Anna Mieszkowska. Łączyć przeszłość z przyszłością

Warszawa
15 czerwca 2020 roku

 

Bal mody w Hotelu Europejskim w Warszawie w 1936 roku.
Od lewej widoczni m.in.: Irena Popielska, Leopold Brodziński, Zofia Fedyczkowska, Lucyna Szczepańska, Fryderyk Járosy, Jerzy Olgierd, Krystyna Łuszczewska, Nina Grudzińska, Stefania Górska i Witold Zdzitowiecki, NAC

MIRELA TOMCZYK: Pani Anno czy pamięta Pani moment, w którym zainteresowała się Pani przedwojennymi artystami, kabaretem, przedwojenną piosenką? Czy zainteresowała Panią postać czy raczej zjawisko?

ANNA MIESZKOWSKA: W domu moich rodziców były płyty, wydania powojenne z dawnymi piosenkami na przykład Mieczysława Fogga. Słuchałam jako dziecko słynnych Podwieczorków przy mikrofonie, cyklicznych programów Polskiego Radia, w których wykonawcy śpiewali czasem też piosenki przedwojenne. Byłam jako nastolatka na jakimś programie z udziałem Kazimierza Krukowskiego. Oglądałam w telewizji program „Stare kino”, z niezapomnianymi prelekcjami Stanisława Janickiego. To były prapoczątki. Nieświadomie chłonęłam jak gąbka – bardziej chyba emocje, wzruszenie, niż wiedzę. Później poznałam Lidię Wysocką, Stefanię Górską, Marię Malicką, no i najważniejszą dla moich zainteresowań osobę – Stefanię Grodzieńską. Na Wydziale Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST im. Aleksandra Zelwerowicza zajęcia z historii teatru dwudziestolecia międzywojennego prowadził profesor Edward Krasiński. Mówił nam głównie o teatrze dramatycznym, kabaret został potraktowany przez profesora raczej lekceważąco. Na początku lat 80. porządkowałam spuściznę po Kazimierzu Rudzkim. Poznałam wtedy żonę aktora, uroczą panią Walę. Jej siostra była żoną właściciela Ziemiańskiej. A więc pojawiły się anegdoty o ciekawych ludziach przy okazji prac porządkowych. Dzięki pani Wali poznałam najpierw korespondencyjnie, a potem osobiście Tadeusza Wittlina, pisarza emigracyjnego, autora biografii Hanka Ordonówna. Pieśniarka Warszawy i jej świat (pierwsze wydanie ukazało się  w Londynie w 1985 roku).

Marina Kratochwill i Alina Janowska na cmentarzu Neustifter Friedhof w Wiedniu
(7 października 2000 roku)
źródło: Wiener-Krakauer Kultur-Gesellschaft

Największe jednak wrażenie zrobiła na mnie lektura książki Urodził go Niebieski Ptak pani Stefanii Grodzieńskiej. Po prostu oszalałam! Jest w tej książce zdanie, które potraktowałam bardzo osobiście: „Żałujcie dziewczyny, że was wtedy nie było na świecie”. Od ukazania się tej książki, czyli od roku 1988 – historia kabaretu, ludzi z nim związanych była już moją własną historią. Czytałam, szukałam, słuchałam, aż sama zaczęłam o tych artystach pisać, najpierw artykuły, potem książki. Dużo czasu i uwagi poświęcili mi: Ryszard Marek Groński i Antoni Marianowicz. Kiedy w 1991 pojechałam po raz pierwszy do Londynu szukać materiałów o aktorach, którzy po 1945 roku znaleźli się poza krajem – byłam już gotowa, aby rozmawiać i pisać o Zofii Terné, Ludwiku Lawińskim, Marianie Hemarze. Ale największą moją miłością stał się Fryderyk Járosy. Odnalazłam w Wiedniu jego córkę – Marinę Kratochwill (1915–2009), która była dwa razy gościem w Warszawie na moje zaproszenie. Towarzyszyłam Marinie podczas odwiedzin u Stefanii Grodzieńskiej w jej uroczym domu przy ulicy Słonecznej. Moją wielką satysfakcją było przygotowanie wystawy w Muzeum Teatralnym (20 lat temu!): „Fryderyk Járosy! Zawsze ten sam…”. Pokłosiem tej wystawy i pobytu córki znanego konferansjera w Warszawie było umieszczenie na jego grobie w Wiedniu tablicy ufundowanej przez Sekcję Estradową ZASP-u. Była to inicjatywa i zaangażowanie aż do finału – Aliny Janowskiej. Kontakt z Mariną miałam aż do jej śmierci w 2009 roku. Odwiedziłam ją w Wiedniu pięć razy. Tak, odnalezienie Mariny (w 1995 roku) przyniosło mi największą satysfakcję zawodową i miało dalsze konsekwencje twórcze. 

 

Stare Kino
Hanka Ordonówna. Miłość jej wszystko wybaczy Wydawnictwo Prószyński, 2019 rok

MT: Co zajmuje Pani więcej czasu, zbieranie materiałów czy samo pisanie? I która z postaci przysporzyła Pani najwięcej kłopotów?

AM: Oczywiście, że najwięcej czasu zajmuje zbieranie materiału do książki. Potem to, co już wiem, musi się we mnie uspokoić, wyciszyć. To tak jak pisał Hemar o powstawaniu piosenki: „piosenka powinna się jak tytoń uleżeć i jak figa ucukrować”. Tak też jest z materiałem, który latami zbieram do książek. Najdłużej praca trwała nad książką Hanka Ordonówna. Miłość jej wszystko wybaczy. Ukazanie się tej publikacji przyniosło nowe odkrycia

 

MT: Od pewnego czasu obserwujemy wzrost zainteresowania przedwojennymi artystami. Jeszcze niedawno uważano, że to kino dla kucharek, ale dzisiaj coraz więcej osób odnajduje w przedwojennych filmach wzruszenie i namiastkę II RP. Czy Pani również widzi ten trend?

AM: To jest moja największa radość, że istnieje w młodym pokoleniu moda na retro! Zainteresowanie dawnymi filmami, aktorami, wykonawcami piosenek cieszy mnie ogromnie. Jestem wdzięczna za to popularyzowanie historii rozrywki wszystkim, którzy to czynią. Filmografom (Michał Pieńkowski, Grzegorz Rogowski, Roman Włodek), muzykom (Jan Emil MłynarskiMarcin Masecki), autorom książek (Piotr Gacek, Marek Teler, Ryszard Wolański). Nie ma już niestety wśród nas najbardziej zasłużonych radiowców, którzy lata całe popularyzowali dawne piosenki i ich wykonawców na kilku antenach Polskiego Radia: Danuty Żelechowskiej, Jana Zagozdy. I nie ma już Jerzego Swalskiego, którego audycja Hollywood na Hożej (z 1985) była przełomem w moich badaniach. Bohaterem tej audycji był Edward Milstein, syn właściciela kinoteatru Hollywood przy ulicy Hożej 29, który po wojnie był bardzo znanym w środowisku muzycznym stroicielem pianin i fortepianów. Pamięta go z wizyt w rodzinnym domu Jan Emil Młynarski. I to jest ta cudowna sztafeta pamięci!  W Radiu dla Ciebie popularyzuje dawne piosenki Michał Fogg, którego ogromnie cenię i szanuję za kultywowanie wspomnień o pradziadku. Ostatnio dzięki Michałowi w Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu prezentowana jest wspaniała wystawa „Mieczysław Fogg. Pieśniarz Polaków”, na której pokazano unikatowe pamiątki związane z życiem i działalnością artystyczną znakomitego piosenkarza.

No i jesteście Wy! „Stare Kino” przywraca pamięć i miłość do przeszłości, za to Was bardzo cenię, szanuję a nawet KOCHAM! Ze starszego pokolenia popularyzują ten rodzaj twórczości od bardzo dawna: Zbigniew Rymarz (kompozytor, pianista, kolekcjoner przedwojennych nut),oraz aktorzy: Stanisław Górka, Wojciech Machnicki, Ewa Makomaska i Monika Świtaj. Doszedł do nich nie tak dawno Maciej Klociński który gra i śpiewa z wyczuciem stylu repertuar retro. Bardzo dobrą robotę popularyzatorską robi Wojciech Dąbrowski organizator corocznego Festiwalu im. Mieczysława Fogga.

 

Hanka Ordonówna i Fryderyk Járosy w Nicei
1926 rok, NAC

MT: Pani publikacje pozwalają nam spojrzeć na bohaterów z ekranu w szczególny sposób. Dzisiaj Hanka Ordonówna to już nie tylko kobieta-szpieg z jedynego zachowanego filmu z jej udziałem Szpieg w masce, ale kobieta delikatna i silna jednocześnie, która osiągnęła bardzo wiele w życiu bardzo dużym kosztem. Skąd pomysł, aby uwiecznić w prozie tę diwę polskiego kabaretu?

AM: O Hance Ordonównie rozmawiałam  z wieloma osobami, które ją znały. Poza Stefanią Grodzieńską i Tadeuszem Wittlinem, Lidią Wysocką i Stefanią Górską – z Jerzym Waldorffem w 1990 roku. I to co jest w tym wszystkim najważniejsze, w 1995 roku przywiozłam z Waszyngtonu dużo materiałów artystki, które posiadał pan Wittlin. Nie miałam wyjścia, musiałam o tym napisać książkę. Jestem absolwentką Szkoły Podstawowej nr 209 im. Hanki Ordonówny, mieszkam na Białołęce, dwa przystanki od ulicy Hanki Ordonówny, kwadrans  podróży dzieli mnie od osiedla mieszkaniowego „Hemar” przy ulicy Mariana Hemara.

 

MT: Czy jest coś, co świadomie pominęła Pani przy pisaniu biografii Ordonki, a zechciałaby się Pani z nami teraz podzielić?

AM: Świadomie pominęłam zbyt intymne zapiski Hanki Ordonówny dotyczące jej stanu zdrowia. Prowadziła je krótko, podczas pobytu w sanatorium w Hajfie już po operacji chorego płuca. Uznałam, że „nie wszystko na sprzedaż”.               

 

Stare Kino
Hanka Ordonówna i Michał Tyszkiewicz w dniu ślubu
30 kwietnia 1931 roku
arch. Ordonki

MT: Proszę uchylić rąbka tajemnicy o romansach Ordonki, z których była bardzo znana. I jak to wszystko wytrzymywał Michał Tyszkiewicz?

AM: Romanse Haneczki?! Mój Boże, ona nie umiała żyć bez silnych emocji! To było związane z gruźlicą, na którą cierpiała od wczesnej młodości. Gruźlicy są nadwrażliwi emocjonalnie, wiecznie głodni uczuć. Spełnienie uczucia nie przynosi im spełnienia. To tylko pozorny paradoks. Michał Tyszkiewicz doskonale to rozumiał, ponieważ jego oboje rodzice też chorowali na gruźlicę. Matka zmarła na tę chorobę, gdy chłopiec był bardzo mały. Poza tym, on sam mimo wykształcenia prawniczego i ekonomicznego czuł się artystą. Pisał wiersze, komponował. Potem zaczął pisać teksty piosenek, dla Hanki właśnie. Pierwsza powstała już w 1926 roku – Zapomniana melodia. To było bardzo dobre, wspierające się małżeństwo. Dopiero niedawno odkryłam, że hrabia Tyszkiewicz był menedżerem swojej sławnej żony. Nigdy nie pracował w żadnym ministerstwie, co podawał Wittlin. Podróżowali razem. Głównie za granicą. On organizował wszystkie sprawy związane z podróżami (bilety, transport bagaży, hotele). W Wiedniu był konferansjerem i akompaniatorem artystki Hanki Ordonówny. W Polsce nie mógł tego robić. Z uwagi na status rodzinny. I tak przecież był to mezalians. Hanka nigdy nie została zaakceptowana przez rodzinę męża. Musiało to ją boleć. Najtrudniejszy czas przeżyli na emigracji w Libanie. Jej zapiski z tego okresu są bardzo osobiste. Nie znamy wszystkich, ponieważ dużą część własnych i żony notatek Michał Tyszkiewicz wyciął nożyczkami z brulionów i notesów. To jest chyba najlepsza odpowiedź na Pani pytanie.

 

MT: Gdyby Pani mogła cofnąć się w czasie, to które z przedstawień Hanki Ordonówny chciałaby Pani zobaczyć? Albo którą piosenkę usłyszeć w jej wykonaniu na scenie?

AM: Bardzo chciałabym móc przeżyć recital Hanki Ordonówny. A usłyszeć na żywo pragnęłabym piosenki Ja wiem (Sapiehy) i Związane mam ręce (Hemara).           

Związane mam ręce Hanka Ordonówna (1937 rok)
muzyka: Ralph Benatzky; słowa: Marian Hemar
źródło: 240252, You Tube

MT: W Pani twórczości dominują artyści kabaretowi. Dlaczego ten wycinek życia artystycznego II RP szczególnie Panią zainteresował? Nie film czy teatr?

AM: Aktorami teatralnymi i filmowymi epoki dwudziestolecia zajmowało się wielu badaczy. Kabaret wydawał mi się tematem niezagospodarowanym, a bardzo ważnym.

 

Jestem Járosy.
Zawsze ten sam…

Muza, 2008 rok

MT: Jak Pani myśli, co zatrzymało Fryderyka Járosy’ego w Polsce? Kobieta, atmosfera warszawskiej bohemy czy jednak wysoki poziom artystyczny ówczesnych kabaretów?

AM: Fryderyk Járosy przyjechał do Polski w 1924 roku na gościnne występy z zespołem rosyjskich emigrantów z Berlina. Teatr nazywał się Niebieski Ptak. Járosy pełnił w nim funkcję autora, konferansjera. A miał ambicje reżyserskie. Jednak dyrektor zespołu nie dopuszczał go do reżyserowania kolejnych premier. I gdy w Warszawie Jerzy Boczkowski złożył Járosy’emu propozycję stałej współpracy z teatrem Qui Pro Quo – postanowił skorzystać z okazji i został w obcym kraju. Zostawił w Berlinie żonę i dwoje dzieci. Żona była Rosjanką, z którą ożenił się w 1913 roku w Monachium. Później mieszkali w Rosji, skąd uciekli do Berlina w okropnym czasie rewolucji.

Na początku, propozycja Boczkowskiego współpracy Járosy’ego z Qui Pro Quo przewidziana była na rok. Okazało się, że maestro kabaretu został w Polsce na lat 20. A w historii polskiej kultury teatralnej pozostał na zawsze. Járosy był Austriakiem, a nie Węgrem z pochodzenia. W jego życiu sprawa pochodzenia była szczególnie ważna. Gdy przyjechał do Warszawy to dwa języki: niemiecki i rosyjski kojarzyły się publiczności z niedawnymi okupantami. Antoni Słonimski postanowił wykorzystać nazwisko „Járosy”, które ma pochodzenie węgierskie i zrobił z Fryderyka Węgra. To prawdziwe, austriackie pochodzenie było jakby przekleństwem w życiu artysty. Gdy w 1946 roku znalazł się w Anglii wśród Polaków, ponownie musiał zostać Węgrem, a nie Austriakiem. Zresztą on sam o tym oficjalnie pisał w listach do dzieci. Tylko z nimi (poza córką Mariną miał też syna Andrieja) rozmawiał po niemiecku. Język niemiecki po przeżyciach wojennych w okupowanej przez Niemców Warszawie po prostu wyparł! Znał pięć języków. Polskiego nauczył się sam. W mowie i w piśmie. Listy, które pisał do polskich przyjaciół (Horowicz, Grodzieńska i Jurandot) są bez błędów. A zachowane nagrania radiowe z okresu współpracy Járosy’ego z Radiem Wolna Europa dają nam wyobrażenie, jak fantastycznie posługiwał się naszym niełatwym językiem.

Rewia Pod włos w Cyruliku Warszawskim z 1935 roku
Zofia Terné, Fryderyk Járosy
i Stefcia Górska, NAC

Flirt, a potem wielka miłość Fryderyka i Hanki zaowocowały rozkwitem talentu mało jeszcze popularnej na początku lat 20. artystki. On miał specjalny dar współpracy ze zdolnymi artystami kabaretu. To Járosy’emu zawdzięczały swoje sukcesy: Stefcia Górska, Zofia Terné, Lena Żelichowska i Stefania Grodzieńska. Z Górską i Terné też łączyła Fryderyka namiętna miłość. No cóż, nie był mężczyzną bez wad. W życiu prywatnym nie był łatwym człowiekiem. Abstynent, ale namiętny palacz. Chorobliwy pedant. A wszystkie artystki są trochę bałaganiarami. Nie akceptował chaosu wokół siebie. Stąd wynajmowanie dwóch mieszkań (dla siebie i dla aktualnej wybranki serca). Z żadną ze swoich partnerek nie mieszkał na stałe. Z którą był najbliżej? Na pewno z „Hanećką”, chociaż ten związek trwał najkrócej!  Listy, które w 1947 roku napisał Járosy do Hanki Ordonówny najlepiej świadczą o klasie jego człowieczeństwa. To są wspaniałe dowody przyjaźni i miłości, która nie przeminęła. Ale najdłużej był partnerem Stefci Górskiej.

 

MT: Marian Hemar był niesamowicie pracowitym człowiekiem. Pozostawił po sobie tysiące tekstów. Jak on na to wszystko znajdował czas? A może wszystko przychodziło mu łatwo?

Ja, kabareciarz. Marian Hemar od Lwowa do Londynu
Muza, 2005 rok

AM: Z Marianem Hemarem mam problem. Wcale nie zamierzałam pisać o nim książki. Ale podczas moich licznych pobytów w Londynie tyle nasłuchałam się o nim opowieści ludzi, którzy go dobrze znali, że postanowiłam zmienić zdanie. W roku 2001 przypadała setna rocznica urodzin Hemara. W Polsce przeszła prawie bez echa. Ale w Londynie, gdzie Hemar był pamiętany, przygotowywano się do uroczystości ponad rok. Był koncert, wystawa, spotkanie wspominkowe przyjaciół i znajomych poety oraz promocja mojej książki, którą wówczas wydała Polska Fundacja Kulturalna. Nasłuchałam się o Hemarze tylu wspomnień, poznałam listy, dokumenty i materiały archiwalne, że w latach następnych wyszły jeszcze dwie inne moje książki ze zmienionymi tytułami (Ja, kabareciarz. Marian Hemar od Lwowa do Londynu oraz Mistrzowie kabaretu. Fryderyk Járosy i Marian Hemar).

Z opowiadań osób, które znały Hemara blisko powstał w mojej wyobraźni portret człowieka niezwykłego i trudnego zarazem. Hemar był szalenie zdolny, pracowity aż do bólu. Wytrwały w dążeniu do celu. Od dziecka był uzdolniony muzycznie. Sam nauczył się grać na pianinie ze słuchu. Potem brał prywatne lekcje w domu, gdy rodzice kupili mu pianino. Znał trzy języki starożytne (łacina, greka i hebrajski) oraz język niemiecki i angielski w mowie i piśmie na poziomie bardzo wysokim. Miał ogromną wiedzę ogólną z różnych dziedzin. Przede wszystkim znał literaturę polską i obcą, pasjonował się geografią i przyrodą. Miał talent do przedmiotów ścisłych, co zdecydowało o podjęciu studiów medycznych. Studia przerwał mu pobyt w wojsku w 1920 roku. W tym samym roku był krótko w Warszawie, gdzie poszedł na jedno z przedstawień w teatrze Qui Pro Quo. Wtedy po raz pierwszy widział na scenie Konrada Toma, którego po latach nazwał „wielkim majstrem piosenki”. Ze Lwowa znał Ludwika Lawińskiego, wtedy jeszcze nie tak bardzo popularnego, ale dość znanego artystę operetkowego, potem kabaretowego. Myślę, że to ten pierwszy pobyt w warszawskim kabarecie wpłynął na decyzję Hemara o poświeceniu się twórczości kabaretowej. Wrócił do Lwowa. Podjął współpracę z kabaretami lwowskimi jako autor i wykonawca. To jest ten ważny szczegół, na który mało kto pisząc o Hemarze zwraca uwagę. Hemar od samego początku swojej kariery literackiej pisał teksty dla siebie! Potem dopiero tworzył z myślą o innych wykonawcach. W okresie lwowskim sam wykonywał swoje utwory na scenie. Ta potrzeba występu publicznego wróciła do niego w okresie emigracyjnym.

Włada Majewska i Marian Hemar w studio RWE w Londynie

W latach 1924–1939, czyli najbardziej płodnych, twórczych – nie mógł pisać dla siebie. Nigdy w Warszawie nie wykonywał swoich tekstów na scenie. Muzycznie był samoukiem. Ale jakże zdolnym! Potrafił zapisać nuty melodii ze słuchu. Nocami słuchał zagranicznych programów muzycznych. Wtedy to było bardzo popularne. Wielu znanych i uznanych polskich kompozytorów „zapożyczało” melodię usłyszaną w radio. Zanim Hemar został zaangażowany przez Jerzego Boczkowskiego do teatru Qui Pro Quo, przeszedł we Lwowie bardzo pracowite warsztaty twórcze. Pisał wiersze, skecze i piosenki. Mariola Szydłowska odkryła plagiat Hemara. Jeden z wierszy, który ogłosił, napisał dużo wcześniej (i opublikował w prasie lwowskiej) – wuj Hemara, doktor Samuel Lem – ojciec przyszłego znanego pisarza, Stanisława Lema. Hemar pisał sztuki, scenariusze filmowe, dużo tłumaczył. Prowadził dziennik, nie pisał tylko powieści. Nie miał do tego rodzaju twórczości literackiej – cierpliwości. Żył jakby w temperaturze wrzenia. Wszystko robił szybko. Lubił prace w ogrodzie. To go uspokajało, wyciszało. Kochał zwierzęta. W Warszawie miał kilka psów, którym poświecił parę wierszy. Kiedy wyprowadził się z Londynu na angielską wieś, miał też koty, z którymi prowadził poważne literacko-filozoficzne rozmowy. Zapamiętali to jego goście, którzy odwiedzali go w Leith Hill. „Hemar psom i kotom nas przedstawiał” opowiadał mi między innymi Tadeusz Filipowicz.

Pisanie rzeczywiście przychodziło Hemarowi łatwo. Najlepiej świadczy o tym jego wieloletnia współpraca z Radiem Wolna Europa. Przez 16 lat, co tydzień, do 15 minutowego Kabaretu Hemara musiał poeta napisać jeden długi, satyryczny wiersz na aktualny temat i dwie piosenki. Bardzo dokładnie atmosferę tej gorączkowej pracy opisałam w książce Mistrzowie kabaretu. A moimi najbardziej wiarygodnymi w tej materii informatorami byli: Włada Majewska, Lola Kitajewicz i Jan Nowak-Jeziorański.

 

MT: Czy ma Pani swój ulubiony skecz lub piosenkę Mariana Hemara?

AM: Lubię i często słucham piosenek Hemara: Nadejdą kiedyś takie dni, Czy ty wiesz, moja mała, Może kiedyś innym razem, Daruj mi noc. Oraz piosenki emigracyjne: Pani się nic nie zmieniła (…ja się nie zmienię też!) – w wykonaniu Wojciecha Wojteckiego, Noc świętojańska (śpiewała Janina Jasińska), Słowiki (duży sukces Renaty Bogdańskiej i Stanisława Ruszały), Mówi się trudno (… idzie się dalej, jeżeli tylko jest dokąd iść! – w wykonaniu Wacława Krajewskiego). Hemar był wspaniałym autorem zapomnianego dzisiaj gatunku kabaretowego: skeczy muzycznych. Przed wojną takim majstersztykiem był utwór napisany dla Leny Żelichowskiej i Fryderyka Járosy’ego A ja nic, tylko ty. Po wojnie powstał podobny dla Zofii Terné i Stanisława Ruszały Spotkanie w cukierence.

Nadejdą kiedyś takie dni Zofia Terné (nagranie z Radia Wolna Europa, lata 60.)
muzyka: Arthur Johnston; słowa: Marian Hemar
źródło: staremelodie.pl

MT: Marian Hemar pisał dla Lopka Krukowskiego, Ludwika Lawińskiego oraz Dory Kalinówny szmoncesy. Proszę opowiedzieć o tym szczególnym gatunku humoru, ponieważ dzisiaj nie wszyscy mogą sobie zdawać sprawę, jak ważną był częścią kabaretowego życia.

Rewia 101 pociech w teatrze Wielka Rewia z 1934 roku
Czesław Skonieczny, Ludwik Lawiński, Kazimierz Krukowski, NAC

AM: Bardzo dziękuję za to pytanie. Wokół szmoncesu narosło tyle legend, zmyślonych teorii spopularyzowanych przez różnych pseudo badaczy, że trudno oddzielić prawdę od fałszywych wyobrażeń. Szmonces to nie było teatralne „wyśmiewanie się z Żydków”, ani złośliwe „żydłaczenie” na scenie kabaretu. Szmonces był specyficznym gatunkiem twórczości kabaretowej. Przybył do nas z terenu Niemiec i z Austrii. Został spolszczony, wzbogacony o realia lokalne. Czasem był to skecz, czasem była to piosenka (Mały mężczyzna, czy wiesz… napisał Hemar dla Krukowskiego). Szmonces był popularny, ponieważ przed wojną na widowni w kabaretach było bardzo dużo publiczności żydowskiej już zasymilowanej w społeczności polskiej. Szmoncesy pisali poza Hemarem także Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Konrad Tom. A najlepszymi wykonawcami byli Kazimierz Krukowski i Ludwik Lawiński, ale też Tom i Zula Pogorzelska!

O co chodziło w szmoncesie? To była gra, zabawa językowa. Nie naśladowanie prymitywnego języka, zniekształconego gramatycznie, jakim mówili polscy Żydzi. Autorzy wymyślali proste historie z życia codziennego, które opisywali słowami też wymyślonymi, nie używanymi w codziennej komunikacji, wcale nie używanymi w potocznej mowie! Jedyne, co było stałe i charakterystyczne w szmoncesie, to akcent oraz melodia języka „Antka znad Wisły, czy dialektu z Bielańskiej ” (cytat z Járosy’ego, który też wykonywał numery szmoncesowe!). Szmonces po wojnie odszedł wraz z tymi, dla których powstał, i o których opowiadał. Zagłada Żydów spowodowała, że autorzy tego rodzaju tekstów, chociaż przeżyli wojnę, nigdy już nie wrócili do tego gatunku twórczości. Młodsze pokolenia powojenne znają wykonywane dawne numery szmoncesowe przez znakomitych artystów jak Edward Dziewoński, Wiesław Michnikowski czy Jan Kobuszewski. Ale to już nie było „to”! Na emigracji sztandarowym wykonawcą numerów szmoncesowych pozostał w pamięci publiczności Ludwik Lawiński. Oraz rzadko już wtedy występująca Dora Kalinówna.

Wiele lat temu w miesięczniku „Dialog” z 1972 roku ukazał się wywiad z Antonim Słonimskim i Kazimierzem Rudzkim na temat szmoncesu. Myślę, że można tę publikację przypomnieć. Nic nie straciła na aktualności. A wiele tłumaczy i wyjaśnia.

 

MT: Wielokulturowość w przedwojennej Warszawie nie była czymś niezwykłym. Polscy Żydzi, Polacy urodzeni w trzech różnych zaborach, czarnoskórzy muzycy na gościnnych występach, obcokrajowcy, którzy obrali Polskę za ojczyznę. Hemar, Żyd polskiego pochodzenia,  w 1935 roku się ochrzcił. Co popchnęło go do tego kroku?

Wyjazd zespołu Teatru Nowa Komedia z Dworca Głównego w Warszawie na tournée artystyczne po Polsce.
Marian Hemar żegna Marię Modzelewską i Stefana Jaracza
maj 1934 rok, NAC

AM: Marian Hemar naprawdę nazywał się Jan Marian Hescheles. W rodzinie zawsze nazywano go Jankiem (tak też zwracała się do niego żona Maria Modzelewska). W środowisku teatralnym mówiono o nim Marian. Rodzina była już zasymilowana. Hemar wychowywał się w rodzinnym wielokulturowym Lwowie. Należał do gminy żydowskiej. Takie było prawo i takie były obyczaje. W przedwojennej Polsce nie istniały śluby cywilne. Gdy zakochał się Marii Modzelewskiej, chcąc się z nią ożenić, musiał przyjąć chrzest. Wtedy to był automat, został wykreślony z gminy wyznaniowej żydowskiej we Lwowie, w której był zarejestrowany. Innego wyjścia nie było.

Ale tu powiem rzecz też mało znaną, często pomijaną w biografii Hemara. Hemar chociaż miał z Modzelewską ślub w Kościele Ewangelicko-Augsburskim (św. Trójcy, przy placu Małachowskiego), czuł się katolikiem. To dojrzewanie w wierze katolickiej miało swój początek w przeżyciach wojennych. Hemar uwielbiał uczestniczyć w uroczystościach kościoła katolickiego: Wielkanoc, Boże Narodzenie. Był autorem kilkunastu kolęd!! Pogrzeb miał katolicki, spoczął na skromnym wiejskim cmentarzu w okolicy, w której mieszkał przez ostatnie lata. Grób jego, i drugiej żony Cai (zmarła w 1982 roku) jest zadbany i często odwiedzany przez Polaków. Do dziś jeszcze żyje kilka osób z sąsiedztwa Hemarów. Jako jeden z pierwszych miał w okolicy telewizor, i angielscy sąsiedzi czasem przychodzili obejrzeć jakiś program telewizyjny (np. lądowanie człowieka na Księżycu!). Żyje jeszcze pani, której matka z żoną Hemara jeździła samochodem do pralni w Dorking. W Polsce nie ma już nikogo, kto znał Mariana Hemara.

 

MT: Wydaje się, że Marian Hemar i Maria Modzelewska tworzyli udane małżeństwo, a jednak po 1939 roku widzimy całkowity brak zainteresowania sobą. Co mogło na to wpłynąć?

AM: Przyczyną rozstania Marii Modzelewskiej i Mariana Hemara we wrześniu 1939 roku była wojna. Już wcześniej w małżeństwie nie działo się dobrze. Hemarysia, jak o Modzelewskiej mówiono, zaprzyjaźniła się z panem z otoczenia Józefa Becka. Nastroje faszystowskie, antysemickie były powszechne w końcu lat 30. I ona trochę uległa tej niedobrej atmosferze. Na pewno bardzo się kochali. Hemar napisał dla żony wiele dobrych piosenek. Najbardziej pamiętane są: Pensylwania, Wspomnij mnie, Człowiek, którego kocham (lub inny tytuł tej samej piosenki: Niech ci nie będzie żal). Janek, jak o nim mówiła Marysia – bardzo szanował jej matkę, Józefę Modzelewską, też aktorkę. Przyczyną rozpadu związku był flirt, romans Marii. Potem to wszystko bardzo źle się dla obojga skończyło. Opisuję ten dramat dokładnie w książkach o Hemarze. Rozpadał się cały świat i rozpadało się ich małżeństwo. Hemar przeżył głęboką depresję. Odżył dopiero w 1944 roku, kiedy w Londynie poznał Caję Eric, tancerkę duńskiego pochodzenia. Byli ze sobą do jego śmierci w 1972 roku. Żeniąc się z Caja nie miał rozwodu z Modzelewską. Popełnił bigamię. Zachowała się rozpaczliwa korespondencja z tego przykrego dla obojga okresu życia.

 

Bodo wśród gwiazd. Opowieść o losach twórców przedwojennych kabaretów
Marginesy, 2016 rok

MT: QPQ to najdłużej działający kabaret w przedwojennej Warszawie. Proszę powiedzieć czym było Qui Pro Quo dla ówczesnej publiczności i czym jest dla Pani dzisiaj. Skąd jego fenomen?

AM: Fenomen Qui Pro Quo polegał na tym, że teatr powstał w kwietniu 1919 roku, kiedy ludzie byli bardzo spragnieni rozrywki po trudnym czasie I wojny, okupacji Warszawy. Jerzy Boczkowski i Seweryn Majde potrafili ze sobą dobrze współpracować. Jeden nie wtrącał się drugiemu do jego zadań. A Boczkowski miał wybitny talent do znajdowania talentów artystycznych. Umiał też stworzyć wspaniały zespół, chociaż wtedy nikt nie był na tak zwanym etacie. Artyści angażowali się na sezon, a niektórzy tylko do jednego programu. Kabaret literacki w tamtym okresie to była dzisiejsza telewizja, Internet. Premiery odbywały się w stałym dwutygodniowym odstępie czasu. Dużo było satyry politycznej, „aktualiów” – jak mawiał Hemar. Piosenki, które zdobyły uznanie publiczności już następnego dnia miały swoje premiery na ulicach i w parkach. Wychodziły popularne (tanie) małe wydawnictwa nutowe, które przeboje kabaretowe popularyzowały wśród społeczeństwa. Potem wychodziły płyty. Radio w programach na żywo nadawało wiele piosenek prosto z kabaretu. Dla mnie, jak dla wielu osób tamten czas i tamten kabaret to już tylko historia. Ale piękna historia, która nigdy już się nie powtórzyła. Żaden kabaret wcześniej ani później nie istniał tak długo jak teatr Qui Pro Quo pod dyrekcją Boczkowskiego (do 1931 roku).  Stąd mówimy o fenomenie tego kabaretu. W książce Bodo wśród gwiazd. Opowieść o losach twórców przedwojennych kabaretów duży rozdział poświęciłam uporządkowaniu naszej wiedzy o kabaretach w Polsce przed 1939 rokiem.

 

MT: Ale czasy II RP to nie tylko szczęśliwe chwile. Anatol Stern zaskarżył Mariana Hermana do  ZAiKSu,  iż ten w skeczu X muza splagiatował jego tekst Historia pewnego prawdziwego zdarzenia. Fryderyk Járosy miał sprawę sądową z Władysławem Danem. Został oskarżony o zniesławienie Chóru Dana określając ich zachowanie jako: „szczeniackie”, gdy okazało się, że kwota procentowa od przedstawienia, na która się umówili, jest dużo niższa niż chór się spodziewał. Czy takie kłótnie w środowisku artystycznym były częste? I czy to było przeszkodą w dalszej współpracy?

AM: Kłótnie w środowisku artystycznym, teatralnym, kabaretowym, filmowym były zawsze. I będą zawsze. To też element „pijarowski”, jakbyśmy to dziś powiedzieli. „Taki klimat”.

 

MT: Troje bohaterów naszej rozmowy: Hemar, Járosy i Ordonka (której prochy zostały sprowadzone w 1989 roku z inicjatywy Jerzego Waldorffa) wybrali emigrację. A może nie mieli innego wyboru? Rząd polski nawet odebrał Járosy’emu obywatelstwo polskie, które uzyskał w 1936 roku.

AM: Nikt z osób, które Pani wymieniła nie wybrał emigracji! To los tak chciał, że oni wszyscy znaleźli się poza Polską. Nie mieli wyboru. A chociaż każde z nich tęskniło do kraju na swój bardzo osobisty sposób, powrót nie był możliwy. Głównie z powodów politycznych. Hanka Ordonówna razem z mężem Michałem Tyszkiewiczem po 1945 roku zamieszkała w Libanie. O tym, jak bardzo tęskniła świadczą listy, wiersze, piosenki, które pisała nie tylko czerwonym atramentem – ale i łzami. Zmarła w Bejrucie, 8 września 1950 roku na tyfus. W tym roku minie 70. rocznica śmierci znakomitej pieśniarki i artystki kabaretu. I 60 lat od śmierci Fryderyka Járosy’ego.  Chciałabym jakoś uczcić te rocznice. Sytuacja epidemiczna w Polsce nie sprzyja takim projektom, ale może…

Mistrzowie kabaretu. Marian Hemar i Fryderyk Járosy
Zwierciadło, 2016 rok

Fryderyk Járosy mógł w 1939 roku wyjechać z Polski. Miał austriackie obywatelstwo, polskie było tylko honorowe. Nie zrobił tego, z kilku powodów. Wspominam o nich w książce Mistrzowie kabaretu. W Warszawie, i w okolicach stolicy ukrywał się do wybuchu powstania warszawskiego. Powstanie zastało konferansjera w słynnym domu przy Filtrowej 68, w którym 31 lipca 1944 generał „Monter” wydał rozkaz … Járosy został ranny 10 sierpnia, przeszedł obóz w Pruszkowie. Potem Buchenwald. W 1945 dołączył do armii generała Andersa. I z artystami żołnierzami  we wrześniu 1946 dotarł do Londynu. Zmarł w Viareggio, 6 sierpnia 1960 roku. Pojechał tam spotkać się z synem i żoną, z którą się nigdy nie rozwiódł. Po dziesięciu latach, zmarła Natalia Járosy, i dzieci prochy obojga rodziców pochowały w Wiedniu.

Marian Hemar we wrześniu 1939 roku uciekł z Warszawy do Lwowa. Stamtąd trudną drogą dotarł do Rumunii, skąd nie łatwo było mu się wydostać. Z pomocą przyjaciół Bena Randa i Loli Kitajewicz przybył do Palestyny w 1941 roku. W grudniu tego roku wypłynął statkiem do Anglii, gdzie znalazł się w marcu 1942 roku. O powrocie do Polski bez Lwowa dla kogoś takiego jak Marian Hemar nie mogło być mowy. Co smutne, dziś w rodzinnym mieście nie ma dowodów i śladów pamięci o nim. Niewiele jest tam osób, którym nazwisko Hemara coś mówi.

MT: Pani Anno, dziękuję za ciekawą rozmowę i czekam niecierpliwie na kolejną Pani książkę.
AM: Dziękuję.


Zdjęcie wprowadzające pochodzi ze strony Anny Mieszkowskiej.

Like
4