Wanda Bartówna - "A jednak jestem aktorką" (1939)

To nieomal „cudowne dziecko” – jeśli weźmiemy pod uwagę jej malutką ilość lat. Ileż lat poświecić musi aktor, ażeby stanąć mocno na „chyboczących się” deskach scenicznych, ileż zawodów, ile pracy towarzyszy zazwyczaj jego karierze. Bartówna bardzo szybko ominęła niebezpieczne, trudne do przebicia „wiry” i zajęła miejsce niepośrednie, grając z artystami takimi, jak Adwentowicz. – donosi „Kino” w 1939 roku.

Posłuchajmy co mówi o sobie i o swojej drodze do kariery – sama „gwiazdka”.

- Moja matka marzyła zawsze o tym, aby zostać aktorką. Nie pozwolono jej. Ale widocznie jej umiłowanie teatru przeszło na mnie. I kiedy zwierzyłam jej się z moich pragnień dostania się na scenę, otoczyła mnie przyjacielską opieką, zrozumiała i po cichu zaaprobowała mój projekt.

Po cichu, bo miałyśmy groźnego przeciwnika w osobie ojca, który przecież nie pozwolił matce zostać aktorką. Musiałyśmy się zakonspirować. Dostałam się wtedy do „Teatru Kameralnego” jako statystka. Jednocześnie uczyłam się i przygotowywałam do egzaminu jako eksternistka, bo o uczęszczaniu do szkoły dramatycznej nie mogło być mowy.

Podczas statystowania uczyłam się na pamięć każdej roli bohaterki, pochłaniałam ja kompletnie i w domu ją opracowywałam. Pani Grywińska wiedziała o tym. Kiedy więc, pewnej niedzieli, zachorowała artystka, kreująca główną rolę, a na popołudniówkę sprzedano już większą część biletów – p. Grywińska zatelefonowała do mnie o godzinie drugiej i pół.

- Wanda, ty przecież umiesz tę rolę na pamięć, wsiadaj w taksówkę i przyjeżdżaj, zagrasz ją.

Nie zdążyłam się ucharakteryzować, zaledwie przypudrowałam nos i wyszłam na scenę. Nic a nic się nie bałam, nie miałam nawet czasu zorientować się w sytuacji. Byłam w siódmym niebie, gdy oboje państwo Adwentowiczowie chwalili mnie. Nie sypnęłam się ani razu, pamiętałam wszystkie uwagi reżyserskie dyr. Adwentowicza z prób. Ale miałam wystąpić wieczorem w tej samej sztuce. I wtedy oprzytomniałam, to jest zdałam sobie sprawę z tego, że mój występ to cos niezwykłego. Pięknie ucharakteryzowana, po kilku dodatkowych wskazówkach dyr. Adwentowicza – stanęłam na scenie i wtedy opanowała mnie taka szalona trema, że nogi się pode mną uginały, trzęsłam się, ręce zlodowaciałe drżały…

Miałam scenę z dyr. Adwentowiczem, wziął mnie mocno za ręce i spojrzał mi w oczy.

- Nie bój się, mała – szepnął mi.

Od jego rąk spłynęła do mnie dziwna otucha, jakby pod dotknięciem różdżki czarodziejskiej. Opanowałam się momentalnie. Poczułam jak fala strachu odpływa mi od serca i od mózgu. Byłam już zupełnie spokojna. Zaczęłam swoją kwestię jakby jakimś obcym głosem. Jakby to mówił ktoś inny. Trema gdzieś uciekła.

Bartówna mówi, a ja przyglądam się jej ruchliwej twarzy, na której maluje się każde uczucie, każde wrażenie. Oto, na czym polega sekret jej powodzenia.

- Jakie projekty ma pani na najbliższy okres, oczywiście, wygrzewać się pani będzie na słońcu?

- Niestety, o wygrzewaniu się na słońcu, tak dla siebie, na razie nie ma mowy, chyba tylko mimochodem, w czasie plenerów w Zegrzynku, gdzie wyjeżdżamy z „Szatanem z siódmej klasy”.

Prócz tego „gwiazdka” ma trzy kontrakty na trzy filmy w kieszonce i kontrakt roczny u Adwentowicza. No, chyba się „papcio” teraz rozchmurzył, gdy przekonał się, że chęć wstąpienia na scenę nie była kaprysem córki, zrodzonym z nudów, prawda?

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież