Adolf Dymsza chce wzruszać do łez…

„Kino” R. 7, 23.08.1936, nr 34

Janina Brochwiczówna i Adolf Dymsza
Podwójna buchalteria w Teatrze Letnim w Warszawie w 1936 roku, NAC

Stoję obok jakiegoś jupitera, po bohatersku znosząc piorunujące spojrzenia, rzucane w moją stronę przez inspicjenta sceny Teatru Letniego.

Widocznie, boi się, abym jako „niepowołana osoba“ nie wywrócił jakiejś „przystawki” lub „tylnego planu”.

Z jasno oświetlonego skrawka sceny dolatują jeszcze jakieś strzępki dialogu – kiedy wyrasta przede mną znana sylwetka Dymszy. Pan Adolf promienieje od huraganowych braw, które otrzymał przed chwilą wspaniale pointując jakiś dowcip. Omija ostrożnie dekorację z białej dykty z napisem: „Podwójna buchalteria – akt 1-szy, prawa 3“ – i idzie w moją stronę. Powitanie następuje w tonie „szeptando” – ponieważ na scenie inni mają sobie jeszcze wiele do powiedzenia.

– Hallo, niech mnie pioruny, a pan skąd do nas przylazł? – wita mnie Dymsza.

– Chciałbym właśnie…

– Stop, mam maluczko czasu. Za chwilę mam „wejście” i pozostaje na scenie aż do końca pierwszego aktu.

– Co pan ma?

– Gram buchaltera, jestem Bogu ducha winien, i to jest jedno, co ja mam… — ripostuje Dodek, zdaniem wziętym ze sztuki.

– Ale możemy się „spiknąć” i porozmawiamy „na siłę“ – tak, że nam nikt nie będzie przeszkadzał? Powiedzmy jutro…

Krótki uścisk dłoni i wrogi inspicjent porywa mi „buchaltera Piotra Kosa”.

 

∗∗∗

 

Adolf i Zofia Dymszowie
„Jlustracja Polska”
R.4, 10.05.1931, nr 32

Zmieniła się dekoracja. Toniemy teraz w oparach dymu, pachnącego tytoniem i kawy. Zaszyliśmy się w kąt kawiarni i gawędzimy, ćmiąc dymszowskie Camele.

– Nigdy nie mam czasu. Doba jest dla mnie za krótka co najmniej o 24 godziny. Moje życie, to suma trzech czynników : rodzina plus teatr, plus film. Lawiruję i krążę niezmordowanie w kręgu tych trzech zainteresowań i staram się wszystkiemu podołać.

– Więc zacznijmy od początku: wstaje Pan…

– …O siódmej rano i z miejsca wylatuję na szosę.

– Jak to?

Dymsza macha zniechęcony ręką.

– Widzę, że z panem to trzeba powolutku. Otóż: nie mieszkam w Warszawie. Moją rezydencja mieści się w malutkiej krainie, która leży pod Warszawą i nazywa się Klarysew. Wynajmuję sobie domek i moje dzieciaki, Zosieńka i Wisia, zaangażowały mnie w charakterze domowego P. I. M-a. Skoro świt budzą tedy tatusia, który musi decydować na cały dzień „będzie czy nie będzie”. Niby pogoda.

– Potem?

– Jeśli jest ładnie, to znaczy, że muszę „pielesze” opuścić i gnać do Warszawy na zdjęcia. W przeciwnym wypadku przyjeżdżam dopiero wprost do teatru, gdzie gram co wieczora.

– A w domu?

– Cudownie. Moje trzy boginie Zocha (żona), Wisienka i Zosia (córeczki) zawojowały mnie w zupełności i ze wstydem przyznają, że jeśli warto gdzieś być „pantoflarzem” — to jedynie w Klarysewie. Moje obowiązki: to doglądanie cudnego kurnika (same rasowe okazy!) lub praca w ogródku.

– Dogadza panu takie sielskie życie?

– Fenomenalnie. Ubiegłego tygodnia wybrałem się z żoną samochodem na zapadłą wieś, bo chciałem kupić kawałek ziemi. Podobała mi się rola tuż przy szosie. Właściciele jednak mieszkali o kilkanaście kilometrów w głąb, na wsi. Dodałem gazu i po paru minutach stanąłem wobec starego wieśniaka, który chciał grunt sprzedać. Wywiązał się taki dialog:

– Ile chcecie za mórg, gospodarzu?

– Zaro, zaro, nie pamiętom. Słuchaj stara, powiedz panu, co my tam chcieli za tom łątkę, cośmy mieli sprzedoć.

Wieśniaczka podaje mi cenę, kiedy nagle chłopski wyrostek, dotąd przypatrujący mi się bacznie, mówi:

– Przepraszam, czy to pan Dymsza?

Okazuje się, że widocznie w odległym, stołecznym Pacanowie, zawędrować na ekran jedynego w okolicy kina mój Wacuś. Stąd tedy nasza znajomość. Przyznaję, że ta popularność „pod strzechą” mile połechtała moją próżność. Inna rzecz, że targu nie dobiliśmy.

– Ale powróćmy do porządku dnia. Poza filmem, teatrem, ogródkiem i kurnikiem – czy znajduje pan jeszcze czas na coś innego?

„Kino” R. 7, 23.08.1936, nr 34

– Oczywiście. Sport. Nie przepuszczam zadniej okazji, by zagrać w piłkę nożną, za którą szczególnie przepadam. to a rzecz, że robię to wyłącznie dla „frajdy“ i zdrowia – a nie dla reklamy, jak na przykład taki VIasta Burian. Ten Burian to w ogóle zabawny facet. Byłem u niego w jego willi pod Pragą. W hallu, za szklaną taflą wielkości całej ściany, stoi niezliczona ilość statuetek: i „nagród” sportowych. A biblioteka wypełniona jest sztućcami do polowania na… słonie.

– Pańskie zamierzenia teatralne?

– Zagram w komedii muzycznej specjalnie dla umie napisanej.

– A film?

– Chciałbym stworzyć na ekranie prawdziwego człowieka. Banalność papierowych ról przeraża mnie po prostu. Czy nie można by tak – widząc Dymszę na ekranie – popłakać trochę, ale nie ze śmiechu, tylko ze wzruszenia?

 

J.St.

Like
2