzie indziej. Oczywiście, odpływali do Corsa, usłużnie otwierającego im swoje podwoje.

Kiedy już minął pierwszy okres zaszokowania kinem warszawskiej publiczności, konkurencyjne lokale rozpoczęły umizgi o zdobycie widza. Interes się opłacał, więc Jasiński wpadł na pomysł kręcenia własnego filmu, co niewątpliwie wzmogłoby popularność Oazy, nadwątloną bezustannym współzawodnictwem z Corsem. Jako człowiek ogromnie ruchliwy i trafnie wyczuwający sytuację, dostrzegł wielką szansę zwyciężenia konkurentów w sfilmowaniu scenariusza, związanego tematycznie z Polską i Warszawą. Naturalnie, miała to być komedia – przy czym główną rolę winien zagrać aktor o wyrazistej mimice, z uzewnętrzniającą się siłą komiczną. Kasowe nazwisko, połączone z wymaganymi cechami „filmowymi” artysty (była to bowiem wschodząca epoka filmu niemego!) miały zapewnić powodzenie pierwszemu polskiemu krokowi w królestwo X Muzy.

Ale pomysł i obsada ról – to jeszcze nie wszystko. Nikt przecież w kraju nie miał bladego pojęcia o technice roboty filmowej. Jednakże przedsiębiorczy Jasiński umiał zadbać także i o te sprawy. Skorzystał z okazji, gdy technik znanej już prawie w całej Europie paryskiej firmy kinematograficznej Pathé przejeżdżał z Rosji do Francji i… zaprosił go do Warszawy. Rosjanie często bowiem korzystali z usług Francuzów przy rozbudowie swojego przemysłu kinowego.

Tak zatem technik Meyer z Pathé zawitał do Oazy. Wówczas Jasiński zwrócił się do mnie z propozycją objęcia głównej roli w zaprojektowanym scenariuszu. Używam tu popularnej nazwy „scenariusz”, ale w znaczeniu dzisiejszym w ogóle o czymś podobnym nie było mowy.

Zebraliśmy się w restauracji Oaza, na parterze budynku, którego pierwsze piętro zajmował lokal kinematografu. Usiedliśmy w czwórkę (Jasiński, Meyer, ja i jeszcze jakiś „doradca filmowy” o nie znanym mi nazwisku) przy stoliku i popijając kawę z likierem głowiliśmy się nad akcją przyszłego filmu. Rzecz najważniejszą, czyli tytuł, ustalono z góry. Obraz miał nosić nazwę Antoś po raz pierwszy w Warszawie. Długość taśmy całego filmu wynosiła aż 120 metrów! „Antoś” – to, oczywiście, ja. Zresztą, ów skrót „Antoś” przylgnął już do mnie na stałe po początkowych sukcesach aktorskich na scenie Farsy.

Meyer, jako fachowiec, podrzucał nam pomysł za pomysłem. Reszta, tzn. my trzej, rozwijała zgodnie z własną wyobraźnią proponowaną akcję, nadającą się naszym zdaniem do realizacji filmowej. Wreszcie, po wielu spornych wypowiedziach, zgodziliśmy się wszyscy na jeden wybrany projekt. Przedstawiał on perypetie niezdary z prowincji, który przyjechał pierwszy raz w życiu do Warszawy i zachowuje się w wielkim mieście, jak niemowlę poznające dopiero barwy i smak świata. Naturalnie, większa część akcji miała się toczyć w modnych podówczas ogródkach warszawskich, gdzie nasz prowincjonalny fajtłapa pada w końcu ofiarą dwóch sprytnych, stołecznych kurtyzan. Rozbawiony i zaszokowany ponętami życia Antoś ani się spostrzega, gdy rozkoszne i niewinnie wyglądające dziewczątka – okradają go z uciułanego na Warszawkę grosza.

Z tego szkicu scenariuszowego dopiero podczas kręcenia poszczególnych scen miał się wyłonić ostateczny kształt całego filmu. Sytuacje i sposób gry, rzecz jasna, zależały wyłącznie od aktorów. Pozycja reżysera była zupełnie nieznana.

Oprócz mnie doangażowano dwie baletnice (Kowalewska i Kołpakówna), zaś wszelkie pomniejsze rólki i statystów pozostawiono na łaskę losu, czyli – przygodnym ludziom z ulicy, restauracji itp.

Cały film miano nakręcić w ciągu jednego dnia. Zaczęliśmy więc pracę od rana. Pierwsza scena prezentowała wjeżdżający na dworzec pociąg i moment, kiedy Antoś wysiada z wagonu. Tak dyktował przyjęty przez nas pomysł. Udaliśmy się przeto na dworzec kolejowy.

Jadwiga Andrzejewska i Antoni Fertner w filmie Papa się żeni z 1936 roku, FINA

Tymczasem, mimo zabezpieczenia się posiadanym zezwoleniem od oberpolicmajstra na robienie zdjęć wewnątrz dworca kolei warszawsko-wiedeńskiej, żandarmeria kolejowa po prostu wywaliła nas z peronu, jako terenu podlegającego bezpośrednio władzom kolejowym… A tak wierzyliśmy w świętość podpisu oberpolicmajstra!

Biedny Meyer stał ogłupiały przy swoim aparacie, ja natomiast w pełnej charakteryzacji pętałem się obok wagonu, z którego powinienem wysiąść w roli nieśmiałego Antosia. Nie wysiadłem. Za to – wysiadło pierwsze zdjęcie… Błyskawicznie odbyliśmy naradę zmieniając scenariusz. Trudno, trzeba zrezygnować ze scenerii peronowej. Ale sam dworzec należało jakoś wykorzystać. Ustawiliśmy się obecnie pod halą dworcową, żeby bodaj sfilmować tę chwilę, kiedy Antoś, popychany przez tłum przyjezdnych, zostaje wyrzucony jak. z katapulty na warszawski bruk…

Meyer rozpoczął instalowanie swojej aparatury, podczas gdy ja zniknąłem w czeluściach dworca. Wreszcie udaje mi się wcisnąć pomiędzy stłoczonych ludzi, którzy mnie rzeczywiście wypychają przed dworzec… Potykam się specjalnie wystudiowanym sposobem – i gram już „na całego” upadając na jezdnię.

Zgodnie z omówieniem planu zdjęć, na tym epizod dworcowy miał się zakończyć. Podniosłem się nieco potłuczony, ale zatoczywszy wzrokiem triumfalne koło, w poczuciu dobrze wykonanego obowiązku. Zdziwiło mnie tylko to, że nie dostrzegłem nigdzie Meyera… Co, u licha? Tymczasem widzę po drugiej stronie placu jakieś zbiegowisko, a ponad głowami sterczy stojak aparatu. Po chwili spurpurowiały z wściekłości Meyer — przepycha się przez ciżbę i wyskakuje ku mnie gestykulując i rzucając najokropniejsze przekleństwa francuskie, przeplatane niektórymi „słówkami” rosyjskimi. Za nim ukazuje się wrzeszcząca sylwetka… żandarma. Technik woła do mnie:

Mieczysława Ćwiklińska
i Antoni Fertner w filmie Gehenna z 1938 roku, FINA

– Niechże mu pan pokaże zezwolenie!

– Tu nie wolno robić żadnych zdjęć! – dopada nas obu żandarm.

– Jak to? Mamy „bumażkę” od oberpolicmajstra!

– Tu także teren kolejowy! Oberpolicmajster nie wydaje żadnych pozwoleń na tym terenie!

Wkoło zebrał się już pokaźny tłumek gapiów. Jak niepyszni opuszczamy nieprzyjazną okolicę. Wściekli, kierujemy się ku placowi Teatralnemu. Po drodze Meyer podejmuje nową decyzję: – kręcimy na ulicy! – Nie ma czasu wdawać się w jałowe dyskusje. Szybko wchodzę w rolę Antosia. Powtarzam scenę oszołomienia stolicą, potykam się jak z nut. Nagle – Meyer przerywa kręcenie. Zagapiony na niezwyczajne widowisko uliczne przystanął sobie naprzeciw technika – dorożkarz nr 26. Właśnie tylko ów numer: 26 – od dłuższego czasu filmował mój pechowy operator… Okazało się, że powtórnie grałem sobie a muzom, zasłonięty dorożką jak ochronną tarczą…

Nolens volens1 pociągnęliśmy do Oazy. Jeszcze przed restauracją poznałem (jako Antoś) dwie nasze baletnice w charakterze dziewcząt lekkiej konduity. W miłej komitywie wpływamy do lokalu. Tam upijam się „filmowo”, później wsiadamy do dorożki i – jazda w Aleje… Meyer kręci, przechodnie cmokają z podziwu, dzieci wrzeszcząc podbiegają za naszą ekipą. W ten sposób powstawał wreszcie nasz film…

Po kilku dniach cały obraz był gotowy. Zaś 22 października 1908 roku Oaza dała premierę kinematograficzną Antoś po raz pierwszy w Warszawie. Tłumy waliły do kina. Niestety mała salka, obliczona tylko na 180 miejsc, okazała się zbyt szczupła, żeby pomieścić wszystkich amatorów, którzy chcieli obejrzeć pierwszy polski spektakl filmowy. I znów skorzystało z tej sytuacji – Corso.

Normalnie w obu kinach zmieniano program co dwa tygodnie (z uwagi na krótkie taśmy seans był typową składanką). Tymczasem nasz film uczynił wyłom w tej zasadzie i – szedł całymi miesiącami! Kasa Oazy była pełna.

Popularność Antosia wzrastała w szybkim tempie. Dzięki temu zrozumiałem, o ile prędzej i łatwiej utrwala się aktorstwo filmowe w pamięci widza! Stąd właśnie nieproporcjonalna wręcz różnica pomiędzy rozgłosem artystów teatru i filmu. Niejedno wielkie nazwisko sceniczne przepadło i zatarło się we wspomnieniach publiczności raz na jakiś czas uczęszczającej do teatru, podczas gdy nawet średni talent, ale za to utrwalony na ekranie – zyskiwał często nadmierną reklamę oraz prawie legendarną popularność. Nawet gdyby ta popularność należała do rzędu tanich efektów!

Antoni Fertner w filmie Bolek
i Lolek
z 1936 roku, FINA

Wspaniałe osiągnięcia aktorskie przysparzały sławę w ograniczonym kręgu znawców sztuki, a jeśli fama na temat wybitnej kreacji teatralnej przedostała się dalej, wówczas jakże często nazwisko oddzielano od osoby. Zupełną przeciwnością tego stawała się rola filmowa, choćby przez wzgląd, że mogło ją obejrzeć na ekranach niewspółmiernie więcej ludzi. Wydaje mi się, iż niepotrzebnie przytaczam tu argumenty, które każdy bywalec kinowy zna na wylot, nawet gdyby ich sobie nie uświadamiał. Zapytajcie o gwiazdy filmowe, a mało wyrobiony artystycznie widz wymieni wam jednym tchem swoich ulubieńców. Nad wyliczeniem ludzi teatru – zacznie się jednak zastanawiać. Zastanawiające, lecz prawdziwe. Mówię ciągle, rzecz jasna, o najbardziej przeciętnym widzu.

W ten sposób ani się spostrzegłem, gdy rozpoznawano mnie na ulicy. – O, idzie „Antoś”… – uśmiechano się domyślnie, niemal poklepując mnie po plecach na znak zadzierżgniętej znajomości, której nie przedzielała teatralna rampa – symbol dystansu między sceną i widownią. Aktor z ekranu w jakiś sposób był obecny wśród publiczności. Stawał się prawie dotykalny, czyli w pewien swoisty sposób bliski widzowi.

Tak zatem – nieoczekiwanie dla samego siebie – poczułem pierwsze, ciepłe objawy popularności. Muszę dodać, że zetknięcie się z filmem zachęciło mnie do dalszych kontaktów z kamerą. Ale – o tym później.

Na razie powróciłem do normalnych zajęć w Farsie. Nie wiem, czy to wrażenia z sukcesów Oazy podziałały tak na dyrektora Śliwińskiego, że zaczął mi dawać coraz lepsze role, czy tylko naturalny rozwój młodego aktora spowodował przesuwanie się o szczebel wzwyż na drabinie scenicznego zawodu?… Odnotowuję ów fakt z poczucia skrupulatności kronikarza własnego życia oraz jako wytłumaczenie przyczyn, dla których nie mogłem już narzekać na rolę bezrobotnego w teatrze. Śliwiński starał się bowiem zdyskontować świeżą popularność kinematograficznego „Antosia” z Oazy – na rzecz kierowanej przez siebie sceny. Zdawał się zachęcać widzów: – chcecie ujrzeć znowu Antosia – przyjdźcie na nową farsę do Farsy!

O, był to przecież kalkulator wyborny. A że pomogło to i mnie w przyśpieszeniu tempa rozgrywania się na scenie, więc nie wymawiałem się zbytnio od żadnej roli, którą mi dawał.

1Chcąc nie chcąc.


Antoś zgubił gorset (1915 rok)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *