Wszystkie psy Eugeniusza Bodo

Mirela Tomczyk

Najsłynniejszym psem Eugeniusza Bodo był potężny dog arlekin, który wabił się Sambo. Nie był on jednak pierwszym ani jedynym psem Bodka. Chociaż… 

Wszystko zaczęło się, gdy mały Bohdan Eugène Junod wraz z rodzicami, Théodorem i Jadwigą, zamieszkali na stałe w Łodzi. Kinoteatr Urania prowadzony przez Théodore’a przynosił zyski, a Jadwiga Junod zarządzała sympatyczną kawiarenką Masque przy Teatrze Polskim. Rodzina Junodów wreszcie zapuściła korzenie i zyskała z czasem szacunek mieszkańców Łodzi.

Bodo miał około 10 lat, gdy Uranię z rodzicami odwiedził 7-letni Ludwik Starski, dla którego cały spektakl był na tyle niezwykłym przeżyciem, że namówił kolegów z podwórka, aby spróbowali przedostać się do wnętrza iluzjonu na kolejne przedstawienie. Bez dorosłych nie mieli szans, ale jednak nie poddawali się i codziennie przychodzili pod Uranię w nadziei na cud. I taki cud się zdarzył.

Pewnego dnia Théodore Junod wychodził z Uranii w towarzystwie mężczyzny oraz ogromnego psa, biało-czarnego doga arlekina. Chłopcy jak zahipnotyzowani przesuwali się powoli w stronę dyrektora, gdy nagle rozległ się krzyk jednego z malców, Ignasia, którego rękę dog chwycił zębami. Przerażony Junod podbiegł do psa, krzycząc: „Sambo, zostaw!” i zapobiegł nieszczęściu. Chwycił chłopca i zakrwawionego wniósł do teatru. Reszta młodego towarzystwa była wstrząśnięta. Jednak nie dramatyczną sytuacją, ale tym, że jednemu z nich udało się dostać – i to w towarzystwie pana Junoda – do wnętrza! Po chwili chłopiec wyszedł z zabandażowanym palcem lewej ręki, a w prawej trzymał kartonik: „Wargi mu drżą, głos się łamie, gdy nam pokazuje i objaśnia, co to takiego. Jest to po prostu wizytówka dyrektora teatru Urania, pana Junoda! Wizytówka, a na niej pięknym fioletowym atramentem, dyrektorską ręką napisane, że wizytówka ta to jest jak gdyby darmowy bilet wejścia do Uranii. I to nie raz, ale na zawsze! I nie trzeba jej oddawać bileterowi do podarcia, wystarczy tylko pokazać! Bileter rzuci tylko na nią okiem i wpuści do środka bez słowa!” (Starski, droga do Oskara. Historia dwóch pokoleń filmowych, Wyd. Skorpion 1998). Niestety, Ignaś  nie chciał podzielić się biletem wstępu i chłopcy się okrutnie pokłócili. W efekcie tego Ignaś uciekał z biletem w ręce przed kolegami. Chłopcy po burzliwej dyskusji postanowili, że również postarają się wejść do teatru „na psa” i przez kilka dni włóczyli się wokół Uranii. Wydawało się w pewnym momencie, że upragniony darmowy bilet wielokrotnego użytku jest już blisko, ponieważ Théodore Junod znów wyszedł przed teatr ze swoim dogiem, gorączkowo dyskutując z jakimś mężczyzną. Chłopcy pociągnęli losy i wypadło, że tym razem Mojna da się pogryźć. Niezauważony przez Junoda Mojna podtykał swoją rękę pod pysk psa, ale ten znudzony odwracał łeb w drugą stronę. „Na nic się przydawały coraz rozpaczliwsze prowokacje Mojny. Zdesperowany chłopak fukał, prychał, pokazywał psu język, wymachiwał mu ręką przed pyskiem – bez skutku. Pies nie chciał ugryźć i co takiemu zrobisz? Skończyło się na tym, że pan Junod mocno wytargał za uszy i przepędził zuchwałego ulicznika. Umknęliśmy” (Starski, droga do Oskara…).

Po pewnym czasie zagadkowe zachowanie psa wyjaśniło się. Théodore Junod pozbył się groźnego doga arlekina o imieniu Sambo, z którym miał same kłopoty, bo okazało się, że był groźny nie tylko dla obcych, ale i dla domowników. Kupił sobie drugiego doga arlekina, tym razem łagodnego, i również nazwał go Sambo.

Około 1928 lub 1929 roku Eugeniusz Bodo miał charta, prawdopodobnie wabiącego się Set. Niestety, nie mamy żadnych informacji, jak długo byli razem. Ale już w połowie 1930 roku w życiu aktora pojawił się ukochany dog arlekin Sambo. Według Arkadiusza Szarańca to Jadwiga Junod sprezentowała synowi, zrozpaczonemu po stracie Seta, młodego doga, który został ochrzczony tradycyjnym imieniem („Stolica”, 2016).

Sambo zagrał w filmie Wiatr od morza, który miał premierę w grudniu 1930 roku. Widzimy w nim, jak Sambo biegnie dziedzińcem do swojego pana, opiera przednie łapy o ramiona Bodo i wyraźnie cieszy się z jego przybycia.

Aktor nie rozstawał się ze swoim przyjacielem, który zagrał jeszcze w filmach Bezimienni bohaterowie z 1932 roku i Pieśniarz Warszawy z 1934 roku. Sambo kręcił się na zapleczu podczas produkcji filmu Jego ekscelencja subiekt z 1933 roku. Pewnie nie był to odosobniony przypadek. W 1935 roku „Kuźnia Młodych” żartowała, że film bez psa Bodo nie ma szans na kasowy sukces.

Sambo był na tyle popularnym i rozpoznawalnym psem, że miesięcznik „Kino” w kwietniu 1933 roku „przeprowadził” z nim wywiad, a sam Eugeniusz Bodo pozował z pupilem w słynnej sesji zdjęciowej w studiu fotograficznym Benedykta Jerzego Dorysa. Żaden z restauratorów nie wypraszał Bodka z psem, ponieważ doskonale wiedzieli, że jest to wspaniała reklama dla ich lokalu. Sambo był zawsze mile widzianym gościem, tym bardziej, że był wytresowanym i grzecznym psem, choć jego rozmiary wzbudzały w niejednej osobie trwogę. 

Słynna jest anegdota, jak pewnego razu Bodo wszedł z Sambo do sklepu, a przerażone ekspedientki i klientki uciekły w kąt z piskiem. „Drogie panie, spokojnie – odrzekł Bodo. – Nie ma się czego bać. On już dzisiaj zjadł jednego człowieka na śniadanie”. 

Do dzisiaj pokutuje plotka, jakoby Sambo przeżył swego pana i został postrzelony przypadkową kulą podczas Powstania Warszawskiego. Co rodzi dalsze spekulacje, że został przez powstańców… zjedzony. Oczywiście, kolejną zagadką było to, czym Jadwiga Junod karmiła podczas wojny psa, który ważył około 60 kilogramów i potrzebował dziennie niemałych porcji jedzenia. 

Sambo jednak nie dożył wojny. Zdechł prawdopodobnie około 1938 roku, a jego miejsce zajęła „filigranowa ratlerka Basia, która najdotkliwiej odczuwa filatelistyczną namiętność swego pana, który nie ma czasu na pieszczotki i zabawy z nią” („Światowid”, 1938).

Miniaturowym pieskiem Jadwiga Junod mogła zająć się podczas wojny bez problemu, a gdy zmarła w styczniu 1944 roku, to suczkę mogła przygarnąć Irena Kulesza, która była siostrzenicą Jadwigi i opiekowała się 70-letnią ciotką. Miejmy nadzieję, że Basia szczęśliwie dożyła długich lat i tylko czasem tęskniła za swoim panem, Eugeniuszem Bodo.

 

KRÓL SAMBO I JEGO PIES BODO

Raz do roku, pierwszego kwietnia, dzieją się dziwne rzeczy. Cały świat żyje na opak, a ludziska się śmieją. Dzień ten pragnąłem spędzić z moim przyjacielem Eugeniuszem Bodo. Idę więc raźnym krokiem, podśpiewując wesoło. Dzwonek. Wchodzę do... przedpokoju. Wita mnie... Sambo i zaczyna przemawiać ludzkim językiem.
– Dzień dobry, Emciu kochany, kopę lat! Wejdź i siadaj.
– Gdzie Bodek?
– Służąca wyprowadziła psinę. Ale dziś my sobie pogadamy. Raz przynajmniej ze mną zrobisz wywiad. No, pytaj, ale mądrze – nie „po ludzku”...
Sytuacja zaczęła mnie bawić. Pytam więc:
– Powiedz mi, Sambusiu, coś o miłostkach twojego pana.
– Za kogo mnie masz? Jestem wiernym psem i nie zdradzam sekretów. Zresztą, nie wtrącam się do cudzych spraw. A wiesz, kochany Emciu, że mój Bodo właściwie już nie jest człowiekiem, bo wczoraj słyszałem, jak powiedział ktoś, że Bodek „zszedł na psy”. Czy to prawda?
– Chyba nie! 
– Ja też tak myślę mimo, że tryb życia prowadzimy wspólny: jadamy razem, sypiamy w jednym łóżku. To kochany chłop, chociaż jeszcze człowiek. A ludzie są jacyś dziwni. Mówią: „fałszywy jak pies” lub „pies cię drapał”. Hau, hau, hau! – zaśmiał się Sambo – pies jest fałszywy? Pies drapie? Głupi są ci ludzie! 
– Jakże wam się powodzi, kochany Sambo? 
– Ostatnio mieliśmy dużo pracy przy nowym filmie Jego ekscelencja subiekt. Myślę, że film nam się uda, bo ja bywałem często w atelier: chodziłem co dzień wraz ze służącą z obiadami dla Bodka. Bezimienni bohaterowie mieli powodzenie. Dlaczego? Bo ja grałem w tym filmie. Głos pustyni mniej – bo mnie nie było. Nie zabrali mnie do Afryki! 
– Czy jesteś żonaty?
– Hau, hau, hau! – zaszczekał wesoło Sambo – w naszym społeczeństwie ustawa o małżeństwie nie obowiązuje.
– A Bodek?
– Dziwię się bardzo, że dotychczas nie ożenił się. Przecież lubi dom, a nade wszystko – dzieci. Ale widocznie boi się.
– Czego?
– On dobrze zna siebie. Widać dlatego boi się.
– Sambuś, a czy utrzymujesz stosunki towarzyskie z pieskiem królowej Nory?
Sambo wzgardliwie wydął wargę dolną i wycedził:
– Nie zadaję się z małymi foksterjerkami...
W tej chwili Sambo zaczął się niespokojnie kręcić.
– Co ci jest, Sambusiu?
– Muszę cię przeprosić na chwileczkę, kochany Emciu. Muszę zejść na dół. Wzywa mnie nagły interes. A przyjdź-że do nas w niedzielę na obiad. Lubisz ogryzać kości? Mówię ci – delicje!

EMCIO
„Kino” R. 4, 1933.04.02, nr 14

 

Kopiowanie, rozpowszechnianie, przedruk i publikacja w jakiejkolwiek formie (również elektronicznej) do celów komercyjnych i prywatnych, możliwe jedynie za zgodą redakcji Starego Kina

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież